Uwolnić zawód przewodnika!

Artykuł napisany na zlecenie czasopisma branżowego „Rynek Turystyczny”

Wielkimi krokami nadchodzi czas rozliczenia się przed opinią publiczną z nadużyć prawnych, i rozpowszechnianych od lat kłamstw związanych z licencjonowaniem w Polsce przewodnictwa turystycznego. Wstrząsająca życiem politycznym afera hazardowa nie mogła się temu lepiej przysłużyć. Wystarczy zadać pytanie: kto w Ministerstwie Sportu i Turystyki, na czyje żądanie wzgl. łapówkę, zmanipulował zapisy w najnowszym projekcie nowelizacji ustawy o usługach turystycznych?
 
Przypomnijmy początki. Ustawę uchwaliła w 1997 r. koalicja SLD-PSL. Przy ówczesnym niskim poziomie debaty społecznej i niewielkim zainteresowaniu wąską branżą jaką jest turystyka, pod naciskami korporacji pokrzywdzonych wolnorynkowymi realiami, przywróciła archaiczne, PRL-owskie regulacje zawodu.

Ich nieprzystawalność do zasad nowoczesnego rynku zasadza się na podstawowej sprzeczności: To nie państwo, tylko prywatne podmioty świadczą usługi turystyczne. W wolnorynkowej gospodarce urzędnik nie można narzucić „jedynego i obowiązującego” modelu kreowania produktu turystycznego, stylu obsługi gości, czy treści i zakresu przekazywanych przez przewodników informacji. Jest to sprzeczne z podstawowymi konstytucyjnymi prawami – słowa, publikacji, zgromadzeń. Jest to też sprzeczne z praktyką – sposób spędzania wolnego czasu  nie rządzi się „jedynymi i akademickimi zasadami” jak chcieliby tego regulatorzy tylko zmienia się jak w kalejdoskopie, podlega trendom i modom.

Od stycznia 2008 w ramach społecznie prowadzonej akcji na blogu www.wolneprzewodnictwo.blog.pl publikuję szereg materiałów demaskujących zarówno kłamliwe argumentacje jak też bezprawne praktyki korporacji przewodnickich. Można tam znaleźć m. in. list zredagowany przez Małopolski Urząd Marszałkowski, pełen bzdur i kuriozów, świadczący o tym, że jego pracownicy nie tylko nie mają pojęcia o funkcjonowaniu rynku turystycznego w Europie, ale też uzurpują sobie bycie „nadurzędem” uprawnionym do cenzury treści przekazywanych turystom.

Nie chce wdawać się w szczegóły, zainteresowanych odsyłam do w/w bloga. Krótki wniosek: celem regulacji jest zapewnienie setek etatów urzędnikom ewidencjonującym i kontrolującym usługi oraz stworzenie pseudozapotrzebowania na szkolenia. Szkolenia, które nie tylko są niepotrzebnie długie i drogie ale często wręcz szkodzą, rozpowszechniając przedpotopową wiedze i naganne praktyki. Wreszcie najbardziej podłe, jawnie korupcyjne zjawisko – przymus opłacania przewodników-figurantów, zwanych w żargonie „słupami”.  A nie, odmieniana przez wszystkie przypadki rzekoma ochrona klienta.  System państwa prawa dopuszcza kontrolę poprawności wywiązywania się z zawartych umów a nie narzucanie zakupu usług, szkoleń, itp. których klient sobie nie życzy, czy też nachalne ingerowanie w ustalenia klient – usługodawca – pracownik.

Czas zadać pytanie politykom: dlaczego gospodarki najbogatszych krajów świata – Niemiec, Wlk. Brytanii, Beneluksu, – z rynkami turystycznymi setki razy większymi od Polski, nie widzą potrzeby utrzymywania gigantycznej machiny urzędniczej kontrolującej te wszystkie licencje, przywileje uprawnienia itp. które cichcem przemycono do naszej ustawy z poprzedniego ustroju? Nie słyszałem, żeby ktokolwiek, ani z rządu, ani z opozycji szedł do wyborów z hasłem „zbudujmy drugie Włochy” albo „drugą Grecję”- państwa przeżarte biurokracją i mafijnością, na których patriarchalne zwyczaje, sprzeczne z regulacjami unijnymi i wielokrotnie piętnowane przez strassburski Trybunał Sprawiedliwości  powołują się korporacje przewodnickie.

Od dobrych kilku lat dało się usłyszeć głosy rozsądku i plany urealnienia ustawy – zniesienia nieżyciowego podziału funkcji pilot-przewodnik i likwidacje pkt 1. Art. 60  Kodeksu Wykroczeń, który penalizuje wykonywanie wszelkich funkcji pilota i przewodnika, bez państwowych uprawnień. Tego rodzaju zapisy zawierała pierwsza wersja ustawy, przedstawiona do konsultacji wiosną br.

Wersja obecnie opublikowana na stronach Ministerstwa wycofuje się z tych wszystkich zmian. Haniebny punkt KW pozostaje. Jego zaskarżenie w Trybunale Konstytucyjnym jest kwestią czasu. Gorzej, jeśli spojrzeć na zmieniony artykuł 30 Ustawy. W dotychczasowym brzmieniu, organizatorom imprez, którzy potrafili we własnym zakresie i według własnych umiejętności i doświadczeń wyszkolić kadrę „jeśli umowa stanowi inaczej” zrezygnować z usług nosicieli państwowej plakietki pilota czy przewodnika. Lektura ostatniej wersji nie zostawia żadnej wątpliwości kto „po znajomości” czy „za posmarowaniem” wpłynął na jej brzmienie. Z jednej strony korporacje przewodnickie, których umiejętności są tak wybitne, że – jak wiemy – muszą się wysługiwać umundurowanymi funkcjonariuszami straży miejskiej lub policji aby wymusić korzystanie  ze swoich usług. Z drugiej strony podmioty rządzące na   największym rynku – masowych wczasów czarterowych – dla nich wprowadzono furtkę pozwalającą zatrudniać rezydentów na zasadzie „reprezentowania organizatora wobec jego lokalnych kontrahentów”. Ale nikomu nie wolno pełnić zadań „pilota czy przewodnika”

Innymi słowy – mi, skromnemu organizatorowi turystyki niszowej, być może łaskawie pozwolą zatrudnić np. ornitologa do obsługi wycieczki przyrodniczej, ale nie będzie mu już wolno powiedzieć kilku słów o historii regionu (bo to zadanie przewodnika) ani wynegocjować z recepcjonistą zmiany pokoju (bo to zadanie pilota). Do obsługi kilkuosobowej grupki będę musiał zatrudnić jeszcze dwóch figurantów. Nie miałem dość wpływów, kasy, czy też znajomości, żeby załatwić u ustawodawców stosowny wyjątek.  

Dziwię się czasem, jak rozmawiam z moimi kolegami właścicielami biur. Że, nawet współpracując z zagranicznymi kontrahentami – nie wiedzą, że nasi koledzy po fachu – za Odry czy zza wielkiej kałuży owszem – żyją w warunkach bardzo restrykcyjnych „tabeli frankfurckich” i sprawnego sądownictwa, ale mają całkowitą swobodę korzystania z wolności zawodu przewodnika i zatrudniania tych którzy robią to rzeczywiście najlepiej. W dużej części – wolnych strzelców, najmujących się raz na jakiś czas, ludzi o głębokiej wiedzy traktujących przewodnictwo jako dodatek do swojej kariery nauczycielskiej, akademickiej, czy artystycznej, nie popadających w rutynę.

Rozumiem, że część z was, drodzy koledzy z branży, czuje się na tyle bezradna że nie potrafi, wzorem Zachodu, sprawnie oceniać kwalifikacji zgłaszających się osób, szkolić we własnym zakresie w ramach kilkudniowych warsztatów kadrę do obsługi swoich gości. Musicie zdawać się ględzących godzinami i miesiącami stetryczałych działaczy z PRL-u.  Rozumiem że, część z was jest na tyle przesiąknięta jest serwilizmem, że godzicie się, aby głupkowata urzędniczka dyktowała wam, kto ma prawo otworzyć gębę w autokarze a kto nie.

Pozostałych zapraszam do włączenia się do naszej akcji „Wolne przewodnictwo”

Maciej Zimowski

Urzędy Marszałkowskie polują na Yeti i siorbią Kafkę

Ciekawy wpis na blogu i trzeźwe obserwacje mieszkanki Torunia. Biedni urzędnicy, 10 kontroli w majestacie prawa i nie złapali żadnego „nielegalnego przewodnika”. Może lepiej było się zasadzić na jakiegoś wieloryba albo krokodyla w Wiśle, z większą szansą na sukces.

Historia Marii Kantor spotkała się z dość szerokim odzewem i jednogłośną krytyką na różnych forach obywatelskich. Oto jeden z ciekawszych komentarzy. Polacy, którzy jako naród uwielbiają życie w rzeczywistości rodem z Kafki, poprzestaną na marudzeniu. Czyżby? – jak widać po naszej Akcji – nie poprzestają.    

Anna Gigoń i Olga Fendrych – tych pań nie zatrudniamy.

Media znów donoszą o przypadkach łamania prawa podczas – jak już pisałem w odniesieniu do Poznania – nielegalnych tzw. kontroli przewodnickich, tym razem w  Krakowie. Jego pozytywną bohaterką jest Maria Kantor, pracownik Uniwersytetu Jagiellońskiego, która wreszcie – zamiast jak inne kontrolowane osoby – pokornie znosić szykany, postanowiła głośno zaprotestować. Jej historia została opisana najpierw przez Łukasza Gazura w Dzienniku Polskim, później ukazał się reportaż w TVN. Tekst artykułu wywołał masowy odzew, mnóstwo komentarzy, został powielony wielu miejscach sieci. Będzie miał swoją dalszą część niebawem, więc póki co, rzucam światło tylko na jeden istotny fakt.

A artykule padły nazwiska osób, które z „uprawnieniami” nadanymi przez Urząd Marszałkowski, w asyście Straży Miejskiej śledzą turystów w publicznych miejscach Krakowa, uzurpują sobie prawo do podsłuchiwania i kontrolowania wypowiadanych treści, a jak ktoś w ich chorym mniemaniu „uprawia nielegalne przewodnictwo” podnoszą wrzask, grożą sądami, i mandatami, wypisują idiotyczne upomnienia itp.  

Te nazwiska to: Anna Gigoń i Olga Fendrych

Jak zobaczyłem to drugie – gały wyszły mi z orbit.

Publicznie oświadczam, że w zeszłym roku miałem nieprzyjemność zatrudnić niejaką Olgę Fendrych do oprowadzania po Krakowie grupy turystów z Niemiec. Z jej usług ja, goście i zagraniczny organizator byliśmy wysoce niezadowoleni. Kategorycznie odradzam korzystanie z usług Olgi Fendrych komukolwiek, komu zależy na fachowych usługach przewodnickich.

Dnia 3 sierpnia 2008 Olga Fendrych otrzymała zlecenie – spotkania z grupą kilkunastu osób przyjeżdżających rano pociągiem z Berlina, zaprowadzenie ich najpierw do podstawionej taksówki bagażowej, gdzie mieli przekazać walizki do odtransportowania, spacer do hotelu, następnie kilkugodzinne oprowadzanie  po mieście.

Do spotkania z grupą na dworcu nie doszło, rzekomo dlatego, że pociąg z 25-minutowym opóźnieniem przyjechał na inny peron. Olga Fendrych nie zadała sobie trudu odpowiedniego wczesnego zapytania w informacji gdzie i na który. Ani nie zadzwoniła i nie poinformowała biura o zaistniałym problemie. Turyści po kilkunastominutowym oczekiwaniu na peronie, taszcząc bagaże sami udali się do hotelu. Dopiero telefon z hotelowej recepcji do naszego biura zaalarmował nas o problemie.

Skontaktowaliśmy się ponownie z Olgą Fendrych, nakazaliśmy przyjść do hotelu i kontynuować oprowadzanie. Według dalszych – ustnych i pisemnych relacji turystów, jej powitanie grupy nie należało do przyjemnych a zwiedzanie miasta koszmarne. Olga Fendrych okazała się być osobą o ograniczonej możliwości chodzenia i zwiedzanie następowało w bardzo powolnym tempie. Ograniczyło się tylko do kilku zabytków wokół Rynku Głównego, bez Wzgórza Wawelskiego – na co było szczególnie dużo skarg. Podczas oprowadzania Olga Fendrych zamiast ciekawie opowiadać o obiektach snuła jakieś narzekania o tym, czego to w Krakowie brakuje. Nie zwracała uwagi na grupę gubiąc po drodze trzy osoby (które ostatecznie były zadowolone, bo zobaczyły w mieście więcej niż pozostali). Wczesnym popołudniem nikt już nie miał ochoty z nią zwiedzać miasta i goście wrócili do hotelu. Po imprezie posypały się oficjalne pisemne skargi, do których Olga Fendrych w swoim zarozumialstwie początkowo nie miała nawet ochoty się ustosunkowywać.  

Mogę się już tylko domyślać, że po paru kolejnych tego rodzaju wpadkach i skargach nikt już nie miał ochoty korzystać z usług tej pani, załatwiła więc sobie ciepłą posadkę i teraz kontroluje innych, czy równie „fachowo” odstręczają turystów od Krakowa. Że moje domysły nie są bezpodstawne świadczy choćby ten list opublikowany już w 2003 roku. Oczywiście anonimowo. Gdyby przed 20-30 laty wszyscy tak samo trzęśli tyłkami przed „wadzą” jak dziś ludzie z branży turystycznej, wciąż żylibyśmi na dnie komunizmu.

Pierwsza jaskółka?

Właśnie obchodzimy kolejną rocznicę Wypadków poznańskich, którą Wielkopolski Urząd Marszałkowski uczcił wystosowaniem takiego oto pisma: 

Pierwsza jaskółka? Więcej, może się okazać, że to pierwsza cegła wyciągnięta spod dziwacznej policyjno-prawnej konstrukcji jaką jest procedura szykanowania osób oprowadzających turystów i opowiadających o mieście. Już wkrótce mój szczegółowszy komentarz.

List otwarty do kandydata Sonika

Sz. Pan Europoseł
Bogusław Sonik

Otrzymałem dziś od Pana e-mail zachęcający do głosowania na Pana w nadchodzących Eurowyborach. Proszę wybaczyć ale nie zagłosuję na Pana i – zawyżywszy Pana dotychczasową działalność w Europarlamencie – nie mogę polecać Pana kandydatury komukolwiek o liberalnych i wolnościowych poglądach. W tym otwartym liście pozwolę sobie wyjaśnić dlaczego.

17 grudnia 2007r. w interpelacji H-1031/07 zasugerował Pan narzucenie wszystkim Państwom unijnym – zbiurokratyzowanego ad absurdum, nieżyciowego i skrajnie antyliberalnego systemu egzaminowania i regulowania przewodnictwa turystycznego jaki obowiązuje aktualnie w Polsce. Komisja Europejska oczywiście odrzuciła ten wniosek. (Pisałem już o tym w tej notce) 

Niedawno podczas spotkania partyjnego w klubie przy ul. Siennej zapytałem Pana wprost, skąd u byłego opozycjonisty taka nagła zmiana poglądów i pochwała wywodzących się z komunizmu i przywróconych do życia w 1997r. przez SLD przepisów. W odpowiedzi usłyszałem, że z interpelacją wystąpił Pan na wniosek krakowskich przewodników. Następnie powtórzył Pan z jedno rozgłaszanych przez to środowisko kłamstw, jakoby reglamentowanie tego zawodu było powszechne w Unii Europejskiej i obruszył się na do nazywanie owych praktyk komunistycznymi.

Kandyduję, bo pokazałem, że jestem posłem aktywnym i pracowitym – pisze Pan w swoim mailu. Trudno mi w tą pracowitość uwierzyć, skoro przed interpelacją nie wysilił się Pan aby poznać elementarne zasady stosowane w innych krajach Unii Europejskiej w dziedzinie jej dotyczącej. Wtedy dowiedziałby się Pan że:  

- W krajach zachodniej Europy o największych i najprężniejszych gospodarkach turystycznych pilotaż i przewodnictwo są zawodami całkowicie wolnymi i nieregulowanymi a szkolenia, certyfikaty itp. – dobrowolne i fakultatywne. Żaden z tak bogatych krajów jak np. Niemcy, Szwajcaria, Wlk. Brytania, Irlandia -  nie widzi potrzeby aby wydawać pieniądze podatników na kontrolujący je aparat urzędniczy. Rzeczywiste umiejętności i sukcesy w sprzedaży usług, a nie ilość posiadanych „uprawnień”, pieczątek itp. są miarą fachowości w wolnorynkowej gospodarce.

- Jedynie w nielicznych krajach południa Europy stosuje się różne formy regulacji (choć nigdzie tak  drakońskie  jak w Polsce) i głównie w jednym kraju unijnym – we Włoszech, mają miejsce niechlubne przypadki dyskryminacji przyjezdnych przewodników. Są to praktyki naganne, po wielokroć krytykowane przez KE, sprzeczne z prawem unijnym, czego dowodem są liczne wyroki Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości.

W takim kontekście naiwna próba narzucenia absurdów z polskiego grajdołka Niemcom czy Brytyjczykom zakrawa na kpinę i jest ośmieszeniem się.  Można by od biedy zrozumieć, że tego rodzaju propozycje wygłasza jakiś przedstawiciel egzotycznego folkloru politycznego. Nie poseł partii, która – przypomnę- do niedawnych wyborów szła z hasłem budowy drugiej Irlandii. Bynajmniej nie drugich Włoch, kraju o piramidalnej korupcji.
 
Pisze Pan: Kandyduję z Krakowa, urodziłem się i wychowałem na Florianskiej. Znam tu każdy kamień. – Doprawdy bardzo to wzruszające. Ciekaw jestem, czy dobrze żyje się Panu w mieście, gdzie naprawdę, guzik obchodzi urzędników, że zna Pan  każdy kamień. Bez stosownego papierka państwowych uprawnień nie wolno Panu np. zaproszonym Europarlamentarzystom cokolwiek o nim publicznie opowiedzieć, pod groźbą 500-złotowego mandatu. (W Brukseli i Strassburgu może Pan to robić bezkarnie). Mógłbym wymienić wiele wynaturzeń z krakowskiego podwórka, przykładów łamania konstytucyjnego prawa wolności słowa, szykanowania ludzi z inicjatywą, zacytować urzędnicze pisma których ton jest identyczny z formułkami komunistycznych cenzorów. Od kogoś kto urzęduje w Europarlamencie i ma z tej perspektywy ogląd dobrych zachodnioeuropejskich praktyk i tradycji, oczekiwałbym zabiegów na rzecz doszlusowania Polski do tych wzorców, a nie odwrotnie. Pana interpelacja z 17.12.2007 jest żenującycm przykładem wstecznictwa i niekompetencji.

Do maila dołączono skan ulotki, w której czytamy, że wśród osób popierających Sonika jest  m.in… Robert Makłowicz. Więc jeszcze co do tego komunizmu. Przed dwoma laty została odrzucona przez Senat RP nowelizacja ustawy o rzemiośle, według której dostęp do kolejnej grupy zawodów miał być obostrzony koniecznością posiadania formalnych uprawnień. Wtedy okazało się, że Pan Makłowicz  nie ma żadnych papierów upoważniających go do kucharzenia, co jak wiadomo robi przed kamerami telewizyjnymi, a jeszcze – o zgrozo, innych swoimi specjałami częstuje. Zacytuję co powiedział w wywiadzie: Czy zdaje pan sobie sprawę, że wkrótce może pan mieć kłopoty? – pytam Makłowicza. I wyłuszczam zawiłości znowelizowanej ustawy. W odpowiedzi znany kucharz parska szczerym śmiechem, a potem kwituje: – Proszę powiedzieć tym państwu, którzy montują tego bubla, że Gomułka umarł już dawno. Tyle tylko mam do powiedzenia.

Mam nadzieję, że dziś w 20-lecie obalenia komunizmu (jak widać nieszczęśliwie przywracanego w niektórych dziedzinach) mój list da Panu co nieco do myślenia.

Z szacunkiem
Maciej Zimowski

Sanssouci – bez troski i bez licencji!

Przenieśmy się na chwilę z polskiego, barejowskiego grajdołka za zachodnią granicę, do Niemiec, które, czy to komuś się podoba czy nie, ale mogą uchodzić – niczym wzorzec metra z Sevres – za wzór poszanowania wolności świadczenia usług w zakresie przewodnictwa turystycznego.

Jak już wiemy z wcześniejszych publikacji, choćby tej – prawo europejskie dopuszcza reglamentowanie usług przewodnickich w wyjątkowych miejscach określonych jako „muzea i pomniki historyczne”. Zapewne w oparciu o ten casus, zarząd Fundacji Pruskich Parków i Pałaców postanowił od kwietnia br. wprowadzić obowiązkowe licencje dla przewodników oprowadzających grupy na terenie popularnych parków Poczdamu (m. in. w słynnym Sanssouci) i zachodniej części Berlina.

Spotkało się to z natychmiastowym protestem organizatorów turystyki zrzeszonych w Deutscher ReiseVerband. W kuluarach odbywających się w marcu berlińskich targów turystycznych ITB przeprowadzono poważne rozmowy, w trakcie których administracja parków ustąpiła na całej linii, przyznając, że otrzymanie licencji będzie fakultatywne, i każdy jak dotąd będzie miał prawo swobodnie oprowadzać grupy po tych parkach.  

Szczegółowe sprawozdanie można przeczytać sobie tutaj. Pozwolę sobie przetłumaczyć kilka tez uzasadniających decyzję:

Ta reglamentacja, zdaniem DRV byłaby jednoznacznym pogwałceniem zasady wolności świadczenia usług. (…) DRV obawia się że wprowadziłaby na masową skalę utrudnienia  organizatorom turystyki, i podwyższyła ceny usług ich klientom. Klienci nie mieli by też możliwości dowolnego wyboru przewodnika, który by ich oprowadził.

Tak to wygląda w normalnych, dojrzałych demokracjach i zdrowych gospodarkach. A nie w Polsce, w której państwowi urzędnicy oszukują media i oficjalnie tłumaczą swoje postępowanie podobnymi praktykami w pewnym odległym, mafijnym kraju. O korupcji równie piramidalnej jak winne tarasy Fryderyka.

Będą pozwy?

Tabloidy na pierwszych stronach informują dziś entuzjastycznie o wygranym procesie jednego z użytkowników płatnego odcinka trasy A4, który nie zgodził się zapłacić za przejazd drogą nie spełniającą kryteriów autostrady. Więcej szczegółów tutaj.

Oczywiście – merytorycznie nie ma to nic wspólnego z naszą akcją. Ale dodaje sporo otuchy, bo: 

- To, że jakieś zasady są przez kogoś nagminnie łamane, prawo nadużywane czy nadinterpretowane itp. i jeśli ogół społeczeństwa – tutaj większość stojących w korkach – to akceptuje, zaciska zęby i płaci, to nie znaczy, że wszystko jest OK i „tak już zawsze musi być”

- Nawet jeden zdesperowany człowiek, swoją konsekwencją i upartą postawą może dokonać sądowego precedensu.

Urzędy marszałkowskie, parki narodowe, stowarzyszenia przewodnickie itp. łamiące swoimi praktykami konstytucyjne prawa wolności, nadużywające zapisów w prawie turystycznym do szykanowania osób i podmiotów, których to prawo nie dotyczy, popierające nieuczciwe praktyki rynkowe – o ile nie zmienią regulaminów i zasad postępowania w tym roku, mogą spodziewać się pozwów. W przypadku organów administracji państwowej – w pierwszej instancji do wojewódzkich sądów administracyjnych.     

Przypomnę też, że każdy, kto został ukarany 500-złotowym mandatem za „nielegalne oprowadzanie” ma szansę wygrać proces odwoławczy. Nie płać haraczu!

Protest przeciwko kontrolom grup turystycznych na poznańskich ulicach

W związku z opublikowaniem 12 maja br. w Głosie Wielkopolskim artykułu „Przewodnik pod lupą” oraz szczegółowych informacji udzielonych mi przez jego autorkę, Panią Elżbietę Podolską o akcjach kontroli przez służby miejskie osób oprowadzających grupy turystyczne, chciałbym wyrazić swój ostry protest i wyjaśnić bezprawność i szkodliwość tego typu działań.

Piszę jako inicjator i koordynator akcji społecznej „Wolne przewodnictwo”, organizator wycieczek z 20-letnim stażem, sprzedającego imprezy na rynkach niemieckim i brytyjskim, właściciel jednego z wielu przedsiębiorstw które mogło rozwinąć się dzięki zniesieniu dławiących rynek w wolnej Polsce totalitarnych praktyk, do których próbują powrócić zwolennicy kontroli. Jestem także członkiem stowarzyszenia touroperatorów RDA International w Kolonii, organizacji doświadczonej w zwalczaniu przypadków dyskryminacji przewodników w niektórych krajach południowej Europy.

To kontrole są bezprawne i nielegalne!

Rozpoczęta w Poznaniu procedura policyjnej kontroli grup turystycznych jest kolejnym w naszym kraju przypadkiem nieposzanowania konstytucyjnych praw obywatelskich i drastycznie narusza obowiązujący stan prawny. Ma fatalny wpływ na wizerunek miasta, jest marnowaniem społecznych pieniędzy, zwłaszcza tych przeznaczonych na promocję Poznania wśród turystów zagranicznych.

Przypominam, że zgodnie z  zapisami w rozdziale II,  Konstytucja RP zapewnia wolność poruszania się po kraju, wolność zgromadzeń, a przede wszystkim (Art. 54. pkt 1.) „Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji” czyli również np. informowania grupy turystycznej o zabytkach miasta.

Zgodnie z Art. 31. pkt. 3. Ograniczenia w zakresie korzystania z konstytucyjnych wolności i praw mogą być ustanawiane tylko w ustawie i tylko wtedy, gdy są konieczne w demokratycznym państwie dla jego bezpieczeństwa lub porządku publicznego, bądź dla ochrony środowiska, zdrowia i moralności publicznej, albo wolności i praw innych osób. Ograniczenia te nie mogą naruszać istoty wolności i praw.

W interesującym nas przypadku jakim jest ruch turystyczny, ograniczenia Ustawy o Usługach Turystycznych z 1997r. i powiązanych z nią rozporządzeń ministerialnych, na które powołują się zwolennicy kontroli, dotyczą tylko jednego, wąsko określonego przypadku – organizacji imprez komercyjnych przez podmioty, które są przedsiębiorcami w rozumieniu ustawy o działalności gospodarczej i podlegają wpisowi do ewidencji, i którzy uprzednio zawarli na terytorium RP umowę z klientem na wycieczkę do Poznania która obejmuje zwiedzanie miasta. Rzeczona ustawa reguluje tylko i wyłącznie działalność  komercyjnych biur podróży a nie ogół obywatelskiej działalności w zakresie organizowania i oprowadzania wycieczek! Jeśli wycieczkę organizuje jakiekolwiek np. stowarzyszenie, parafia, zakład pracy, klub, grupa znajomych, osoba prywatna itp. – nie ma obowiązku wykupienia usług miejscowego licencjonowanego przewodnika. Nie mają również takiego obowiązku uczestnicy wycieczki zagranicznej, którzy przez przyjazdem zawarli za granicą umowę ze swoim organizatorem w oparciu o tamtejsze prawo i zapisy polskiej ustawy ich nie dotyczą. Nie mają też takiego obowiązku uczestnicy wycieczki zorganizowanej przez polskie biuro, jeżeli wcześniej opłacony pakiet usług szczegółowego zwiedzania miasta nie obejmuje, a jej uczestnicy podejmują się tego np. w czasie wolnym na własną rękę.

Jest tak, gdyż intencją wprowadzenia ustawy była tylko i wyłącznie ochrona praw klientów biur turystycznych, którzy wcześniej zamówili i opłacili jakieś usługi, a nie ochrona interesów lokalnych przewodników, nie umiejących sobie znaleźć pracy w warunkach nowoczesnego, wolnego rynku usług. Bezczelność poznańskiego lobby przewodnickiego posunęła się tak daleko, że we wspomnianym artykule nie wspomina się ani słowem o chęci  zapewnieniu wysokiej jakości przewodnictwa, tylko o kontrolę administracyjnych uprawnień i karanie osób, które ich nie posiadają. Tymczasem de facto nie istnieje praktyczna możliwość sprawdzenia na ulicy, czy rzeczywiście grupa oprowadzana przez kogoś podlega rygorom ustawy. O tym świadczy jedynie szczegółowa dokumentacja imprezy w biurze organizatora, której uczestnicy i kadra imprezy nie muszą wszędzie nosić ze sobą. Praktycznie wyegzekwowanie tego przepisu jest możliwe tylko w przypadku ewentualnej skargi klientów na niesolidność biura i po dokładnym sprawdzeniu umów i rachunków, a nie – jak to ma ciągle miejsce -  na wniosek miejscowych sfrustrowanych przewodników, którym „wydaje się” że zwiedzająca miasto grupa osób zmuszona jest ich wynająć. Policyjne kontrole ogółu grup zwiedzających miasto, prowadzone w oparciu o takie domniemania, celem próby egzekucji jakiegoś wąskiego branżowego przepisu są rażącym nadużyciem władzy! Przypominają czasy komunistycznego reżimu, kiedy każdy ruch turystyczny, a szczególnie przyjazdowy z zagranicy, był pod ścisłą kontrolą SB. Bezczelnością jest też nagminne używanie słowa „nielegalny” wobec osób np. działaczy szacownych organizacji społecznych i religijnych, które zgodnie ze swoimi konstytucyjnymi  prawami pełnią rolę animatorów imprez i opiekunów grup.

Nie wolno nikogo zmuszać do zakupu niechcianych usług czy towarów. Ta oczywista reguła współżycia społecznego ma od niedawna swój legislacyjny wyraz w uchwalonej w 2007 r. Ustawie o przeciwdziałaniu nieuczciwym praktykom rynkowym. W jej świetle bezprawne jest np. umieszczenie na stronie internetowej koła poznańskich przewodników PTTK błędnych informacji, jakoby wszystkie grupy, także te organizowane przez zakłady pracy czy parafie, miały obowiązek wynajęcia w Poznaniu przewodnika, bo inaczej zostaną ukarane 500-złotowym mandatem. Poza tym jest to po prostu żenujący sposób narzucania się ze swoimi usługami.

Komitet obrony wolnych przewodników

Ponieważ stosowane przez policję i straże miejskie praktyki przypominają szykany działaczy wolnościowych w czasach komuny, oferuję – w ramach swojej obywatelskiej, społecznej działalności – pomoc prawną pod nr. telefonu 604 446233 i adresem bird@bird.pl . Każdy  kto zostanie zaczepiony i wezwany do kontroli pod pretekstem „nielegalnego oprowadzania grup” powinien zdecydowanie zaprotestować,  powołując się na zacytowaną wyżej wykładnię prawną.  W razie dalszych szykan należy  odmówić przyjęcia mandatu i wnieść sprawę do sądu. Potrzebny jest nam precedensowy, głośny proces, z zapewnieniem rzetelnej obrony, interwencją instytucji stojących na straży praw człowieka i regulacji europejskich, oprotestowaniem przepisów w Trybunale Konstytucyjnym.  Proszę również o kontakt odważne osoby, które zostały wcześniej ukarane mandatami. Każdy taki przypadek powinien zostać zaskarżony i jest spora szansa na wygraną.  

Apel do poznańskich dziennikarzy

W artykule Głosu Wielkopolskiego zacytowano wypowiedź Justyny Ciupy „…nareszcie podjęto kontrolę tak jak to jest przyjęte na całym świecie” Wypowiedź fałszywa – równie dobrze mogła powiedzieć, że na całym świecie kobiety paradują w czadorach. Jest to niestety kolejny smutny przykład bezkrytycznego cytowania w mediach tego rodzaju bzdur.  Przypominam: w zachodnich demokracjach, we krajach na zachód od Odry o nieporównywalnie większym i dojrzalszym rynku usług turystycznych, przewodnictwo turystyczne jest zawodem całkowicie wolnym i niereglamentowanym. Bezustannie powtarzane dwa wyjątki, na których chcą się wzorować nasi „regulatorzy” – kontroli we Wiedniu i miastach Włoch nie są normą, tylko wyjątkową europejską anomalią, a wystawiane tam mandaty za każdym razem podważane przez Europejski Trybunał Sprawiedliwości.

Uważam, że dziennikarzy, których zawodu w przeciwieństwie do przewodników turystycznych nie obejmują państwowe licencje i regulacje, czeka wciąż misja zdemaskowania  szkodliwych absurdów rządzących polskim prawem turystycznym. Być może ten casus będzie okazją do jej wypełnienia. Zapraszam do zapoznania się z materiałami na tym blogu.

Uczyńcie Poznań miastem bez kontroli!

Decydenci Urzędu Marszałkowskiego nie zdają sobie sprawy jak fatalną opinię ma już Polska wśród zagranicznych organizatorów wycieczek, ze względu na swoje przedpotopowe regulacje,  próby ich policyjnego egzekwowania, narzucania towarzystwa lokalnych przewodników-figurantów, często o beznadziejnych kwalifikacjach (przykład – opublikowany na blogu wywiad z Gerdem Hesse, szefem DNV Tours). Wieści, że te drastyczne praktyki zostają zaostrzone w Poznaniu, mogą miastu miastu przynieść jedynie złą sławę. Z kolei przeciwnie – rezygnacja z kontroli i ogłoszenie swobody oprowadzania grup, byłoby doskonałą reklamą, skłoniłoby touroperatorów do zaplanowania dłuższego pobytu nad Wartą. Dodam wreszcie na koniec, że zaproponowana przez Ministerstwo Sportu i Turystyki nowelizacja ustawy, przewiduje znaczną liberalizacje prawa i wykreślenie z Kodeksu Wykroczeń paragrafu w oparciu o który wystawia się mandaty. Tym bardziej stawia to najnowsze turystyczne „wypadki poznańskie” w kuriozalnym świetle.

Maciej Zimowski