Coghengate

Pierwszy dzień po Bożym Narodzeniu jest w Polsce… dniem ujawniania afer. Tak, to właśnie 27 grudnia 2002 r. ukazał się artykuł „Ustawa za łapówkę, czyli przychodzi Rywin do Michnika”, który zapoczątkował słynną Rywingate. Mój blog też wpisuje  się w tę nową świecką tradycję. Bohaterem dzisiejszej afery jest poseł PO Piotr van der Coghen (nazwisko po holenderskich przodkach ale człowiek swojak, urodzony w Krynicy).

W zeszłej kadencji pan poseł dał się poznać szerszej publiczności głównie jako bohater tabloidowego artykułu „Napisał ustawę dla siebie i żony?”. Ochotnicze ratownictwo górskie to zajęcie chwalebne i na ten temat wypowiadać się nie będę. Bardziej zwrócił moją uwagę fragment o tym, że jego żona, która prowadzi dwie firmy, m.in. centrum survivalu Vancroll może dzięki nowej ustawie i wsparciu męża „pozbywać się konkurencji”.   

Niedawno Piotr van der Coghen został przewodniczącym Parlamentarnego zespołu narciarstwa i turystyki z zamiarem dalszego grzebania przy ustawach. Tymczasem Dr. Piotr Cybula przyjrzał się działalności biznesowej posła i jego rodziny, i 21.12. i po prywatnym śledztwie obwieścił na swoim blogu rzecz szokującą – firma Vancroll organizuje od lat imprezy turystyczne – bez uzyskania wpisu do rejestru i stosownego ubezpieczenia! Wezwany do tablicy van der Coghen odpowiedział 25.12. grudnia następująco – czytając kilkakrotnie przecierałem oczy:

Ma Pan stuprocentową rację Panie Mecenasie! W takiej sytuacji jak wspomniana przez Pana firma, są tysiące małych firm w całym kraju zajmujących się w mikroskali rekreacją. W świetle obecnie obowiązującej ustawy organizator nawet jednego kilku-kilkunastoosobowego obozu o charakterze harcerskim JEST organizatorem turystyki i podlega jej restrykcyjnym przepisom, co jest oczywistym absurdem. Warto zaznaczyć, że głównym celem inicjatorów omawianej ustawy było zapewnienie bezpieczeństwa klientom Biur Podróży, organizujących kosztowne usługi turystyczne, daleko za granicami kraju, co w przypadku bankructwa tych firm, powodowało szalone komplikacje. Niestety zastosowany tu nieco nieszczęśliwy zapis ustawowy obejmujący wszystkich, (bez względu na skalę prowadzonej działalności) stworzył oczywistą niedorzeczność, którą dbając o normalność trzeba będzie zmienić (…)  

Jak wiecie Państwo na tym blogu opisuję od lat wiele prawnoturystycznych absurdów, ale nigdy nie uważałem za absurd tego co pan poseł. Rejestry biur podróży i ubezpieczenia od bankructwa funkcjonują wszędzie w zachodnich krajach. Można podważać ich zasadność w przypadku turystyki krajowej, nie mniej jednak nasze warunki są bardzo liberalne. Sam prowadzę biuro, nigdy nie sprawiało mi to problemów, posiadam ubezpieczenie w wersji najdroższej – na cały świat, i cena tej odnawianej co roku polisy nie jest znaczącym obciążeniem, gdyż – tu się pan poseł myli – jest ona proporcjonalna do skali przedsięwzięcia, czyli obrotów firmy. Gdyby wykupić taką polisę wyłącznie na imprezy w kraju, jej koszt dla małego biura byłby z pewnością dużo mniejszy, np. kilkusetzłotowy. Jakiś ułamek miesięcznej poselskiej diety. Oczywiście ubezpieczyciel wcześniej musiałby sprawdzić stan finansów takiego podmiotu. I tu można się doszukać pozytywu – fakt posiadania aktualnego wpisu jest dla klienta pewną wskazówką solidności czy wypłacalności.          

Przedsiębiorstwo Vancroll, jak czytamy, istnieje od 1990r. jego działalność – jeśli wierzyć przechwałkom wcale nie jest „rekreacją w mikroskali”. Dlaczego więc jej właściciele lekceważą ten obowiązek?  Możliwości są dwie. Albo kondycja firmy jest tak kiepska (np. ujemne bilanse, zadłużenie) że żaden ubezpieczyciel nie zgodziłby się udzielić gwarancji.  Albo też Piotr van der Coghen i jego żona Irena uważają się za święte krowy, mogące bezczelnie i bezkarnie kpić z przepisów. Taki poniekąd ma wydźwięk cytowana wypowiedź sprzed dwóch dni – „uważam że prawo jest złe więc mam je w nosie”.

A organizowanie imprez bez wpisu do rejestru – jako wykroczenie – bywa ścigane i karane. W 2005 roku głośna była  sprawa firmy Columbus, organizującej popularne jednodniowe wycieczki dla emerytów połączone z prezentacją produktów. Wojewoda Mazowiecki stwierdził, że powinna mieć wpis i zabronił działalności przez trzy lata. Decyzję zaskarżono do sądu, więcej tutaj. Małopolski Urząd Marszałkowski, bywał na tym poletku nie mniej gorliwy, a nawet nadgorliwy. Przed trzema laty z uporem godnym lepszej sprawy prześladował Johna Atkinsa, pioniera wycieczek rowerowych po Krakowie. Tutaj skan pisma z lipca 2008, z zarzutami bezpodstawnymi, bo organizowanie kilkugodzinnych wycieczek wpisu do rejestru nie wymaga. Czekamy więc pilnie na reakcję Śląskiego Urzędu Marszałkowskiego (delikwent ma siedzibę pod Zawierciem),  która wykaże, czy rzeczywiście w tym kraju istnieje podział na równych i równiejszych.              

Jeszcze jeden „kwiatek” Piotra van der Coghena popularny był forach branżowych przed dwoma laty, kiedy nowelizowano Ustawę o usługach turystycznych. Z rozbawieniem cytowano szowinistyczno-nacjonalistyczne odpały pana posła w stylu: „wprowadzając proponowaną poprawkę UIMLA, odbieramy przewodnikom sudeckim duży rynek niemieckich wycieczek przebywających w Karkonoszach. Sankcjonujemy także sytuację, że wycieczkę, np. Związku Wypędzonych, poprowadzi przewodnik zwany Führerem – obawiam się, że z tradycyjnym komentarzem(…)”. (Pan Piotr zakończył edukację na liceum, chyba jest kiepski z języków i dziwi się że Führer to właśnie po niemiecku przewodnik.) Rzekomo chodziło – jak tłumaczył żeby „nie stwarzać sytuacji, w której przewodnik-obcokrajowiec miałby prawo prowadzić bez jakichkolwiek ograniczeń po wszystkich górach polskich, natomiast polski przewodnik miałby ustawowe ograniczenia…” Przykro mi, ale dowolny pilot czy przewodnik z innego kraju Unii dokładnie ma takie prawo, wynika to zarówno z dyrektyw europejskich jak i z faktu że imprezy biur zagranicznych polskim regulacjom nie podlegają. Patrz nr 5. z 10 przykazań deregulacyjnych.

Coghengate to z pewnością sprawka zbyt błaha, aby – na wzór innych głośnych afer  powoływać w Sejmie jakąś komisję śledczą. Jednak powinna zająć się tym Komisja Etyki Poselskiej. Jest rzeczą głęboko niesmaczną, że na czele zespołu mającego zmieniać prawo turystyczne stoi ktoś o takim braku wiedzy, zaściankowej mentalności, kto sam bez zażenowania obwieszcza swoją pogardę dla obowiązującego prawa.

Na koniec też mam do Piotra van der Coghena pytania:  Skoro „oczywistym absurdem” i „nieszczęśliwym zapisem” nazywa Pan stosunkowo prostą i krótką formalność rejestracji biura, to dlaczego w toku prac nowelizacyjnych w 2009 roku nie walczył Pan o zniesienie dużo cięższych absurdów związanych z przewodnictwem, których opisy może Pan znaleźć m.in. w archiwach tego bloga?  Jak ten, że ktokolwiek zechce się podjąć nawet prostych czynności przy pilotowaniu wycieczek musi kończyć czteromiesięczny kurs i zdawać państwowy egzamin? Jak bezsensowne ustawowe rozgraniczenie fukcji pilota i przewodnika, choć projekt ich połączenia był pierwotnie rozważany? Jak sprzeczny z konstytucją i zdrowym rozsądkiem przymus przewodnicki w miastach i urządzanie w nich „łapanek ulicznych”? I skoro tak Panu doskwiera owa „odwrotna dyskryminacja” polskich obywateli we własnym kraju, dlaczego Pan nie lobbował za jej zniesieniem w najprostszy sposób – wzorem Niemiec, Anglii i innych nowoczesnych krajów – uwolnieniem również i u nas zawodów przewodnickich? Pozdrawiam!
Maciej Zimowski

Aktualizacja 28.12. W kolejnej notce Dr. Cybula również krytykuje niepraworządność P. van der Coghena, przy okazji zwracając uwagę, że podważane przez niego przepisy są koniecznością wymuszoną przez jedną z unijnych dyrektyw. Tak marginesie – nie ma żadnej dyrektywy nakazującej licencjonowanie przewodnictwa, którego pan poseł jest zwolenikiem.   

Deregulacja ma twarz wolnego przewodnika!

Każdego (no… prawie każdego…) musiał ucieszyć wywiad z Jarosławem Gowinem w tygodniku Polityka. Nowy Minister Sprawiedliwości został koordynatorem prac deregulacyjnych a jego – słynna już „pozytywna szajba” dotyczy również – a jakże – naszej branży!


Dalsza część wywiadu dotyczy spraw znacznie cięższej wagi – środowiska prawniczego, jednak i tam wyszukałem pewien ciekawy kwiatek: „Nie widzę np. powodu, aby różnicować uprawnienia adwokatów i radców prawnych. To jest podział sztuczny, nie istnieje w większości krajów europejskich a zrównanie uprawnień oznacza zwiększenie podaży usług.” Oczywiście wiadomo, że chodzi mi o analogię z urzędowym rozdziałem funkcji pilot-przewodnik. Wreszcie ktoś zaczął rozsądnie myśleć i zamiast traktować Polskę niby jakąś wyspę, rozgląda się jak to robią sąsiedzi. Obyśmy także w kwestiach przewodnickich szybko dołączyli do tej „większości Europy”.    

Ponieważ sprawy jak widać toczą się dość szybko, przygotowałem coś, czego brakowało w tym blogowym chaosie… czyli nową podstronę – streszczenie:

10 argumentów za uwolnieniem przewodnictwa turystycznego.

Które przesłałem gdzie trzeba – List do Jarosława Gowina.

Trzymajmy kciuki i obserwujmy!!!

Udzieliłem też wywiadu dziennikarce Rzeczpospolitej, Pani Katarzynie-Wójcik Adamskiej. Artykuł właśnie się ukazał…> Jest napisany w trochę prowokacyjnym tonie…  Wspomniano w nim oczywiście o tym liście z Ministerstwa…> który był pisany 1 grudnia, kiedy – tak myślę – plany deregulacji nie były jeszcze znane urzędnikom niższego szczebla. Sprawa się rozwija, czekamy na dementi…:)   

Aktualizacja 16.12. Pan Minister powtórzył swoje tezy o uwolnieniu zawodu przewodnika w porannym wywiadzie dla Trójki, cały wywiad tutaj, interesujące nas słowa padają pod sam koniec (od ok. 11 minuty). Streszczenie także tutaj. Napisałem też do krakowskiego biura poselskiego  J. Gowina prośbę o specjalny wywiad dla naszego bloga, zobaczymy czy się uda.

Aktualizacja 20.12. Jak wynika z depeszy PAP – wyodrębniono już 130 zawodów do deregulacji. Niestety Ministerstwo wzbrania się z publikacją tej listy. Śledzenie tych prac przypomina więc oglądanie jakiegoś sensacyjnego dreszczowca. Przypomnę, – pisałem o tym tutaj – niemal dokładnie tyle – 136 zawodów uwolniono niedawno w Grecji, oczywiście jest wśród nich przewodnik turystyczny. 

Pogrobowcy Jaruzelskiego kontratakują. Wiosna nasza?

Dziś mija 30 lat od wprowadzenia Stanu Wojennego z jego drakońskimi restrykcjami, totalitarną cenzurą i internowaniem niepokornych. Niestety mało kto zdaje sobie sprawę, że tradycja tych represji, choć w karykaturalnej formie, ale z prawdziwymi podsłuchami, kontrolami szpiclów i cenzurą polityczną nadal kontynuowana jest w Polsce wobec… przewodników turystycznych.    

W ostatni piątek, we wspomnieniowym artykule „W noc grudniową nas zabrali” Bogusław Sonik opublikował kopię swojej decyzji o internowaniu. Tutaj cały skan. Najważniejszy fragment: 



Za co go przymknęli? Za to, że:    

„może destrukcyjnie oddziaływać na otoczenie, a zwłaszcza powodować objawy paniki, przez rozpowszechnianie nieprawdziwych i szkodliwych wiadomości itp.”  

Dziś trzymam w ręku oficjalne pismo z Ministerstwa Sportu i Turystyki (skan pdf) datowane na 1 grudnia 2011 roku i oczom nie wierzę. Pismo jest odpowiedzią na mój kolejny wniosek o zaprzestanie żenujących podsłuchów i „łapanek ulicznych”, jakie przedstawiciele korporacji przewodnickich, upoważnieni przez urzędy marszałkowskie urządzają wobec osób oprowadzających turystów. Okazuje się że komunistyczna nowomowa nadal obowiązuje w tym ministerstwie. Jakaś wolność słowa? Konstytucyjny zakaz cenzury? Nie w tym przypadku, bo jak czytamy:  

Należy zgodzić się z Pana opinią, że zgodnie z art. 54 Konstytucji RP każdy ma prawo przekazywać swoją wiedzę innym, jednak wykonywanie zadań przewodnika turystycznego jest specyficzną (sic!) formą przekazywania tej wiedzy (…) za które osoba je realizująca pobiera wynagrodzenie.      

A na czym niby ta „specyfika”  polega? i różni się od np. dziennikarza, polityka, kabaraciarza, blogera, każdego innego mówcy i pisarza? Mamy wyjaśnienie, proszę zwrócić uwagę na podobieństwa:

„(…) przewodnik turystyczny i pilot wycieczek pełni rolę „ambasadora” przed turystami w obszarze przekazywanej wiedzy o kraju.(…) Pozostawienie bez nadzoru osób będących tak silnym (sic!) przekaźnikiem wiedzy niesie za sobą ryzyko budowania błędnego, czasem wręcz szkodliwego wizerunku Polski i Polaków. Zaś dbanie o wizerunek, prawdę historyczną i poprawne rozumienie zagadnień społeczno-kulturowo-historycznych przez obywateli naszego i innych państw leży w interesie państwa polskiego.”     

Podpisała się pod tym Elżbieta Wyrwicz, Zastępca Dyrektora Departamentu Turystyki. Czy pani Elżbieta nie zdaje sobie sprawy że turysta także ogląda filmy i programy telewizyjne, czyta książki i gazety, przegląda portale internetowe? Że ich oddziaływanie jest z pewnością „silne”? Że ich autorzy i wydawcy żadnej cenzurze nie podlegają, choć za przekazywanie wiadomości również dostają wynagrodzenie? I że owo „budowanie wizerunku” w sferze wolnych mediów realizuje się poprzez ich pluralizm, sztukę argumentacji, a demokratyczne państwo absolutnie nie może wartościować pojęć abstrakcyjnych?  I z jakiejś dziwnej przyczyny (w żadnej ustawie nie jest to zapisane) „mówienie do turystów na ulicy” musi być z tej sfery wyłączone? Przyczyny możemy się oczywiście domyślać – wpływów korporacji przewodnickich, które nielegalnie i nieuczciwie usiłują sobie zapewnić „monopol na gadanie”.    

Za komuny na ul. Mysiej w Warszawie działał okryty złą sławą Główny Urząd Kontroli Publikacji i Widowisk. Dziś, jak czytamy – jego tradycje kontynuuje Ministerstwo przy ul. Senatorskiej 14. Jak się domyślam, państwo polskie przechowuje tam unikalne księgi z zapisami cenzorskimi i szczegółowymi wytycznymi np. czym jest a czym nie jest „prawda historyczna”, jaki wizerunek Polski i Polaków jest ” błędny”, jakie rozumienie zagadnień jest „poprawne”. Jeśli komuś uda się tam dotrzeć, owe „protokoły mędrców”, wydobyć i opublikować, byłaby to prawdziwa sensacja!

Żeby dodać lokalnego krakowskiego smaczku – ów niegdyś internowany Bogusław Sonik dziś Europoseł, może służyć za ilustracje przysłowia „Zapomniał wół jak cielęciem był” – pisałem o tym tutaj i tutaj. Z kolei o miejscowych praktykach cenzury tutaj i w wielu innych artykułach, dostępnych w archiwach tego bloga.

I co, wiosną ruszą znów ruszą na ulice miast zastępcy turystycznych zomowców a gazety sypną tytułami „Pokaż papiery albo zamilcz”, „mandaty za nielegalne oprowadzanie”? Zobaczymy. Walka trwa! 

Do wglądu również odpowiedź Urzędu Marszałkowskiego w Krakowie.

Wycieczka w Tatry jak wódka, fajki i pornole

„Obowiązek wynajęcia przewodnika miałby dotyczyć grup poniżej pewnej granicy wiekowej i objąć cały teren Tatrzańskiego Parku Narodowego.” mówi jego dyrektor P.  Skawiński dziennikarce „Gazety Wyborczej” w opublikowanym dziś artykule. Świetnie. Pominę takie drobne szczegóły – jak zamierza precyzyjnie od strony prawnej zdefiniować „grupę”, jak będzie się w terenie sprawdzać ową granicę wiekową – każde dziecko z identyfikatorem? A jeśli „grupa” będzie mieszana… Ciekawszy jest aspekt – nazwijmy to – natury moralnej: Osoby małoletnie chronimy przed różnymi złymi pokusami – nie wolno im sprzedawać alkoholu, papierosów, pokazywać niektórych filmów… Teraz oficjalnie do tych zakazanych owoców dojdzie… Wycieczka na teren TPN bez asysty pana przewodnika któremu – cytuję: „uda znaleźć się miejsce w grafiku”.

Ręce opadają… TPN to chyba jedyna w Polsce atrakcja turystyczna, kórej zarządca martwi się dużą liczbą zwiedzających,  pomimo że – przypomnę, od nowego roku dochody z biletów będą trafiać bezpośrednio do jego kasy. Każdy normalny ucieszyłby się z tego, większe dochody przeznaczając proporcjonalnie na sprawniejszą organizację tego ruchu. A tu jakiś dziwne wymówki… „Nie będzie mógł reagować?” Ależ będzie, na konkretne przypadki np. niszczenia przyrody, czy złego zachowania a nie „na nie manie przewodnika”.

Czytając po raz setny o wypadku licealistów z 2003 roku chyba uwierzę że ta lawina została wymodlona przez jakiegoś „przewodnika z niepełnym grafikiem” . Jego uparte przywoływanie jako uzasadnienie dla tworzenia rozwiązań prawnych jest typowym PRL-owskim „syndromem konduktorki” (co to jest – przeczytaj tutaj).  Statystycznie w Tatrach ginie kilkadziesiąt osób rocznie i są to niemal wyłącznie osoby wędrujące indywidualnie w wyższych partiach gór. Jeśli więc dyrektor tak serio chce traktować swoją  odpowiedzialność za bezpieczeństwo powinien w pierwszej kolejności wpowadzić obowiązek najmowanie przewodnika przez każdego turystę na najtrudniejszych szlakach, jak jest np. na Słowacji. A nie na asfalcie do Morskiego Oka czy innych drogach dolinowych. Tymczasem z niedawnych wywiadów dla „Gazety Krakowskiej” wynika, że takie właśnie spacery stanowią… 90% zleceń przewodnickich.  Można odnieść wrażenie, nie chodzi o bezpieczeństwo wędrowców tylko „bezpieczeństwo” czyichś portfeli i grafików. 

Już we wrześniu przewodnicy skarżyli się że na skutek nowych regulacji stracą pracę. Odnoszę wrażenie, że ktoś – chcąc im dogodzić, a jednocześnie być w zgodzie z prawem – czyni różne wygibasy, oby nie skończyły się głośnym bęc. I basta, nie chcę już więcej pisać o Tatrach, bo problem „wolnego przewodnictwa” dotyczy całego kraju a nie tylko tego skalistego skrawka. Jako dziennikarz obywatelski zrobiłem wystarczająco dużo, mój głos został usłyszany, niech się tym teraz zajmą inni. 

Aktualizacja 14.12. Artykuł na powyższy temat także w Gazecie Krakowskiej…> oraz na portalu tur-info.pl…>

Posłuchaj też wypowiedzi…> Dyrektora TPN i przewodników dla Radia Plus

Ile Polska traci na regulacjach przewodnickich?

Do tej pory moim czytelnikom mogłoby się zdawać że walczę z absurdami głównie w imię poszanowania praw i wartości obywatelskich. Inni z kolei myślą że Akcja jest po to aby nieuczciwi organizatorzy – jacyś drobni ciułacze, oszczędzali na „fachowych” pilotach i przewodnikach. Dziś postanowiłem ujawnić fakty z mojego zawodowego doświadczenia, które rzucą na sprawę zupełnie inne światło.   

W roku 2004 w efekcie starań marketingowych (m.in. kosztownych stoisk na targach WTM w Londynie) od jednego z dużych brytyjskich touroperatorów zdobyłem kontrakt na organizowanie co roku serii 10-12 objazdowych imprez wędrownych w polskich i słowackich Tatrach. Tygodniowe turnusy dla maks. 16-osobowych grupek ludzi w wieku starszym i średnim. Żadne tam ‚ekstremalne’ taternictwo – łagodne wędrówki po ogólnodostępnych szlakach, z czego bodaj najtrudniejszy to wejście do Doliny 5 Stawów Polskich.     

Przygotowując rezerwację nie obawiałem się jakichkolwiek problemów, ponieważ były to imprezy wysokobudżetowe mogłem zapłacić usługodawcom żądane stawki. Z odpowiednim wyprzedzeniem rozesłałem oferty do kilku biur przewodnickich, rzuciłem ogłoszenia na fora turystyki górskiej itp. Wkrótce przyszło niemiłe rozczarowanie – mało kto z kilkuset przewodników tatrzańskich chciał się podjąć tej pracy. Tę prawidłowość potwierdzili później znajomi organizujący turystykę dla młodzieży: Jak trzeba skasować kilkaset zł za kilkugodzinnną eskortę asfaltem do Morskiego Oka to chętnie wyciągają łapę, ale na typowy trekking po schroniskach chętnych brak.

Był to dla mnie spory szok, tym bardziej że obsługa cudzoziemców w turystyce przyjazdowej uchodzi raczej za lukratywny kawałek chleba – jeśli są zadowoleni nie skąpią napiwków. Mimo wszystko chciałem się trzymać parkowego regulaminu i – czego dziś bardzo żałuję – poleciłem zastępcy rekrutowanie tylko przewodników z odpowiednimi licencjami. Cóż to była za uciążliwa i upokarzająca praca – ciągłe pisanie, wydzwanianie, błaganie – żeby ten czy ów jaśnie pan przewodnik łaskawie podjął się zlecenia. Szczególną bezczelnością popisywał się jeden z nich: Jerzy Surmiak, który potrafił np. zadzwonić na komórkę o 3 w nocy i oświadczyć że.. nie odbierze rano z lotniska i nie poprowadzi grupy, którą wcześniej zakontraktował.

Prawdziwa bomba wybuchła pod koniec sezonu, kiedy od kontrahenta dostaliśmy plik skarg na jego pracę i zachowanie. Do tej pory trzymam je w swoim archiwum a dziś upubliczniam dwa przykładowe – których autorkami są Paula R. (skan) i Emma W. (skan). Dokumenty są po angielsku, przetłumaczę kilka kluczowych fragmentów:           

Paula R.: Od pierwszego spotkania był niecierpliwy i odpychający (…) słyszałam wiele jego niesmacznych odzywek do uczestników. W stosunku do mnie często zachowywał się nieelegancko, w pewnym momencie wręcz powiedział, że „mam się zamknąć”.     

Nie jestem nowicjuszką w podróżach, zwiedziłam 20 krajów. Nie tyle chodzi mi o jego postawę, która momentami była zatrważająca, co o  brak komunikacji z uczestnikami. Podczas jednego z zejść szłam razem z inną uczestniczką, powiedział nam że „jak się zgubimy to nie jego sprawa”. Pomiędzy czołem grupy a ostatnimi jej uczestnikami było do półtorej godziny różnicy! W razie jakiegokolwiek wypadku nie miałby szans pomóc. Wiał silny wiatr, przecinaliśmy piarg z luźnymi głazami, i byłyśmy zdane same na siebie (…)

Moim wyobrażeniem przewodnika jest ktoś profesjonalny, kto daje pozytywny przykład, godnie reprezentuje kraj, którego odwiedzam. Jerzy nie miał żadnych z tych cech, był grubiański, wybuchowy, dla osiągnięcia własnych celów wywierał nieuzasadnioną presję na grupę.      

Emma W.: Pierwszego wieczoru zachowywał się obraźliwie, powiedział że jestem niewspółpracująca, niedobra, trudna i głupia. Na dodatek, jak chciałam od niego odejść, zbulwersowałam się kiedy złapał mnie za ramię i pociągnął z powrotem. Jego zachowanie widzieli inni uczestnicy grupy i nie mogli uwierzyć własnym oczom(…)

Jerzy był impulsywny i niegrzeczny. Rozumiem, że są między nami różnice kulturowe, ale nie tłumaczy to takiej bezczelności. Nie sprawdzał, czy cała grupa jest obecna, kiedy przedstawiał informacje i instrukcje. Jeśli ktoś prosił o powtórzenie – odszczekiwał: „już to powiedziałem  – nie słuchałaś!” Pod wieloma względami jego przewodnictwo pasowało bardziej do obozu wojskowego, niż do wakacji za które zapłaciliśmy.           

Oczywiście w każdej grupie bywają „czarne owce”, osoby przewrażliwione itp. i doświadczony organizator wie, że pojedyncze skargi nie muszą od razu dezawuować podwykonawcy. Tu jednak ich skala była masowa, w dodatku przez dłuższy czas przewodnik usiłował ukryć przed nami negatywne ankiety. W efekcie doszło do rzeczy bez precedensu w mojej 21-letniej pracy – kontrahent całkowicie zrezygnował z naszych usług. Przekazał obsługę imprez konkurencyjnej firmie na Słowacji, działającej w znacznie liberalniejszych warunkach. Wiedząc z grubsza ile tych imprez później się jeszcze odbyło moje straty jakie poniosłem szacuję  na około 80.000 – 100.000 zł z tytułu straconych marż. A jeśli ktoś się żachnie „co mi tam, że jakiś prywaciarz stracił” informuję że ok. 20.000 zł stracił skarb państwa polskiego z tytułu podatku VAT, jaki mógłbym od tej marży zapłacić.      

To jest oczywiście tylko czubek góry lodowej strat jakie Polska ponosi z tytuł idiotycznego prawa i praktyk. Jak wielka jest liczba straconych okazji na ugoszczenie wycieczek studyjnych czy integracyjnych których zagraniczny organizator wolał wysłać np. do Czech albo Skandynawii, a nie do kraju będącego raczej drugorzędną europejską destynacją, ale w którym straż miejska zaczepia grupy turystyczne na publicznych ulicach i placach a straż parkowa w nakazuje wynajmowanie jakiegoś gbura.

Pan Szymon Ziobrowski z Tatrzańskiego Parku Narodowego odpowiedział na moje pismo – skan odpowiedzi tutaj. Dziękuję bardzo. Proszę się zapoznać z opisanymi przypadkami – mnie jako organizatora turystyki obligują – nie tylko ustawa, ale przede wszystkim zasady dobrego biznesu – zatrudnianie do obsługi wycieczek osoby o stosownych kwalifikacjach. A jak widać z powyższego – ludzie z tzw. „uprawnieniami przewodników tatrzańskich” nie mają kwalifikacji do obsługi klientów oczekujących wysokiej fachowości, bezpieczeństwa, kultury i wzajemnego szacunku. Jeśli zdarzy mi się kiedyś podobne zlecenie, będę się trzymał od tych partaczy jak najdalej, samemu rekrutując odpowiednich kandydatów spośród miłośników gór. Radzę to samo innym. „Szczególny reżim publicznoprawny” o którym Pan wspomina dotyczy zagadnień ochrony przyrody, a nie prawa do wnikania w osobiste relacje między turystami. Także konstytucja RP i kodeks cywilny nie przestają obowiązywać na terenie Parku. Myślę zresztą że piszę to niepotrzebnie bo w nowych uwarunkowaniach nie będzie się parkom opłacało sztuczne utrudnianie ruchu turystycznego, (a stosującego się do ogólnych zasad  ochrony przyrody i bezpieczeństwa) ze względu na mniejszy wpływy ze sprzedanych biletów.   

Przy okazji niech to będzie wskazówka, że zawód przewodnika trzeba natychmiast formalnie uwolnić. Że w różnych regionach Polski powinny powstać biura „wolnych przewodników” którzy będą po prostu świadczyć lepsze i bardziej profesjonalne usługi. 

Szał i cierpienia Marcina Pietrzyka

Marcin Pietrzyk, przewodnik po Grecji prowadzi bloga. Jak na razie niezbyt obszernego, w sumie 5 notatek. Właśnie umieścił tam notkę numer sześć, jedną z najdłuższych pt „O zawodzie przewodnika”.
źródło: nk.pl
Cóż nie od dzisiaj wiemy, że niektórzy są najbardziej mocni właśnie w tym: W rozprawianiu komu pozwolić a komu nie pozwolić na wykonywanie określonych zarobkowych czynności. Grecja była prymusem tej dziedzinie i do jakiego stanu doprowadziła swoją gospodarkę widzimy dzisiaj. Wystarczy wpisać „Grecja” w wyszukiwarkę dowolnego portalu newsowego i przeczytać 10 ostatnich artykułów.

Marcin Pietrzyk wylicza imponującą listę wykładów i praktyk jakie musiał wysłuchać i odbyć w greckiej szkole przewodników. Niestety nie było tam zapewne rzetelnego wykładu na temat prawa turystycznego w Europie, bo teraz biedak cierpi i pisze: „dostaję szału, kiedy słyszę hasła, że prawo oprowadzania po Grecji mogą mieć dosłownie wszyscy. Piloci po pięciomiesięcznym kursie w Polsce, czy czterdziestogodzinnym szkoleniu w Słowenii”.

Powiększę pana cierpienia: Nie tylko po czterdziestogodzinnym w Słowenii ale i „zerogodzinnym” w Niemczech, Holandii i kilkunastu innych krajach Unii, gdzie przewodnictwo jest i zawsze było zawodem wolnym. Do grona tych krajów dołączyła zresztą ostatnio Grecja. Pisze Pan, że „system kształcenia przewodników w Grecji został nagrodzony wielokrotnie przez Unię Europejską”. Nie są mi znane żadne dane na ten temat, chętnie poczytam publikacje źródłowe, jeśli pan takowe zna i potrafi zacytować. Ja znam artykuły w prasie zachodniej, które piętnowały niski poziom usług turystycznych w tym kraju i idiotyczne szykanowanie przyjezdnych pilotów. I wiem że Unia Europejska zmusiła rząd grecki do uwolnienia zawodu przewodnika, jak i 135 innych zawodów regulowanych, o czym szczegółowo pisałem tutaj.

Wątpię żeby dało to Panu satysfakcję, ale spróbuję w cierpieniach ulżyć i przeprowadzę rodzaj terapii psychologicznej. Otóż nie tylko szkoleni przewodnicy, także świetnie szkoleni muzycy klasyczni mają podobny „problem”.  Studiują nie żadne 2,5 roku, ale zwykle 10-12 lat w szkołach muzycznych poszczególnych stopni, kończą konserwatoria. A tu nagle zaczynając życie zawodowe muszą konkurować z takimi, co nie kończą żadnych szkół, nawet nut nie znają. Wyrastają w jakichś garażach uprawiając okropne „trzy akordy darcie mordy”. I niestety potem oni dominują w muzycznym szołbiznesie, a miliony „oszukanych” klientów zamiast w skupieniu podziwiać szkolonych wirtuozów w filharmonii, przychodzą na stadiony podrygiwać i machać zapalniczkami do jakichś wyjców i szarpidrutów. Podobnie jak turyści chodzący z pilotką która daje więcej wolnego czasu na zakupy mówiąc „Nie będę Państwa zanudzała historią wyspy, bo jesteście na wakacjach”

I słusznie mówi. Ilu z trzech milionów turystów przyjeżdżających co roku do Zakopanego interesuje się detalami stylu Witkiewicza albo twórczością Sabały? To co Marcin Pietrzyk nazywa tragicznym spadkiem poziomu usług jest umasowieniem turystyki, efektem tego że czarter do Salonik jest dziś równie dostępny, jak przed 20 laty zakładowy wyjazd autokarem do Mielna. Kiedyś na drogi wyjazd decydowali się głównie fascynaci starożytności, dziś giną w masie plażowiczów i zakupowiczów. Nie ma sensu ani potrzeby fundować im wszystkim wykładów o Akropolu Lindyjskim. Świetnie jeśli ktoś potrafi tym zainteresować, ale nie na siłę i pod policyjnym przymusem. Z takimi anomaliami walczą europejskie instytucje, chyba nie do końca Panu wytłumaczono o co chodzi.   

Owe straszne „trendy” które tak przerażają Marcina Pietrzyka nie są autorstwa złych euro-biurokratów, tylko klientów biur, którzy decydują na jaki rodzaj urlopu przeznaczyć swoje pieniądze. Zapewne nie uczono tego podczas setek godzin wykładów w Greckiej szkole, ale jak dobrze wiemy – w tym akurat kraju ekonomiczny analfabetyzm nie dziwi. Panie Marcinie, proszę spokojnie wypalić jeszcze jednego papierosa pod oliwnym krzaczkiem i zastanowić się, czy warto się chwalić taką niewiedzą i erupcjami „szału”… W oczach potencjalnego pracodawcy niekoniecznie wygląda to na profesjonalizm.

Koszyk jajek mądrzejszych od kury

Do tej pory na pisanie bloga, korespondencji itp. poświęcałem głównie czas, tym razem wyłożyłem także trochę funduszy na przejazd i noclegi w przesympatycznym Toruniu, aby wziąć udział w „Forum Pilotażu i Przewodnictwa”. Nic mnie tam specjalnie nie zdziwiło, wiele rzeczy rozbawiło, zwłaszcza pani, która na początku mojego referatu przerywając mi uparcie domagała się odpowiedzi czy mam jakieś „uprawnienia przewodnickie”. Pomimo kilku sugestii, naprawdę nie było moim celem przekonywanie kogoś do zmian, tłumaczenie… co ma się stać i tak się stanie. Przydatna byłaby tu może jakaś dyskusja panelowa, nie miałem jednak ochoty zostawać na kolejny dzień tego Forum. Za kilka dni przygotuję streszczenie działania „Akcji” w formie pisemnej.

Niektórzy z referentów, o dziwo dostrzegli niedawny artykuł w Rzeczpospolitej i wzmiankę o uwolnieniu zawodu przewodnika. Wcześniej chyba jednak nie śledzili całej politycznej debaty której efektem są planowane zmiany bo królował nastrój zdziwienia i niedowierzania. Organizacje pilockie lobbowały dotąd zaciekle za jak największym komplikowaniem regulacji i stosowaniem orwellowskiej kontroli wszystkich i wszędzie. Czegóż to nie było w ich forumowych wnioskach z kilku minionych lat. Utworzenie jakiejś „policji turystycznej”, sprawienie, żeby bumagi pilotów sprowadzała Straż Graniczna (kiedy było już wiadome że chcemy wejść do strefy Schengen), sprawowanie funkcji rezydenta wyłącznie przez ludzi po kursach pilockich, państwowe regulacje dla turystyki niszowej typu kolarstwo czy kajakarstwo, brrr… nic z tego na szczęście nie przeszło. Pora sobie wreszcie uświadomić że turystyka to aktywność jak mało która związana z wolnością i obarczanie jej gorsetem sztywnych, piętrowych przepisów nie ma najmniejszego sensu, jest wręcz komiczne. Stowarzyszenia pilotów powinny jak najszybciej przestawić myślenie i zamiast tracić czas i ośmieszać się „zawracaniem Wisły kijem”, opracować formy działania na wolnym rynku. Spróbować stworzyć markę, typu np. Blue Badge Guides w Wlk Brytanii – przewodników, których wynajmuje się ze względu na jakość a nie administracyjny przymus. Tak jak ja stworzyłem rozpoznawalną markę Dunajec-Radweg – najpopularniejszy obecnie produkt komercyjnej turystyki rowerowej w Małopolsce. Zapomnieć o sztucznym dzieleniu funkcji pilota i przewodnika, robić specjalizacje na kształt niemieckich „Studienreiseleiter” którzy też mają swoje stowarzyszenie i jak widać na tej stronie – walczą z regulacjami w innych krajach EU z pomocą parlamentarzystów Bundestagu. Nie tak jak niektórzy nasi, którzy – przypomnę, namówili europosła Sonika do skompromitowania się w Europarlamencie.    

Po obradach miły bankiecik w starej pruskiej twierdzy. Jednym z przysmaków były półmiski smacznie przyprawionych jajek na twardo. Tu mam niestety takie skojarzenie – wśród prelegentów nie brakowało osób, których pretensje wobec organizatorów wycieczek można by skwitować krótko: „ogon, który chce machać psem” albo właśnie „jajko mądrzejsze od kury”. Że zamiast fachowych pilotów po kursach zatrudniają „przypadkowych ludzi”, że przecież wynajęcie dodatkowego przewodnika w mieście to „znikomy koszt”… taaa, to wszystko już słyszałem i czytałem. Czy oni naprawdę myślą, że  właściciel biura nie działa na rynku ostrej konkurencji, tylko dostaje tych turystów „z urzędowego przydziału” albo „z bożej łaski…” i potem wredny skąpi im na zatrudnienie fachowców?  Ale… myślałem że już nic mnie nie zdziwi, jednak osłupiałem słuchając wykładu Hanny Janickiej z Poznania. Posłuchajcie tego fragmentu nagrania z dyktafonu:

janicka.mp3

„Szczególnie nie są zainteresowane wielkie biura, wielcy touroperatorzy, gdzie przerabia się ilość, a jeśli jest ilość to nie ma jakości… to jest… miałam okazję obserwować właśnie taki mechanizm pracy w jednym… jednego dużego touroperatora nie powiem jakiego ale też (tu niezrozumiałe… pomóżcie odcyfrować) gdzie turysta, czy jego jakby zadowolenie, to był ostatni punkt w tym mechanizmie, wszystkie inne rzeczy były ważniejsze, turysta na samym końcu i w związku z tym nie było potrzebny ani profesjonalnego przewodnika ani profesjonalnego pilota… itd.”    

Słyszałem już, powiem szczerze,  o różnych formach turystyki ekstremalnej… jakieś survivale, trekkingi w deszczu i chłodzie, jakaś wyjazdy do krajów gdzie są wojny i katastrofy, ale żeby tak wprost zbudować model biznesowy na założeniu że „turysta ma być niezadowolony”, i osiągnąć dzięki niemu status „dużego touroperatora” to jest pewne novum.  A na poważnie -  dobrze że Pani ugryzła się w język, gdyż  wygłaszanie takich opinii pod adresem konkretnego podmiotu byłoby oszczerstwem – do ewentualnego ścigania z powództwa cywilnego.    

Proszę nie próbować zaklinać rzeczywistości, pilot czy przewodnik jest zawodem usługowym a w warunkach rynkowych jedynym obiektywnym probierzem profesjonalizmu jest umiejętność zaspokajania potrzeb klientów. Organizator jest tylko jednym z ogniw pośrednich – wsłuchuje się w ich oczekiwania, a ci zapłacą temu, który zrobi to najlepiej. Jeśli oczekują wyjazdu jak najtańszego, chcą się napić piwa a nie interesują ich np. szczegółowe wykłady o historii gotyku, profesjonalistą będzie ten, kto stosowną ofertę zaproponuje. Ale nie tylko w takich momentach wymagania regulacji nie przystają do realiów. Również w przypadku np. autorskich wyjazdów studyjnych gdzie informacje od początku do końca podaje jeden prowadzący wykładowca a nie zdaje się na eskortę „przypadkowych” lokalnych guide’ów. Właśnie to – prawdziwy profesjonalizm – a nie chęć zaoszczędzenia na drobnych kosztach, jest powodem wielkiej sądowej batalii, jaką ze służbami Włoch i Austrii prowadzą biura niemieckie.

I na koniec jeszcze jedna profesjonalna porada. Naprawdę, nie trzeba być „jajkiem”, skoro ty, czy ty – masz takie świetne rozeznanie jak zadowolić turystę, zostańże ową „kurą”. Założenie biura podróży jest tańsze i łatwiejsze niż osiedlowego warzywniaka. Od września 2010 nie trzeba mieć do tego żadnych studiów, uprawnień, czy „wysługi lat”! W dobie internetu niepotrzebny jest nawet osobny lokal, na początek wystarczy komputer i telefon. Obowiązkowe ubezpieczenie dla małego biura w Signal Iduna albo AXA to koszt rzędu 3000 zł rocznie na cały świat, na samą Europę połowę tej sumy. I skuś klientów zapowiedziami że będą przy nich pracować profesjonaliści z wszelkimi lokalnymi uprawnieniami, do każdej wycieczki objazdowej zatrudnij nawet kilkunastu licencjonowanych przewodników, instruktorów i kogo tam jeszcze. Powodzenia!           

Krasnolud Rydzyk i Królewna Neoesbecja, czyli Toruń wita!

Dziennikarz jak wiadomo, korzysta w Polsce z wolności uprawiania swojego zawodu, i może pisać czy gadać dla niepomiernie większej, niż jakiś tam śmieszny przewodnik, publiczności, bez wcześniejszego kończenia kursów i zdawania egzaminów przed „leśnymi dziadkami”. I tragedii nie ma, są różne mechanizmy które kontrolują i uzupełniają obieg medialny. Zarówno formalne (prawo prasowe) jak i społeczne – blogosfera. Wszakże jednym z głównych  powodów założenia tego bloga w 2008 była kontra wobec beznamiętnie powtarzanych w prasie formułek o licencjonowaniu przewodnictwa w całej Europie, konieczności polowania na „nielegalnych przewodników” i tym podobnych bzdur.   

Podsumujmy, jak media poradziły sobie z problemem w mijającym turystycznym sezonie. Gazeta Wyborcza na tróję z minusem: jej wrocławski i lubelski oddział wyśmiały i napiętnowały te praktyki, ale żadne intensywniejsze śledztwo za tym nie poszło. Rzeczpospolitej dam czwórkę z plusem – była wprawdzie wpadka, ale potem artykuł o niekonstytucjonalności przymusu przewodnickiego a teraz dziennik jest w awangardzie walki o uwolnienie zawodów – właśnie utworzono podstronę rp.pl/deregulacja a tam cytat z mojego bloga i jeszcze jedna ciekawa wypowiedź na temat przewodnictwa.  

Nie wszędzie jest jeszcze równie dobrze. Mamy taki prowincjonalny region – mowa o Pomorsko-Kujawskim, w którym przewodnicy niekoniecznie popisują się fachowością o czym możemy posłuchać w tym wywiadzie (począwszy od minuty 5:45) za to urzędnicy od lat przodują w inwigilowaniu przyjezdnych, urządzaniu ulicznych łapanek i robią cyrk wokół „poszukiwań yeti” jak to skomentowała toruńska blogerka we wrześniu 2009. Tego lata było nie lepiej, na łamach lokalnych gazetek: Ekspressu Bydgoskiego tutaj oraz toruńskich Nowości tutaj i tutaj  Joanna Pociżnicka i Katarzyna Bogucka opublikowały kolejne pro-korporacyjne agitki. Już pomijam drobiazg, że też nie znały aktualnej treści ustawy i powieliły stare przepisy o grupie 10 osób. „Pokaż papiery albo zamilcz…” trudno sobie wyobrazić bardziej idiotyczny tytuł. Po prostu neoesbecka bezczelność w najczystszej postaci.  

Rozwinę nieco ten temat. Za komuny, aż do jej schyłku w 1989r. zawód pilota i przewodnika był wysoce upolityczniony a obsługa turystów podlegała kontroli przez Służbę Bezpieczeństwa i każdy kto miał styczność z cudzoziemcami musiał współpracować z jej aparatem. Szczegóły ciekawie opisuje to na swoim blogu dolnośląski tłumacz i przewodnik „krkonos”:

W  pamiętnym 1989 r., jakoś późną wiosną, zostałem zaproszony na rozmowę z kapitanem SB. (…) Esbek rozpoczął od przedstawienia mi listy moich wykroczeń (oczywiście, że w dalszym ciągu handlowałem walutą (…)  następnie kazał podpisać zobowiązanie utrzymania odbywającej się rozmowy w tajemnicy i zaproponował kolejne spotkania. Co ciekawe, najbardziej interesowały go nie wycieczki, jakie prowadzę, ale panujące w Juventurze układy. Na moją sugestię, że raczej nie jestem nimi zainteresowany, stwierdził że w związku z tym najpewniej nie będę miał możliwości kontynuowania pracy jako pilot wycieczek zagranicznych. (…)  Nadał mi też – co mnie najbardziej rozbawiło – „pseudonim operacyjny”: oto będę dla Służby Bezpieczeństwa „Juliuszem”(…) Piszę o tym przede wszystkim dlatego, że od moich kolegów z całej Polski, zajmujących się w podobnym okresie pilotowaniem wycieczek, wiem, że i im nie układało się inaczej: sprawozdania z przebiegu imprezy turystycznej były normą, spotkania z esbecją w hotelach i poza nimi – na porządku dziennym. Dzisiaj wiem również, ilu i którzy kelnerzy, recepcjoniści z hoteli Orbisu, taksówkarze, portierzy etc. byli na tzw. pasku SB. Takie to czasy były – a przecież mówię tu o schyłkowym okresie realnego socjalizmu w Polsce.

Wiem że wchodzę tu na dość śliski grunt, uprzedzam więc że nie mam jakichś prawicowo- lustracyjnych fobii. Rozumiem że czasy były takie a nie inne. Ba, nawet cenię sobie publicystykę Jerzego Urbana. Zwracam jednak uwagę że po owym 1989r. bynajmniej nie zapędzał ludzi przy pomocy ZOMO do kiosków i nie nakazywał im kupować swojego „Nie”. Pisał poczytne teksty i na tym zrobił interes. Tymczasem liczni domorośli urzędnicy od turystyki wciąż żyją mentalnie w poprzedniej epoce. Chcą zamykać usta ludziom „bez papierów”, zmuszać do płacenia za figurantów, cenzurować treści przekazywane podczas oprowadzania (patrz tutaj) bądź też bawią się w szpicli, jak pisze pewien forumowicz pod artykułem w Nowościach:             

Jestem pilotem wycieczek. Często bywam kontrolowany, gdy prowadzę grupę już po zwiedzaniu (z zamówionym przewodnikiem) na parking do autokaru. Podchodzi jakiś wymięty człowiek w rozchełstanej koszuli, pokazuje jakiś zalaminowany świstek i twierdzi że jest kontrolerem z Urzędu Marszałkowskiego. To jest dopiero wstyd dla Torunia!  

Jak wiecie, jutro jadę do tego miasta na branżowe spotkanie. Ciekaw jestem czy spotkam tam niejakiego Henryka Miłoszewskiego, prezesa Oddziału Miejskiego PTTK w Toruniu. Który w wywiadzie dla „Nowości” błysnął prawdziwie złotymi myślami:

U nas często za opisywanie miasta biorą się ludzie do tego nieprzygotowani. Będę może brutalny, ale niektórzy opowiadają turystom bzdury, plotą, co im ślina na język przyniesie. Albo przechodzą obok Krzywej Wieży i mówią: „Oto Krzywa Wieża” i idą dalej. Mylą ratusz z kościołem, plączą fakty. Ludzie, którzy nielegalnie biorą się za prowadzenie wycieczek, mogą się spodziewać wysokich mandatów.   

Będę równie brutalny i odpowiem: A co cię gościu obchodzi, co obce osoby  mówią do siebie na ulicy? Nie twój zafajdany interes. Kto cię tego nauczył, kapitan SB? Wiedz, że podsłuchując treści dla ciebie nie przeznaczone naruszasz cudzą prywatność. Mamy wolność słowa, dzięki której miliony ludzi np. kupują szmatławe gazetki z durnymi plotkami, może akurat tamci turyści też mieli ochotę posłuchać wiadomości pomylonych i poplątanych. Uważasz że robisz coś lepiej, to konkuruj jak każdy inny podmiot na rynku, a nie wysługuj się jakimś karykaturalnym, branżowym „ZOMO”.  

Oby 2011 był już ostatnim sezonem „Wymiętych ludzi z zalaminowanymi świstkami”. Wieści o rychłym zniesieniu reglamentacji usług przewodnickich roznoszą się szybko. Właśnie artykuł o tym opublikowali na swoim portalu historycy, ciesząc się, że będą mogli swobodnie przekazywać swoją wiedzę na ulicach miast. Aleluja i do przodu!

Przewodnik turystyczny na politycznych salonach

Teraz nie będzie już chyba dnia bez ciekawych newsów… O reakcjach polityków na rządowe plany uwalniania zawodów donosi Informacyjna Agencja Radiowa. Tak jak spekulowałem wcześniej, opozycyjny PiS nie będzie przeszkadzał rządowi w ich realizacji, a nawet zazdrości premierowi że niczym „surfer wbił się na falę”. Przydałoby się małe tsunami… A jaki zawód został wymieniony w pierwszej kolejności i po imieniu? Małgorzata Kidawa-Błońska z Platformy Obywatelskiej podkreśliła, że zmiana przepisów będzie miała duże znaczenie dla młodych ludzi, wchodzących na rynek pracy. „Uregulowanie ma zawód przewodnika turystycznego, który chyba nie wymaga licencji ani specjalnego traktowania” – zaznaczyła.

I oto właśnie chodzi! Uwolnienie zawodu przewodnika z pewnością nie spowoduje jakiejś rewolucji na rynku pracy, ale powinno stać się symbolem zmian. Bo w tej wąskiej branży, natężenie absurdów jest – póki co, chyba najbardziej jaskrawe.   

Swój komentarz do Rzeczpospolitej napisał właśnie Ł. Warzecha. Od redaktor J. Ojczyk też otrzymałem zapewnienie publikacji mojej wypowiedzi.

Będą uwalniać? Byle realnie a nie „wirtualnie”!

Dziś znów dobre wieści. Wszystkie portale podały za „Rzeczpospolitą” informacje o rządowych planach uwalniania zawodów. Cytuję interesujący nas fragment z artykułu na pierwszej stronie: dla ok. 70 zawodów, m.in. pośrednika nieruchomości, przewodnika pozostaną jedynie wymagania formalne bez konieczności komisyjnej weryfikacji wiedzy. A Tomasz Pietryga w komentarzu na 2 stronie dodaje: Część reglamentowanych profesji swoimi korzeniami tkwi głęboko w PRL, gdzie pieczątki i zaświadczenia były podstawą funkcjonowania. (…) Sztandarowym bodaj przykładem koncesjonowania zawodu jest przewodnik turystyczny. Varsavianista, podobnie jak historyk sztuki, ma zgodnie z polskim prawem zbyt niskie kwalifikacje, aby oprowadzać wycieczki po Warszawie. A gdyby mimo wszystko chciał to robić, grozi mu za to surowa grzywna. Dyskusja także tutaj.

W tym momencie lekko mnie zatkało, pragnę przypomnieć że to właśnie dziennik Rzeczpospolita jako chyba jedyne ogólnopolskie medium pół roku temu aktywnie uczestniczył w żenującej nagonce m.in. na owych Varsavia- czy innych hobbystów dzielących się wiedzą na ulicach miast – patrz notka z 29. maja. Na moją prośbę napisania polemicznego artykułu otrzymałem od adwokata ówczesnego Red. Naczelnego odpowiedź odmowną - patrz skan pisma. Dziś, kiedy Pan Lisicki nie jest już Naczelnym a autorka artykułu  Joanna Ojczyk prosi o sygnały o patologiach proszę o ponowne rozpatrzenie mojego pisma i udostępnienie łamów na streszczenie mojej pracy przy dokumentacji owych patologii.

Niemniej jednak to miło, że sprawa absurdów przewodnickich nie jest już wyłącznie „śmiesznym, ogórkowym newsem” tylko trafia na czołówki gazet. Ale od razu pojawia się niepokój: Co to mają być te „wymagania formalne” wobec pilota czy przewodnika? Wiem że rzeczywiście, także wśród młodych, ów PRL-owski „kult pieczątki i zaświadczenia” wciąż rządzi. Kiedy Ministerstwo spóźniało się z wydaniem jakichś rozporządzeń, założyli nawet grupę na facebooku, skarżąc się, że bez  istnienia tych paragrafów… nie mogą pracować. Trzeba więc uważać aby obecne regulacje nie zostały zastąpione jakimiś innymi, jeszcze bardziej nieprzejrzystymi. Aby zastępy pseudoekspertów nie ruszyły do formułowania kolejnej idiotycznej legislacyjnej twórczości. Jak tej, którą mamy teraz w ustawie, np. że „pilot” może przekazywać „podstawowe” informacje krajoznawcze, a przewodnik – w domyśle jakieś „niepodstawowe”.          

Oczywiście w dzisiejszych publikacjach mówi się ogólnikowo o dziesiątkach zawodów, pełnionych pełnoetatowo, gdzie posiadanie wiedzy czysto akademickiej jest niezbędne, a dyskusja na forum dotyczy głównie architektury i budownictwa. Pilot czy przewodnik to funkcje pełnione na zlecenie ograniczone czasem trwania wycieczki i zasady ich uprawiania winny być takie jak w przypadku aktora czy dziennikarza – decydują talent i umiejętności, a szkolenia czy kursy owszem, ale fakultatywnie a nie jako „wymóg formalny”. Dziennikarze niech proszą piękną Panią Minister Sportu i Turystyki o jasną deklarację w tej sprawie.     

Śmieszy mnie też tytuł artykułu „Rząd zdejmie młodym korporacyjne dyby”. A dlaczego niby tyko młodym, jakiś aging? Raczej powielanie pewnej medialnej kliszy. Owszem, praca dla absolwentów studiów to kwestia aktualna i paląca, ale nie na tym się problem kończy! Organizacja turystyki to świetne dorywcze zajęcie dla ludzi w wieku średnim czy emerytalnym, owych hobbystów i pasjonatów o znacznej wiedzy i doświadczeniu którzy nie mogą się dziś podjąć oprowadzania nawet na kilka godzin bez uprzedniego opłacenia wielomiesięcznych kursów. Trzeba z tym skończyć, tak samo jak ulicznymi kontrolami, które są kontynuacją tradycji nawet nie tyle PRL-owskiej, co esbeckiej!