Bukowska plecie jak potłuczona, Olszewski niech ją zatrudni.

Samozwańcze „kontrolerki przewodników” w Krakowie nie dają za wygraną i próbują wynaleźć kolejne kruczki prawne, które przywróciłyby im oficjalnie władzę i prawo decydowania, komu wolno opowiadać o mieście a komu nie.Tym razem uczepiły się art 17.1.1. Ustawy o ochronie zabytków, według której na terenie parku kulturowego lub jego części mogą być ustanowione zakazy i ograniczenia dotyczące działalności usługowej.

Odkręcenie deregulacji w ten sposób nie jest oczywiście możliwa. Gdyby radni uchwalili coś podobnego, byłoby to nielegalne. Choćby dlatego że wspomniana ustawa dotyczy wyłącznie ochrony zabytków, ich fizycznego wyglądu itp. Prywatne czynności polegające na przekazywaniu wiedzy trudno zakwalifikować jako szkodzące zabytkom i anty-przewodnickie przepisy z pewnością zostały by uchylone przez sąd administracyjny, tak jak np. dopiero co unieważnione regulacje dotyczące wprowadzania psów.  Ograniczenie prawa wykonywania zawodu przewodnika musi mieć wyraźną delegację ustawową, a czegoś takiego w rzeczonej ustawie nie ma.

O sprawie dowiedziałem się z wczorajszego artykułu w krakowskim dodatku Gazety Wyborczej: Szerszy park kulturowy z nowymi przepisami. Jest tam kwiecista wypowiedź Barbary Bukowskiej,Barbara-Bukowskaznanej nam dobrze rzeczniczki trzymania przyjezdnych za mordę. Nic się babsko nie nauczyło i dalej plecie jak potłuczone, dalej uważa, że ustny przekaz informacji turystom ma być wyjęty spod konstytucyjnego prawa wolności publikacji i rozpowszechniania informacji. Mało tego, również swoboda poruszania się turystów po mieście ma być ograniczona i zakazane ma być organizowanie wycieczek po określonych marszrutach! Ciekawe jak dalej posunie się jeszcze to kretyństwo, wyobraźnia zdaje się nie mieć granic. I oczywiście znów przewodnicy bez zezwolenia od Bukowskiej są wyłącznie agentami nazizmu:

debatujący zwrócili uwagę na jakość informacji, które turystom przekazują przewodnicy. Zdaniem niektórych jakość tych informacji spadła od czasu deregulacji zawodu. Teraz postulują, by przepisy o PK gwarantowały tę jakość. Wszystko po to, by goście z zagranicy nie dowiadywali się o „polskich obozach”

Cytat ten dedykuję wszystkim „wielce oburzonym” moim poprzednim (przyznam – celowo prowokacyjnym) wpisem. „Tańczenie na oświęcimskich grobach” – jak to nazwał kiedyś jeden z doradców Gowina w wykonanie Bukowskiej i reszty przewodnickich krzykaczy was nie razi prawda?

A wracając do sprawy, problem nie jest taki niepoważny jak mogłoby się wydawać. Z wpisów pod artykułem wynika, że strażnicy atakują np działaczy religijnych rozdających ulotki, powołując się na rzekomą ochroną parku kulturowego. Co jest kompletnym bezprawiem, bo nie jest to nawet działalność ani handlowa ani usługowa. Tylko czekać jak znowu zaczną się czepiać przewodników.

I w tym kontekście oburzający jest styl i podejście mediów – przedstawienie wyłącznie opinii jednej strony,bez żadnego komentarza, w stylu wręcz sympatyzującym z zamordystami. Myślałem że coś z3942202AA,Michal-Olszewskisię zmieni odkąd kierownictwo krakowskiej wyborczej przejął Michał Olszewski, zdolny i wrażliwy pisarz, ale przede wszystkim sympatyk różnych kontrkulturowych, ekologicznych, i nieposłusznie obywatelskich ruchów ale jak widać – jest po staremu. Cóż, nie pierwszy i nie ostatni raz przyłożenie  tyłka do dyrektorskiego stołka powoduje zabetonowanie głowy.

Mam taką propozycję. Skoro cenzorskiej kontroli radnych mają być podane – jak czytamy – ulotki, pamiątki na straganach i co tam jeszcze, z pewnością nie mogą tej kontroli być pozbawione egzemplarze Gazety Wyborczej sprzedawane na terenie Parku Kulturowego. Niech pan Olszewski zatrudni Bukowską, który jako przewodnik jest chyba bezrobotna (nie dziwne z takim wrednym charakterem) i spędza czas na podsłuchiwaniu, i śledzeniu zagranicznych grup. Niech da jej etat w redakcji, niech siedzi i kontroluje wszystkie teksty zamieszczane na łamach. A kaski się trochę kobiecinie przyda, bo jak czytamy tutaj – nie ma nawet głupich 100 zł na kupienie odznaki przewodnickiej.

Aktualizacja: 23.03. w krakowskim dodatku ukazał się mój list, skan tutaj.

Holocaust przewodników w muzeach? Nie przejdzie.

Na temat oprowadzania po muzeach pisałem w zeszłym roku tutaj. Z wielu źródeł słyszę i czytam sygnały, że jest do dość poważny problem dla przewodników miejskich, gdyż po deregulacji muzea prześcigają się w pomysłach jak utrudnić im pracę. Szczegółowo to raportuje na swoim blogu i profilu fb Tomek Dygała, liczne wypowiedzi są na innych forach, tu dla przykładu skan jednej z dyskusji. Niektóre z reakcji są groteskowe, np. pozbawienie przewodników darmowego wstępu do Muzeum w Wilanowie. Udzielanie tego rodzaju ulg jest zwyczajową dobrą praktyką, nie obowiązkową. Ale tłumaczenie odstępstwa od niej deregulacją? Może jeszcze dyrekcja muzeum „na złość Gowinowi” odmrozi sobie uszy.

Ale są też poważniejsze problemy – np. przewodnikom zabroniono oprowadzać po Muzeum Sportu, w wielu innych wprowadzono obowiązkowe licencje, nowo otwarte Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN wprowadza dyskryminacyjne, zabronione praktyki podczas rekrutacji na kursy i preferuje jedną prywatną firmą przewodnicką itp.

W zasadzie problem ten nie powinien istnieć  w żadnym zdrowym systemie  i normalnym kraju, gdzie gestorowi obiektu powinno zależeć na jak największej ilości odwiedzin i sprzedaży biletów więc nie ma sensu wprowadzanie absurdalnych utrudnień. Ale nasz kraj nie jest jeszcze normalny, a korupcja, prywata, nepotyzm, praktyki uwłaszczania się na społecznym majątku biorą górę. Przesłuchałem niedawno nagrania z dyskusji w Klubie Jagiellońskim w  2012 roku. Zbuntowani krakowscy przewodnicy odgrażali się, że po deregulacji założą własną zamkniętą korporację i załatwią, żeby nikt spoza niej nie miał dostępu do muzeów.

Tym niemniej nie jest to problem nawet ułamka tej wagi, co koszmarne regulacje prawne, z którymi walczyliśmy wcześniej. Wtedy trzeba było zmienić ustawę, przejść wszystkie etapy legislacji. A tu wystarczy tylko egzekwować prawo, które w razie konfliktu bardzo nam sprzyja, tym bardziej że w sporze z zarządcą obiektu występujemy jak równy z równym.

Czytając wypowiedzi przewodników przecieram oczy – w konfrontacji z reformatorską polityką Rządu, Sejmem i Senatem RP, potrafili się zmobilizować i wykrzesać gigantyczną energię na anty-deregulacyjny lobbing. A przed jakimś śmiesznym dyrektorkiem muzeum składają broń i popadają w rezygnacje. Powszechne są lamenty, że nic się nie da zrobić  bo zarządca obiektu na swoim terenie „może wszystko”. Biedny, zastraszony przewodnik jest niczym ten chłopiec z getta, który niedawno przez Dom Spotkań z Historią uznany został za fotograficzną ikonę Warszawy.

Czy rzeczywiście ów zarządca może wszystko? Proponuję eksperyment myślowy: Czy może – jak ów esesman w getcie – bezkarnie zastrzelić nielubianego przewodnika? Nie może, bo życie ludzkie chronione jest prawem, które na terenie muzeum nie przestaje obowiązywać. I właśnie na takiej samej zasadzie nie przestają obowiązywać prawa, w oparciu o które uprawiamy zawód przewodnika. Czyli – po pierwsze wolność wykonywania zawodu (art. 65.1 konstytucji) po drugie – wolność rozpowszechniania informacji (art. 54.1.) i zakaz dyskryminacji art. 32.1. Nad tym wszystkim – artykuł 31.3: Ograniczenia w zakresie korzystania z konstytucyjnych wolności i praw mogą być ustanawiane tylko w ustawie. Powtarzam – w ustawie, a nie w regulaminie, zarządzeniu,  okólniku, czy jakimkolwiek innym urzędowym akcie strzelistej twórczości, nie posiadającym ustawowej delegacji.

Odwołując się do tej konstytucyjnej zasady, wolność uprawiania zawodu przewodnika jest ograniczona przez zapisy w ustawie turystycznej, które znamy. W przypadku terenów miejskich owym ograniczeniem jest pełnoletniość, wykształcenie minimum średnie i niekaralność. Czy są jakieś zapisy odnośnie muzeów? Są, – przypomnę je w pełnym brzmieniu:

Art. 33. 1. Przewodnicy turystyczni mogą oprowadzać obsługiwane wycieczki po muzeach, wystawach i zabytkach, jeżeli zadania tego nie wykonuje osoba upoważniona przez muzeum, organizatora wystawy albo właściciela lub posiadacza zabytku.

2. Oprowadzanie wycieczek, o których mowa w ust. 1, odbywa się w sposób określony przez dyrektora muzeum, organizatora wystawy albo właściciela lub posiadacza zabytku w regulaminie dla zwiedzających.

Jest więc jasno napisane – mogą oprowadzać. Niektórym wydaje się że z zapisu  tego wynika że „nie mogą” oprowadzać, kiedy zarządca sobie tego nie życzy. Moim zdaniem jest to logika absolutnie nie do obrony w razie sporu.

Co właściwie wyraża ten wpis, jaka była intencja ustawodawcy kiedy ustawę tworzono? Że są dwie grupy osób mogące oprowadzać po muzeach – 1. przewodnicy – naówczas z marszałkowską licencją na określony obszar 2. osoby upoważnione przez gestora obiektu, niekoniecznie mający licencje przewodnika miejskiego czy terenowego. Pozostawienie tego artykułu w tym brzmieniu po deregulacji jest niedopatrzeniem, brzmi on trochą bez sensu. Ale skoro jest – można go wykorzystać do obrony swojego prawa do oprowadzania.

Same zasady kupowania usług przewodnickich świadczonych przez muzeum regulowane są zwykłym prawem gospodarczym i kodeksem cywilnym. Uzasadniona jest sytuacja jeśli muzeum zapewnia własnego przewodnika z powodów bezpieczeństwa czy turystów np. w kopalniach, czy szczególnie cennych zbiorów. Wtedy jego koszt  wliczony jest w cenę biletu. Jeśli natomiast muzeum dopuszcza swobodny dostęp zwiedzających do wystaw – to zgodnie z ustawą oprowadzać może każdy przewodnik. Nie wolno zmuszać wybiórczo klientów np. „grupy zorganizowane” do dodatkowego zakupu usług przewodnickich przez muzeum – byłaby to zabroniona prawem dyskryminacja. Nie można też przewodnikowi z zewnątrz zabronić oprowadzania po takiej wystawie. Jedynie co zarządca może zrobić  to – wg art. 33.2. określić zasady w regulaminie dla zwiedzających. Ale znów – w regulaminie takim nie może znaleźć się zapis o zakazie oprowadzania po otwartych wystawach bez muzealnej licencji, gdyż nie zezwala na to ustawa. Gdyby intencją ustawodawcy było ograniczenie wolności wykonywania zawodu przewodnika na terenie muzeum,  powinno być to sformułowane w ustawie w sposób dosłowny i nie budzący wątpliwości.

Mamy więc bardzo silny oręż prawny do walki z muzealnymi nadużyciami. Nie wiem, dlaczego organizacje skupiające przewodników go nie wykorzystują. Powinno się moim zdaniem:

1. W korespondencji z zarządami muzeów używać bardziej stanowczych sformułowań, nie „łaskawie prosić” o prawo do oprowadzania tylko zażądać respektowania praw.

2. Zaalarmować zarówno media jak i organizacji administracji publicznej której muzea podlegają. Swojego czasu głośna była np. walka z dyskryminacją w lokalach rozrywkowych Warszawy, najemcom stosującym krzywdzącą selekcję gości grożono zerwaniem umów najmu. Tym bardziej praktyki takie nie mogą mieć miejsca w instytucjach jakby nie było kultury wysokiej.

3. W ostateczności pozostaje droga sądowa. W tej materii mamy szlak mamy świetnie przetarty 5 lat temu przez Michała Kosiarskiego, który wywalczył prawo do bezpłatnego fotografowania obiektów w muzeach. Warto przypomnieć niektóre uzasadnienia wyroku:

  • Muzea mogą żądać pieniędzy, ale tylko za udostępnianie zbiorów do celów innych niż zwiedzanie
  • Zakaz fotografowania godzi nie tylko w interes ekonomiczny konsumenta, który płaci za coś, za co nie powinien, ale też wywołuje uczucie przykrości i zawodu, gdy jest traktowany w niekorzystny dla siebie sposób;
  • Nie można uzależniać spełnienia świadczenia tylko od woli jednej ze stron, która ma prawo dokonywania wiążącej interpretacji regulaminu. To oznacza, że nie może od dyrektora muzeum zależeć to, komu pozwolić robić zdjęcie, a komu nie;

Wystarczy zamiast „fotografowania” wpisać „oprowadzania” i argumentacja działa podobnie. Mam zresztą spore wątpliwości czy muzeum jako instytucja jest w ogóle upoważnione do kontroli kto oprowadza wycieczkę. Zapisy w ustawie turystycznej regulują relacje między usługodawcą i klientem a nie zarządcą obiektu.  Dla muzeum każdy zwiedzający jest po prostu turystą, a to czy ktoś „wykonuje zadania przewodnika” to prywatna sprawa wchodzących do obiektu osób.

Oczywiście  powoływanie się na „historyczne” licencje marszałkowskie jest bez sensu, ale z biegiem lat ten problem rozwiąże się sam, gdy przybędzie więcej nowych osób wchodzących do zawodu. Proszę więc się zabrać do roboty, zamiast pomstować na Gowina.

Licencje przewodnickie jak „polskie obozy…”

Pamiętacie Państwo ten najbardziej koszmarny pseudoargument używany przez wrogów deregulacji – że bez państwowych licencji przewodnicy będą opowiadać o „polskich obozach koncentracyjnych”? Na jednym ze spotkań w Min.Sprawiedliwości doszło wręcz do awantury kiedy jeden z urzędników napomniał protestujących, aby przestali wreszcie tańczyć na oświęcimskich grobach. Przypominam to, bo identycznie zbudowany, błędny skrót myślowy pobrzmiewa w nadal stosowanym pojęciu „licencja przewodnicka”. Znany nam działacz, Pan Lisowski z Ostródy, w wywiadzie powiada:

Następny kurs prawdopodobnie będziemy organizować w przyszłym roku, aby zostać członkiem stowarzyszenia trzeba być licencjonowanym przewodnikiem.

Z kolei jak czytamy tutaj – kończąc najnowszy kurs przewodnicki po Wrocławiu

zdany pozytywnie egzamin (teoretyczny i praktyczny), będą upoważniać do uzyskania Licencji przewodnika miejskiego PTTK po Wrocławiu

To tylko pierwsze z brzegu przykłady, zjawisko jest powszechne. Rozumiem siłę przyzwyczajenia, pamiętam jak po denominacji złotego w 1995 niektórzy uparcie dalej liczyli w milionach. Ale skoro towarzystwo przewodnickie zawodziło tyle jęków w obronie rzetelności, prawidłowości itp. swojej  pracy, to może nauczy się wreszcie poprawnie stosować termin „licencja”, pochodzącego z łac. licet – jest dozwolone.

Ktoś kto ukończy kurs w Ostródzie będzie tak samo „licencjonowany” jak każdy inny pełnoletni obywatel z wykształceniem średnim. PTTK we Wrocławiu może wręczyć legitymację, certyfikat, indentyfikator itp. Licencję – tę wynikającą z prawa autorskiego – jedynie na posługiwanie się nazwą i logo PTTK (ale już nie samym określeniem przewodnik miejski czy regionalny taki a taki, jak chciał kiedyś oddział w Kielcach). PTTK nie może wydawać „Licencji przewodnika miejskiego” – stwierdzenie to wprowadza w błąd, podobnie jak próba nazywania Auschwitz-Birkenau „Polish death camp”.

Z kolei na stronie informującej o certyfikacji pilotów przez PIT znalazłem taki kwiatek:

Certyfikacja (…) to potwierdzenie kwalifikacji zawodowych dla pilotów wycieczek, którzy rozpoczynają pracę w zawodzie po deregulacji (a tym samym nie mają możliwości zdobycia tzw. uprawnień państwowych wciąż wymaganych przez wielu pracodawców)

Jest to tak pokrętnie sformułowane, bez dodania np. „byłych uprawnień…”  aby tylko u czytających wywołać błędne mniemanie, że jakiś papier uprawniający do pilotażu nadal jest potrzebny i daje go PIT.

Organizatorzy kursów kucharskich, barmańskich, artystycznych itp – tu można wymienić setki nielicencjonowanych czynności – jakoś nie muszą  się uciekać do podobnych głupich chwytów. Ciekawie kiedy nasi zmądrzeją…

Krakowscy przewodnicy kłócą się o 100 zł

Znalazłem w zakamarkach sieci coś takiego: Biuletyn przewodników turystycznych w Krakowie. Od marca zeszłego roku ukazały się cztery numery. Są tam ciekawe kwiatki, np.

CIESZY FAKT, ŻE DYREKTOR PARKU (Ojcowskiego)  NIE UGIĄŁ SIĘ POD PRESJĄ I UTRZYMAŁ CERTYFIKATY POMIMO DEREGULACJI.

Skomentuję: Deregulacja nie dotyczyła parków narodowych, działających w oparciu o Ustawę o Ochronie Przyrody tylko Ustawy o Usługach Turystycznych, która jest jedyną ustawą ograniczającą (wg art. 65 Konstytucji) wolność wykonywania zawodu. Park narodowy nie może jej ograniczyć na swoim terenie.

Sezon letni minął większości z nas bardzo pracowicie, słychać głosy, iż pomimo (…) deregulacji, (która jak wciąż wierzy większość z nas, również okaże się fałszywa)

Jak to rozumieć? PIS grzmiał niedawno, że „sfałszowano wybory”, fałszowanie ustawy to byłoby pewne novum. A przecież nasi przewodnicy są tak wspaniale wykształceni.

Ale to nic w porównaniu z najnowszym numerem, w którym mamy prawdziwą „aferę”. Poszło o to że za nową, wystawianą zamiast nieważnych już uprawnień blachę przewodnicką ktoś skalkulował cenę… 100 zł, co wywołało oburzenie. Że za dużo, że powinno być najwyżej 30 zł. No cóż, przypomnę że wcześniej koszt zdobycia uprawnień wiązał się zwykle z wielotysięcznym wydatkiem i wielomiesięcznym kursem, egzaminami i ponoć nie był to żaden problem, zawód miał charakter otwarty…”

Czekamy na kolejne biuletyny.

Pierwszy rok wolności

O ile państwo pamiętają, rok 2014 rozpocząłem fotką przedstawiającą „pierwszą minutę” po deregulacji, na krakowskim zaułku. O północy dnia dzisiejszego, jak widać…

…z okazji pierwszej rocznicy, wiwatować przyszły znacznie większe tłumy  ;-)

Takoż i ja piję toast za wolność -

Najlepszego w Nowym Roku!
Maciej Zimowski

Listopadowe porządki

Dzisiejsza data sprzyja wspomnieniom i podsumowaniom. 10 miesięcy temu „pochowaliśmy” znienawidzone prawo. Dziś oczywiście z żadną symboliczną świeczką się na ten grób nie wybieram. Co najwyżej z osinowym kołkiem.

Deregulacja już dawno przestała być gorącym tematem do dyskusji. Co ciekawe, kolejne transze zmian, obejmujące bardzo istotne dla gospodarki zawody, np. finansowe – przeszły praktycznie bez medialnego echa.

Obawiałem się, że w szczycie sezonu turystycznego dziennikarze ruszą na ulice polskich miast poszukując straszności i upiorów, ale nic takiego nie nastąpiło. Temat przestał być interesujący – i bardzo dobrze. Jest oczywiście pewien niedosyt, że dyskurs przebiegał  według jednej sztampy, czyli rządowego hasła o zwiększeniu ilości i dostępności miejsc pracy. Podczas gdy Akcja Wolne Przewodnictwo motywowana była przede wszystkim walką o prawo do wolności słowa i nie stawianie „na głowie” przepisów prokonsumenckiej ustawy turystycznej. Ale cóż – nie zabito wroga  elegancko szablą, tylko ukatrupiono wraz z innymi wielką maczugą – też dobrze. Niech spoczywa na wieki.

Bloga nie zamykam ale – i ile nic pilnego się nie wydarzy raczej w najbliższym czasie nie będę pisał nowych artykułów, muszę zająć się produkcją oferty mojego biura na nowy sezon. Dość ciekawy jest temat rozprawienia się z bezprawnymi „zapisami przewodnickimi” w regulaminach parków narodowych, ale tym zajmę się – jeśli już, to jakoś po nowym roku.

Zaglądajcie na fanpage – facebook.com/wolneprzewodnictwo – czasem wrzucę  tam jakiegoś kwiatka. Ostatnio np. protestowali muzealnicy. Chodziło – jak czytamy – głównie o kasę,ale znalazł się i taki pocieszny fragment:

przewidziana deregulacja zawodu muzealnika doprowadzi do upadku rangi tego zawodu. Przekonują, że do pracy w muzeach będą trafiać osoby bez stosownego przygotowania i kompetencji.

Tak, to straszne. Na szczęście kandydaci na przewodników i pilotów mogą się przygotowywać na licznych szkoleniach, które, pomimo deregulacji nadal są organizowane. Jedna z warszawskich szkół pilotów której kadra była w awangardzie ujadających wrogów Gowina teraz zalewa sieć… płatnymi ogłoszeniami swoich kursów. Tak tak, żeby wejść na rynek – trzeba płacić za reklamę jak wszyscy inni! Nigdy nie za późno na naukę :)

Za kuriozalny i uważam natomiast nagłaśniany ostatnio we wszystkich portalach turystycznych pomysł na wydawanie „certyfikatów” przez PIT. Czyli że ktoś kto ukończył kurs, albo drogą samokształcenia zdobył wiedzę ma się teraz podać dobrowolnemu egzaminowi  (płacąc za to oczywiście).  Nie ma w tym najmniejszego sensu – kandydatów i tak przeegzaminuje właściciel czy menedżer konkretnego biura, to on zdecyduje czy ktoś się nadaje do pracy czy nie.  Raczej widzę tu kombinatorstwo – próbę stworzenia czegoś, co potem przy sprzyjającej koniunkturze politycznej miałoby zostać wykorzystane do przywrócenia państwowych regulacji. Oby rynek szybko i właściwie zweryfikował takie odjechane pomysły.

A co słychać u drugiej anty-wolnościowej organizacji, czyli PFPiP ? Nie wiem czy umarła, w każdym razie jest w śpiączce. Strona internetowa nie aktualizowana od lutego. Żadnego śladu informacji, czy tradycyjnie w grudniu br. organizowane jest jakieś „forum pilotażu i przewodnictwa”. Czy ktoś coś wie?

Na koniec – serdecznie proszę wszystkich żywych i aktywnych pilotów-przewodników, którzy weszli na zawodową drogę po deregulacji – piszcie na akcja@wolnezawody.org – opowiadajcie swoje historie. Tego głosu wciąż brakuje w publicznej dyskusji, nie można dopuścić do tego, żeby grupka cwaniaków-kombinatorów znowu pozbawiła nas naszych praw.

 

Pani Chachulskiej nie pozwolimy zatrzymać deregulacji

Szanowna Pani
Anna Chachulska
Kierownik Działu Oświatowego Zamku Królewskiego na Wawelu

Z zainteresowaniem przeczytałem w dzisiejszym „Dzienniku Polskim” wzmiankę o organizowanym przez Zamek Królewski na Wawelu kursie przewodnickim. Niestety z treści komunikatu wynika, że nie do końca znają Państwo aktualnie obowiązujące przepisy.

Jako koordynator wieloletniej akcji która doprowadziła do otwarcia od 1.02.2014 zawodu przewodnika miejskiego, a obecnie „wolny przewodnik” po Krakowie i nieformalny rzecznik interesów osób uprawiających zawód po deregulacji zwracam uwagę, że nie jest możliwe jakiekolwiek „upoważnianie nas” przez Dyrekcję Muzeum  do oprowadzania turystów i przekazywania informacji w miejscach publicznie dostępnych.

Ma Pani trudności z właściwym zrozumieniem i interpretacją Art. 33. pkt 1 Ustawy o Usługach Turystycznych, cytuję dosłownie:

Przewodnicy turystyczni mogą oprowadzać obsługiwane wycieczki po muzeach, wystawach i zabytkach, jeżeli zadania tego nie wykonuje osoba upoważniona przez muzeum, organizatora wystawy albo właściciela lub posiadacza zabytku.

Z zapisu tego nie wynika, że nikt inny oprócz osób upoważnionych nie może oprowadzać po obiekcie. W obecnym regulaminie zwiedzania Wawelu jedynie jego niewielka część (prywatne  apartamenty królewskie) dostępne są wyłącznie z delegowanym przez Muzeum przewodnikiem, którego usługa zawarta jest w cenie biletu. Poza tym wyjątkiem wnętrza dostępne są do swobodnego zwiedzania bądź po zakupie biletu (wystawy) bądź darmowo (dziedziniec i skwery). Zarządca zezwalając na wstęp rezygnuje z przydzielania osoby przez niego upoważnionej do oprowadzania turystów. Wtedy właśnie – zgodnie ze wspomnianym punktem ustawy może robić to przewodnik turystyczny, który jest dziś zawodem zderegulowanym.  To przykro, że osoba mianująca się „kierownikiem działu oświatowego”  nie potrafi pojąć prostych zasad logiki języka polskiego.

W komunikacie czytam, że „Wawel jest zbyt ważnym miejscem żeby mógł po nim oprowadzać każdy” i dlatego „po wystawach muzeum i trasach na wzgórzu wawelskim” mają to robić jedynie osoby przez Muzeum upoważnione. Czy w związku z tym zmieni się regulamin udostępniania i żadna część wzgórza nie będzie dostępna bez przewodnika, tak jak dziś prywatne apartamenty? To oczywiście absurd. Raczej odczytuję w tym próbę  nachalnego odwrócenia zmian spowodowanych ustawą deregulacyjną. Niestety nie jest to legalnie możliwe, Żaden zapis ustawowy nie upoważnia państwa do licencjonowania usług oprowadzania czy opowiadania o Wawelu. Jest to wyłącznie kwestia  prywatnej umowy pomiędzy usługodawcą i klientem.

Jako szczególną bezczelność poczytuję wypowiedź o upoważnieniu „dotychczas certyfikowanych przewodników ze zdanym państwowym egzaminem”. Zdobyte przed deregulacją państwowe certyfikaty nie mają dziś żadnej mocy prawnej, nie mogą być powodem specjalnego traktowania ich posiadaczy, a zarazem dyskryminacji mnie i innych pracujących w branży osób, które wiedzę i doświadczenie zdobyły samodzielnie, bez pośrednictwa państwowych urzędów.

To miłe, że organizujecie państwo kursy przewodnickie, ale bardzo proszę samemu odrobić kurs znajomości prawa turystycznego i konsumenckiego, bo Wawel jest – uważam – zbyt ważnym miejscem aby panowały tam tego rodzaju naganne zachowania i praktyki. Bardzo proszę o wyjaśnienia i sprostowania informacji prasowych. Kurs przewodnicki może służyć jedynie zdobywaniu wiedzy celem lepszego konkurowania o zlecenia klientów, w żadnym wypadku licencji na wyłączność świadczenia usług.

Maciej Zimowski

Kolejna porażka przewodnickich i parkowych mafii

Na początku lata organizatorów turystyki młodzieżowej, i wszystkich nas – deregulacyjnych bojowników, zaszokowała bardzo niemiła wiadomość. Na stronach Rządowego Centrum Legislacji opublikowano projekt rozporządzenia który swoją absurdalnością i restrykcyjnością przebił wszystko co wymyślono do tej pory w dziedzinie tzw. przymusu przewodnickiego. O ile wcześniej naśmiewaliśmy się ze słynnego „prawa 1000m n.p.m.” to teraz sytuacja miałaby się stać jeszcze bardziej groteskowa. Nauczyciel przebywający z grupą uczniów np w Szczyrku czy Kudowie nie miałby prawa w ogóle samodzielnie ruszyć się z podopiecznymi gdziekolwiek poza „zwartą zabudowę miejską”.

Nie pisałem o tym, bo raz – był szczyt sezonu i nie miałem czasu, dwa – o czym to właściwie świadczy? Że resort edukacji sam uważa swoje kadry – nauczycieli – za bandę debili, którzy na widok podgórskiej łączki albo zarośli w parku narodowym  dostają głupawki, stają się niebezpieczni i nie wolno pozostawić pod ich wyłączną opieką  młodzieży. Musi im towarzyszyć choćby jakiś „przewodnik terenowy” – którym po deregulacji – jak wiemy może być „ktokolwiek z ulicy” – byle ze średnim wykształceniem i nie karany.

Na szczęście projekt ten wywołał lawinę protestów innych organizacji. Oto obszerne 16-stronnicowe pismo z uwagami wystosowane przez Towarzystwo Turystów Przyrodników i Krajoznawców. Protesty odniosły skutek gdyż z treści rozporządzenia opublikowanego przedwczoraj w Dzienniku Ustaw ostatecznie usunięto wszelkie „przewodnickie” regulacje.

Sprawa zakończyła się więc pozytywnie, ja jednak będę tym razem owym zgorzknialcem, który przysłowiową szklankę widzi w połowie pustą. Bo to rzeczywiście jest problem że takie projekty się w ogóle – na rządowych stronach pojawiają. Niby nasz premier będzie rządzi Europą i jest git, a obyczaje urzędników państwowych niższego szczebla są jak z jakiejś republiki bananowej.

Kto za tym stał, zwłaszcza za przymusem dotyczącym wszystkich, również nizinnych parków narodowych? Na zdrowy rozum właśnie w parkach asysta dodatkowego przewodnika jest mniej potrzebna, bo infrastruktura turystyczna jest tam najlepiej rozwinięta i utrzymana, szlaki na bieżąco znakowane itp. Ale oczywiście Polska prowincjonalna, zielone ludziki w puszczach, na bagnach i dzikich pagórkach nie kierują się zdrowym umysłem tylko chorymi układami. Pod koniec 2012 roku śledziliśmy ciekawy serial pod tytułem TPN kontra MEN, odsyłam tutaj, tutaj i już chyba wszystko jest jasne pod czyje dyktando zapisy do projektu wprowadzono.

Nota bene parki narodowe mają ostatnio coraz gorszą prasę. Jest tak przede wszystkim przez konflikt wokół popieranego przez TPN procederu wożenia turystów drogą do Morskiego Oka wyłącznie konnymi fasiągami. Nowy dyrektor Parku, Ziobrowski, mając gdzieś protesty ekologów, otwartym tekstem w wywiadach przyznaje się do tego że musi chronić możliwość łatwego zarobku kilkudziesięciu cwaniaków z Bukowiny Tatrzańskiej, którzy „uwłaszczyli się” na odcinku publicznej drogi i nie dopuszczają konkurencji, choćby ruchu rowerowego.

Na podobnej zasadzie lokalne „mafijki” przewodnickie potworzyły się przy innych, także nizinnych parkach narodowych i robią co mogą aby nie dać się odepchnąć od koryta łatwych do zdobycia, bo przymusowych zleceń. I tu mam za złe zarządowi TTPiK. Drodzy Państwo, słusznie atakujecie w swoim elaboracie nieszczęsne rozporządzenie. Niestety, znaczna część waszego pisma to bełkot nieprawdopodobnych bzdur, o rzekomym prawie dyrekcji parków narodowych do wydawania własnych „licencji przewodnickich”. Więcej o tym pisałem w styczniu. No chyba że wielu waszych kumpli, szwagrów, czy innych znajomych królika takie licencje porobiło i teraz stoicie na straży ich przywilejów. Ale spoko, tym akurat tematem mam ochotę zająć się osobiście.

Jak wam mija pierwszy, zderegulowany sezon?

Jak każdy pracujący w branży nie mam teraz wiele czasu na pozasłużbową działalność. Ale nie chcę żeby tematykę bloga zdominowały przepychanki w jednym parku narodowym. W końcu mamy wreszcie wywalczoną wolność, nikt już w Krakowie, Gdańsku czy Toruniu nie ma prawa zaczepiać przewodników z grupami, żądać od nich „uprawnień” i karać mandatami.

Zaskakująco mało, właściwie niczego nie słychać o tym w mediach. Sądziłem że przynajmniej w pierwszym „ogórkowym” sezonie dziennikarze na wyprzódki będą opisywać hekatombę jaką na ulicach miast wyprawiają różne „niemieckie sprzątaczki” opowiadające o polskich obozach koncentracyjnych. Przecież już w lutym czytaliśmy o „przewodnikach bez licencji zalewających polskie miasta”. A teraz lipiec i co? Cisza. Środowisko dziennikarskie jak wiemy, po aferze taśmowej ma problemy z obroną własnych przywilejów i własnej wolności.

A może Państwo, czytelnicy bloga opowiecie o swoich doświadczeniach, jak się wam pracuje?

Damscy bokserzy w służbie TPN

„Połowa wycieczek wędrowała w Tatrach bez przewodnika” – taką depeszę PAP opublikował wczoraj portal wyborcza.pl i Gazeta Krakowska, pewnie w podobnej formule „kopiuj – wklej” ukaże się i gdzie indziej.

Jeśli rzeczywiście skontrolowano 71 wycieczek z czego organizatorzy 34 nie zgodzili się opłacić haraczu przewodnickiej mafii, bardzo dobrze świadczy o ich obywatelskiej świadomości i sile oddziaływania mojego bloga, na którym obszernie rok temu wyjaśniłem np. tutaj, że zarządzenie dyrektora o potocznie mówiąc „obowiązku wynajmowania przewodnika przez grupy szkolne” jest nieważną klauzulą umowną.

Źle świadczy o służbach, które zamiast zwalczać rzeczywiste zagrożenia tatrzańskiej przyrody, w sposób awanturniczy uganiają siłę za grupami dzieciaków, ośmieszają instytucję parku narodowego, przekraczają uprawniania działając w interesie nie własnej firmy tylko zewnętrznych usługodawców. Trudno nie nazwać tego inaczej, jak bezczelnym układem korupcyjnym.

Co do rzetelności mediów w tej sprawie nie mam już najmniejszych złudzeń, temat jest typowo „ogórkowy”, przypomnijmy sobie jak przed deregulacją gazety bezkrytycznie powielały wszelkie bajdy zasłyszane od przewodników miejskich. Tym razem czytając stek bzdur i pustych pogróżek przesłany zapewne w formie gotowca do PAP przez komendanta straży zwróciłem uwagę że podobieństwo do znanego z sowieckich dowcipów „Radia Erewań” przekracza wszelkie dotychczasowe normy. Zwłaszcza czytając fragment:

W jednym przypadku, kiedy nauczyciele ze szkoły podstawowej w Krakowie sami prowadzili grupę dzieci, policjanci wszczęli wobec nich postępowania

zrobiłem oczy wielkie jak arbuzy, bo zdaje się, że wiem o jaki przypadek chodzi. Owszem, postępowanie prokuratorskie jest, ale chyba nie wobec pedagogów, tylko agresywnego strażnika parku. Kilka dni temu sama zadzwoniła do mnie jedna z nauczycielek, prowadzących ową grupę. Oto co mi opowiedziała. Tekst jest dosłownie przepisywany z nagrania rozmowy, stąd taki jego styl.

Kupiliśmy bilety na kolejkę na Kasprowy (w cenę tego biletu wliczony jest też bilet do TPN). To już im się nie za bardzo spodobało, bo ten pan już na dole w kasie pierwsze co mnie za pytał, to „czy mamy przewodnika”. Ja na to – że nie. Bardzo zdziwił się, bo kupiliśmy bilety dla mojej grupy, i dla grupy mojej przyjaciółki, z którą jeździmy zawsze razem – ja ze swoją klasą, one ze swoją klasą. No i to ich bardzo zdziwiło – że jedziemy tylko w górę a nie mamy przewodnika. No i kupiliśmy te bilety, pojechaliśmy w górę. Chwilę na górze nam zeszło no i jak weszliśmy przed budynek, ustawiłyśmy je tak jak zwykle, bo to – jak liczyłyśmy to już nasz szósty raz, przy czym drugi raz schodziłyśmy same. Wcześniej jak obowiązywało rozporządzenie, to dla świętego spokoju – brałyśmy tego przewodnika. Ale teraz? Niby z jakiej racji. Doszłyśmy z nimi do Suchej Przełęczy, 5 min od Kasprowego i ja tam ustawiłam dzieci do zdjęcia (…) i on pojawił się – nie wiem czy od strony Beskidu czy Murowańca (…) – mówię o panu K. Tomasz K. przyrodnik. Leśniczy – tak się przedstawił. Miał na sobie polar z napisem „służba parku narodowego” i powiedział, że chce mnie wylegitymować. Zapytał się gdzie idziemy – no więc ja mówię że idziemy sobie spokojnie do Murowańca.

M.Z. Można było odmówić podania tej informacji, to jest wasza prywatna sprawa dokąd idziecie

- No i właśnie tutaj popełniłam błąd, no ale myślę sobie wszystko wiem na ten temat, jeśli chodzi o przepisy aktualne. A on mówi groźnym tonem „nie pójdziecie bo nie macie przewodnika, nigdzie nie pójdziecie!” Ja mówię: Wie pan co, proszę mi nie przeszkadzać w pracy, mam dzieci pod opieką i nie będę z panem dyskutować. I zabrałyśmy te dzieci, ustawiłyśmy a on już zaczął nadawać przez krótkofalówkę do kogoś, jakieś posiłki wzywać, że grupa że to że tamto, a my zaczęłyśmy sobie spokojnie schodzić. Ja byłam pierwsza, potem 15 dzieci, koleżanka, 15 dzieci, koleżanka, i na końcu opiekun. No i jak dochodziłyśmy do dolnej stacji kolei narciarskiej, to oni wtedy dobiegli do nas, ja byłam troszeczkę z przodu, odwróciłam się i robiłam zdjęcia ponieważ prowadziłam dokumentację fotograficzną tego wyjazdu, tej zielonej szkoły, więc oni dobiegli do mojej przyjaciółki i ja patrzę co on robi – on zagrodził jej drogę, a za nią szły te dzieci młodsze, wywiązała się dyskusja. On miał kije takie do chodzenia, złapał te kije – tak poziomo trzymając – jedną na jednym końcu, drugą na drugim końcu, tak poziomo – przyłożył do mojej przyjaciółki i popchnął ją, krzycząc „nigdzie nie pójdziecie”. Z tej nienawiści całej, która kipiała aż z niego, on się chyba zapomniał, bo on sprawiał takie wrażenie, jakby w ogóle tracił kontakt z rzeczywistością, bo tak się zachowywali razem z tym panem W.

Dzieci się wystraszyły, zaczęły płakać i krzyczeć – „niech nas pan puści”. Jak to zobaczyłam pomyślałam – idę na pomoc. Ale w międzyczasie on się w międzyczasie zreflektował…

- ale mówi pani – to był Edward W., na pewno?

- to był ten pan K., on był taki agresywny, potem miał pomocnika tego Edwarda W.

- a jak pani poznała że to on?

- dlatego że szukałyśmy w internecie, i znalazłyśmy go (…). I mamy ich zdjęcia – ja robiłam i przyjaciółka robiła telefonem.

- robiliście jakieś nagrania?

- nie, oni twierdzili że oni robili, w ogóle straszyli dzieci przechodząc obok, mówiąc do dzieci że są nagrywane, że są robione zdjęcia i policja czeka już na nich na dole, no wie pan co – takie zachowanie to jest karalne już, bo to jest straszenie dzieci. Dzieci płakały, w schronisku nawet ci moi uczniowie z 5 klasy nie chcieli usiąść, bo się bali, bo nie wiedzieli co panowie im zrobią, no przecież to jakieś chore. No ale doszłyśmy do tego schroniska. (…). Moja przyjaciółka zadzwoniła ze schroniska na policję, opowiadając co ten jej zrobił, plus – prosząc o konsultację z psychologiem dziecięcym, (…) Na co usłyszałam – pan z policji w Zakopanem przyjmujący zgłoszenie nie wie gdzie jest Murowaniec. Potem koleżanka przekazała telefon temu W. a ten zaczął rozmawiać „no cześć stary, co tam u ciebie…” na tej zasadzie. I on wtedy powiedział – ten policjant – że on jej nie będzie wierzył (mojej koleżance) tylko jemu będzie wierzył, bo on go zna. No takie zachowanie policji to jest żenujące.

Zaczęłyśmy schodzić na dół, oni szli za nami w odległości 150-200 m. Ja zadzwoniłam po autokar. Przychodzimy na miejsce – czeka na nas dwóch policjantów, takich młodych posterunkowych, chłopak i dziewczyna, i oni będą nas legitymować, niebywałe. Mówię im nie mamy dokumentów, jedźcie z nami. Oni na to że nie, że oni nas zabiorą na komendę na posterunek. Mówimy że nie, bo mamy dzieci pod opieką, ale nie było dyskusji z nimi. Oni nie chcą nas przepuścić, dzieci płaczą, my mówimy że mamy obiad, że dzieci muszą zażyć leki. Nie było dyskusji. W końcu prosimy o przyjechanie radiowozu. Zadzwonili, skontaktowali się z komisariatem, i czekamy. Ja proszę dzieci do autokaru. Oni tam jeszcze protestowali, ale w końcu dzieci wsiadły do tego autokaru a my czekamy pod autokarem.

Oni (ci młodzi policjanci) przyjechali samochodem straży parkowej, ze strażą parku. A ci – ten K. i ten W. stali przy samochodzie i śmiali się między sobą, z tej całej sytuacji, robili sobie hece, a nasz kierowca który stał tam w pobliżu, podsłuchał, do nas zresztą też dolatywały te głosy, jak to mamy dyscyplinarkę pewną, że oni już kuratorium powiadomili, wyrzucą nas z pracy, bo my jesteśmy takie głupie (…)

My czekałyśmy dalej na policję, i jak policja przyjechała – ten pan sierżant, on już miał zupełnie inne podejście. Już mu spokojnie wytłumaczyłyśmy, on wysłuchał, powiedział mi jak wygląda procedura, powiedział że policja ma dane tych dwóch panów już (…) wytłumaczyliśmy na jakiej podstawie – bo tamci dwaj nie chcieli nam powiedzieć – próbowali nas wylegitymować, ja im to wszystko wytłumaczyłam, o tych ustawach, o tych rozporządzeniach, że teraz nie ma, że dyrektor wydał zarządzenie, które jest niezgodne z konstytucją i z ustawami, i tym policjantom nagle oczy zaczęły się otwierać, że być może ta straż parku może nie mieć racji. Już tamci się zaczynali wycofywać, a sierżant na koniec nam życzył spokojnego pobytu, i zaproponował złożenie do dyrektora skargi na tych pracowników (…)

- Strażnicy mają prawo legitymowania, tylko osoby które łamią przepisy ustawy o ochronie przyrody, popełniają wykroczenia skatalogowane w ustawach i rozporządzeniach, natomiast to czy wychodzi pani z uczniami czy innymi osobami jest sprawą prywatną, dla nich nie powinno być to podstawą do interwencji.

- Tak samo myślałyśmy, dokładnie, że mogą nas tylko wtedy legitymować, jeżeli dokonamy jakiegoś wykroczenia na przyrodzie. I oni – jak wynika z najnowszych informacji – oni to sobie chyba przemyśleli że z tym przewodnikiem to im nie przejdzie za bardzo, i teraz idą w drugą stronę, czyli w stronę tego że dzieci krzyczały, że gdzieś zbiegały z tego szlaku, że siadły na trawie – wie pan o co chodzi. Czyli chcą tak jakby ten nasz spacer pod to podciągnąć, że niby dzieci niszczyły przyrodę i oni dlatego swoje zachowanie uważają za stosowne. Nie jest to prawdą, bo my mamy zdjęcia, prawidłowo spacerkiem po szlaku zeszłyśmy z Kasprowego do Murowańca, gdzie rozegrały się takie sceny.

- Ale jeszcze wspominała pani że zdecydowaliście się złożyć skargę w prokuraturze, na tego co zaatakował koleżankę?

Tak, funkcjonariusza publicznego jakim jest nauczyciel podczas wykonywania swoich obowiązków. Jest na to paragraf 222 z tego co pamiętam później dołożyłyśmy jeszcze 212 jako pomówienie (chodzi o telefony wykonywane do pani dyrektor szkoły) oraz znieważenie przed uczniami i w schronisku (już w schronisku zaczął krzyczeć na nas) – to był chyba 226. W sumie trzy artykuły kodeksu karnego, opisałyśmy to dokładnie, przyjaciółka zaniosła do prokuratury w Zakopanem, spotkała się tam z dyżurnym prokuratorem, któremu również przedstawiła tę całą sytuację, prokurator powiedział że są to bardzo poważne sprawy i on się osobiście tym zajmie.

Oni po prostu myśleli że trafili na dwie głupie, co się nie znają na przepisach, natomiast my chodzimy prywatnie po tych górach i widzimy co oni wyprawiają, szlag nas trafia, że taki proceder ma miejsce.

Komentować nie będę, sami sobie Państwo wyróbcie osąd, będziemy monitorować sprawę.  Dodam tylko że zaproponowałem złożenie także pozwu cywilnego wobec dyrekcji TPN o odszkodowanie za bezprawnie zatrzymanie wycieczki. Proponuję wszystkim innym organizatorom, których dotknęły szykany – zrobić podobnie. I tyle.