Przewodnicy i wolność słowa? Tarzam się ze śmiechu!

No proszę – tematyka wolności przewodnickiej znów zagościła w mediach, (patrz też tutaj) a to za sprawą skandalicznej decyzji dyrekcji gdańskiego Muzeum II WŚ. Najdokładniej zrelacjonował ów konflikt na portalu www.gdansk.pl Sebastian Łupak – jeden z poszkodowanych przewodników któremu nie podobają się nowe porządki. Otwieram tę stronę po raz chyba dziesiąty i wciąż oczom nie wierzę, co czytam:

Przewodnicy uważają, że to atak na ich konstytucyjną wolność słowa. (…) Muzeum narusza naszą wolność wypowiedzi, zabraniając nam wypowiadania opinii i komentarzy

No do jasnej cholery… Zapomniał wół? Diabeł ubrał się w ornat i ogonem na mszę dzwoni? To ja, w ramach akcji „WP” od 2008 roku w niezliczonych tekstach i interwencjach pisałem o tym że licencjonowanie usług przewodnickich i szykanowanie osób oprowadzających po mieście bez licencji jest niezgodne z konstytucyjną wolnością słowa. Gdzie wtedy, atakujący mnie fałszywcy, było wasze rzekome „umiłowanie wolności”? A gdzie było w latach 2011-13 kiedy trwała debata o gowinowskiej deregulacji przewodnictwa? Wtedy z wyjątkiem pojedynczych jednostek jak np. Tomek Dygała wszyscy podnieśliście wściekły wrzask przeciwko uwolnieniu zawodu! Poznałem was jako bandę małych, pokracznych kombinatorów, szermujących dyrdymałami o pilotujących grupy „niemieckich sprzątaczkach” których główną misją będzie szkalowanie naszego dzielnego narodu, opowiadanie o polskich obozach itp. Nic dziwnego, że dyrekcja muzeum pozwala sobie na tak bezczelne ruchy, skoro myśli że ma do czynienia z grupką tępych czynowników, uwielbiającą absurdalne zakazy i zamykanie zawodu dla postronnych. Sami popieraliście cenzurę, zabranialiście interpretacji historii miast i regionów pilotom grup bez waszej asysty, a teraz dziwicie się że identyczne argumenty rzecznik Masłowski wytacza przeciwko wam? Tarzam się ze śmiechu. Kto mieczem wojuje od miecza ginie.

Ale zauważmy też pewne pozytywy. O dziwo jakaś grupka zbuntowanych 20 przewodników zaszła tak daleko w proteście, że zaangażowała kancelarię prawną. Tego się nie spodziewałem. Ciekawe czy się ugną, czy wytoczą proces? Kwestię wolności przewodnickiej w muzeum analizowałem w lutym 2015 r. – proszę przeczytać jak ponad 2 lata temu przewidziałem pewne zdarzenia, które dziś mają miejsce. Można skorzystać z moich porad.

Na 2 stronie piątkowego (z 20.10.) wydania Gazety Wyborczej ukazał się felieton Macieja Sandeckiego „Zamknąć usta przewodnikom”. Warto odnotować – jest to absolutnie pierwszy w historii polskich mediów głos zawodowego publicysty w obronie przewodnickiej wolności. I podobnie jak ja wcześniej przez długie lata autor – przyrównuje muzealne szykany do działań totalitarnych. Ciekawe, czy inne media, inni dziennikarze dalej pociągną temat. Może się zrobić bowiem bardzo interesująco. Zauważmy argumentację rzecznika Masłowskiego:

Zgodnie z przepisami ustawy o usługach turystycznych oraz z etyką przewodnicką, zadaniem przewodnika jest przekazywanie informacji, nie zaś opinii i komentarzy.

Oczywiście z faktu istnienia takiego zapisu nie wynika zakaz rozmów na inne tematy, podobnie jak nie można odgórnie zabronić taksówkarzowi, barmanowi itp. rozmowy z klientem o pogodzie czy polityce. Przewodnik nie jest (jak wspomniany nauczyciel, sportowiec) wykonawcą jakiegoś kontraktu z władzą czy instytucją muzeum,  świadczy usługi wyłącznie na podstawie prywatnej umowy ze zleceniodawcą. Dyrekcja muzeum nie ma prawa jakiejkolwiek ingerencji w osobisty przekaz podczas oprowadzania.

A jeśli władza uważa że ma to… Dlaczego na podobnej zasadzie nie zabronić publikacji i wygłaszania niewygodnych opinii dziennikarzom prywatnych mediów? W dobie nagonki na lewicowo-liberalne gazety, telewizje i portale, dyskusji o repolonizacji, może okazać się że wysokie nakłady na zakup udziałów są niepotrzebne. Wystarczy przez posłuszny Prezesowi parlament przepchnąć ustawę o zawodzie dziennikarza z odpowiednio interpretowanymi przepisami. Ale wtedy dopiero będziemy się tarzać.

Jakby co to pamiętajcie – ja pierwszy to przewidziałem.

Do Magdaleny Sroki – ależ masz czego chciałaś!

W lewicowo-liberalnej części internetu i mediów kipi dziś od złości z powodu rzekomo „skandalicznego” odwołania Magdaleny Sroki z funkcji dyrektorki PISF. Mnożą się słowa oburzenia – jak można odwołać kogoś tak fachowego i odnoszącego sukcesy. Sama pokrzywdzona opublikowała płomienny manifest w którym przedstawia się jako rzeczniczka pluralizmu i braku cenzury, zakończony wezwaniem do stworzenia sztuce przestrzeni wolności  i tym podobnymi frazesami.

Cóż za obłuda – pomyślałem sobie. Jeszcze nie tak dawno, w marcu 2014, pani Sroka, wówczas jako wiceprezydent ds. kultury miasta Krakowa zabłysnęła na spotkaniu przewodników miejskich tymi słowy:

Mieliśmy nadzieję, że uda się zatrzymać nowelizację Gowina. (…). Gdy budowaliśmy argumentację przeciw deregulacji mówiliśmy, że ten zawód nie powinien być w zupełności wolny. itp – całość tutaj

Niezorientowanym w temacie przypomnę, że chodzi i obronę systemu w którym – właśnie do deregulacji w 2014, skutkiem ustawy wprowadzonej przez SLD w 1997 zakazane było opowiadanie czegokolwiek turystom o mieście bez urzędowego zezwolenia. System ten rodził lawinę absurdów i patologii (łapanki na ulicach, 500 złotowe mandaty dla oprowadzaczy) był koszmarnym pogwałceniem konstytucyjnego prawa wolności słowa. I to nie – co ważne – względem instytucji społecznych jak PISF ale prywatnych obywateli, przedsiębiorców i ich klientów. Zdobywanych drogą wiedzy i talentu a nie urzędowego glejtu.

Minęły raptem 3 lata a pani Sroce nagle się ta wolność zaczęła podobać. Lamentuje że bez niej można jedynie tworzyć „materiały propagandowe bez żadnego znaczenia” – ależ taki był właśnie system licencjonowania przewodników za którym przed 3 laty tęskniła. Dowody można znaleźć w archiwach tego bloga. Popatrz Magdaleno, tak właśnie działa system w którym partyjny urzędnik a nie talent czy inne zalety decyduje o stanowisku. Życzę szczęścia w innej branży, np pracy z turystami. Glejt od Glińskiego na szczęście niepotrzebny.