Licencje przewodnickie jak „polskie obozy…”

Pamiętacie Państwo ten najbardziej koszmarny pseudoargument używany przez wrogów deregulacji – że bez państwowych licencji przewodnicy będą opowiadać o „polskich obozach koncentracyjnych”? Na jednym ze spotkań w Min.Sprawiedliwości doszło wręcz do awantury kiedy jeden z urzędników napomniał protestujących, aby przestali wreszcie tańczyć na oświęcimskich grobach. Przypominam to, bo identycznie zbudowany, błędny skrót myślowy pobrzmiewa w nadal stosowanym pojęciu „licencja przewodnicka”. Znany nam działacz, Pan Lisowski z Ostródy, w wywiadzie powiada:

Następny kurs prawdopodobnie będziemy organizować w przyszłym roku, aby zostać członkiem stowarzyszenia trzeba być licencjonowanym przewodnikiem.

Z kolei jak czytamy tutaj – kończąc najnowszy kurs przewodnicki po Wrocławiu

zdany pozytywnie egzamin (teoretyczny i praktyczny), będą upoważniać do uzyskania Licencji przewodnika miejskiego PTTK po Wrocławiu

To tylko pierwsze z brzegu przykłady, zjawisko jest powszechne. Rozumiem siłę przyzwyczajenia, pamiętam jak po denominacji złotego w 1995 niektórzy uparcie dalej liczyli w milionach. Ale skoro towarzystwo przewodnickie zawodziło tyle jęków w obronie rzetelności, prawidłowości itp. swojej  pracy, to może nauczy się wreszcie poprawnie stosować termin „licencja”, pochodzącego z łac. licet – jest dozwolone.

Ktoś kto ukończy kurs w Ostródzie będzie tak samo „licencjonowany” jak każdy inny pełnoletni obywatel z wykształceniem średnim. PTTK we Wrocławiu może wręczyć legitymację, certyfikat, indentyfikator itp. Licencję – tę wynikającą z prawa autorskiego – jedynie na posługiwanie się nazwą i logo PTTK (ale już nie samym określeniem przewodnik miejski czy regionalny taki a taki, jak chciał kiedyś oddział w Kielcach). PTTK nie może wydawać „Licencji przewodnika miejskiego” – stwierdzenie to wprowadza w błąd, podobnie jak próba nazywania Auschwitz-Birkenau „Polish death camp”.

Z kolei na stronie informującej o certyfikacji pilotów przez PIT znalazłem taki kwiatek:

Certyfikacja (…) to potwierdzenie kwalifikacji zawodowych dla pilotów wycieczek, którzy rozpoczynają pracę w zawodzie po deregulacji (a tym samym nie mają możliwości zdobycia tzw. uprawnień państwowych wciąż wymaganych przez wielu pracodawców)

Jest to tak pokrętnie sformułowane, bez dodania np. „byłych uprawnień…”  aby tylko u czytających wywołać błędne mniemanie, że jakiś papier uprawniający do pilotażu nadal jest potrzebny i daje go PIT.

Organizatorzy kursów kucharskich, barmańskich, artystycznych itp – tu można wymienić setki nielicencjonowanych czynności – jakoś nie muszą  się uciekać do podobnych głupich chwytów. Ciekawie kiedy nasi zmądrzeją…

6 Komentarze

  1. Nie wiem dlaczego ale pan prof. Rohrscheidt przypomina mi Armina Jacka, którego niegdyś znałem z Oleśnicy.

  2. No i z tego postu szanownego MZ – jasno i klarownie wynika totalne FIASKO deregulacji która młodym przewodnikom wchodzącym na rynek nic nie ułatwiła, a wręcz utrudnia. Niby każdy może zostać przewodnikiem lub pilotem ale…
    - przecież żadne biuro nie zatrudni nikogo z ulicy w zw z tym jak grzyby po deszczu powstają kursy po których można zdobyć licencje na bycie pilotem, przewodnikiem itp, itd. Hitem nad hity jest certyfikacja robiona przez PIT który bezczelnie oferuje nawet weryfikację pilotów sprzed deregulacji za jedyne 299 zł. BAJZEL TOTALNY – tylko to zapewnił na turystycznym rynku Minister Filozof Od którego nawet własna partia się odwróciła) i jego pomagierzy specjaliści od siedmiu boleści. Kiedyś młody człowiek chcący zostać pilotem/przewodnikiem szedł na kurs (fakt nie tani) po nim zdawał egzamin – 1 HONOROWANY W CAŁYM KRAJU. A w tej chwili każda organizacja robi swój kursik i swój certyfikacik – i uważa że tylko ten jej jest jedyny słuszny. Niedługo się okaże że pilot np z Kielc z 10 letnim doświadczeniem i wybitną znajomością danego kierunku nie zostanie zatrudniony przeez biuro z Radomia – bo ono bedzie wymagało Certyfikatu np Stowarzyszenia Pilotów Miasta Radomia którego samo jest członkiem. I tak będzie wszędzie. Co do kosztów to chyba w tej chwili ciężej wejść na rynek. Oto przykład:
    Warszawa:
    przed deregulacją – kurs (kilkaset zł) + egzamin niecałe 300 zł – i mogłeś oprowadzać wszędzie
    po deregulacji – w zasadzie możesz oprowadzac bez kursu ale nikt cię nie zatruddni więc: kurs (znów kilkaset zł) + egzamin w instytucji branżowej (pewnie 300 zł) + UWAGA KAŻDE WIĘKSZE MUZEUM WYMAGA OD TEGO ROKU WŁASNYCH LICENCJI (jeśli podliczymy Zamek Królewski, Chopina i Muzeum Polin) to nam wyjdzie kolejne kilkaset zł. WIĘC KIEDY BYŁO TANIEJ I ŁATWIEJ PANIE ZIMOWSKI.
    Okazuje się że na deregulacji zyskali WYŁĄCZNIE:
    - właściciele biur podróży – mogą dyktować ceny, zatrudniać pilotów lub przewodników po kursach prowadzonych przez ich znajomych z branży
    - działacze organizacji branżowych (PIT itp) przescigających się w cudacznych kursach i egzaminach
    - piloci i przewodnicy od lat istniejący na rynku – oni mają swoich kontrahentów i śpią spokojni.

    … a te tysiące młodych wchodzących na rynek o których rzekomo walczył Minister – Filozof ramię w ramię z szanownym MZ????
    Oni mają 3 razy gorzej niż w czasach regulacji. I co -jak im spojrzysz w oczy Panie Zimowski???

    Klimek – ten który losowi dziękuje że pracę zaczynał w „ciężkich latach regulacji” – bo wejście na turystyczny rynek w tej chwili osoby młodej jest praktycznie nie możliwe.

    • Ależ ten się naprodukował. Takiego natłoku bzdur dawno tu nie było. Po pierwsze – proszę sobie spojrzeć na początek bloga, dla kogo w 2008 r. wystartowałem z Akcją W.P., kiedy o żadnym Gowinie nikt jeszcze nie słyszał. Dla siebie i innych przedsiębiorców którzy doskonale radzą sobie na rynku, od pierwszej deregulacji Wilczka w grudniu 1988 r. i którym po restytucji komunistycznych ustaw przez SLD w 1997 zaczęły szkodzić pierdolone PRL-owskie sieroty, przypieprzające się do naszych grup na ulicach miast.

      Wielki obrońca „młodych ludzi” się znalazł – proszę wymienić mi i podać kontakt do choćby jednego który ma problem ze znalezieniem pracy to zadzwonię do niego i zapytam się dlaczego. Zarówno ja jak i każdy doświadczony właściciel biura potrafi sprawdzić w rozmowie kwalifikacyjnej umiejętności kandydata, a deregulacja uwolniła ich od konieczności długich i kosztownych kursów, co było jakimś koszmarem. Tysiące ludzi nie nadających się do pracy kończyło te kursy, płaciło kasę i potem czuli się oszukani.

      „Certyfikacje PIT” to oczywiście towar dla frajerów, ale nikt nie zabrania ich sprzedawania, ani nikt nie zmusza do ich wyrabiania. Ile osób się na to nabrało – jakieś kilkadziesiąt? Kropla w morzu.

      Natomiast co do licencji w muzeach – są w znacznej części równie fikcyjne i bezprawne jak „licencje” w parkach narodowych. Na otwartej publicznej, wystawie nikt mi nie ma prawa zabronić opowiadania czy oprowadzania.

      • Trzeba jeszcze dodać, że dzięki deregulacji skończyło się szykanowanie ludzi opowiadających zwiedzającym o zabytkach, historii i różnych ciekawostkach w miastach i innych miejscach w Polsce. Nie dochodzi już do takich absurdalnych sytuacji, że straż miejska wręcza mandat nauczycielce oprowadzającej grupę uczniów po mieście w ramach wycieczki szkolnej.

        • Zgadzam się w całej rozciągłości. To także dotyczyło rodziców (np. Rodowitych Krakowian z dziada pradziada), którzy opowiadali dziecku o historii i zabytkach spacerując po mieście.
          Ale jak każda moneta problem ma też dwie strony. Powstają jak grzyby po deszczu firmy przewodnickie zagraniczne lub polsko zagraniczne, zatrudniające obcokrajowców, którzy przebywają krócej lub dłużej w danym mieście historycznym, ponieważ znają angielski czy inny język obcy. Pojawia się problem, iż już z samej definicji ludzie ci nie posiedli wiedzy którą przeciętny Polak otrzymuje wraz z wieloletnim wykształceniem począwszy od szkoły podstawowej. Sądzę, że w ich przypadku zaliczenie kursu, który nie jest państwowy jest dużym błędem. Na takim, krótkim kursie prowadzonym przez kogoś kto nie ma licencji nie ma szans aby posiąść szybko całą wiedzę historyczną czy choćby tylko przeczytać aby się dowiedzieć podstaw po to aby potem moc łączyć fakty i analizować dlaczego np. MICKIEWICZ w inwokacji napisał „Litwo, ojczyzno moja” , a nie „Polsko, ojczyzno moja”. To są komplikowane tematy i to trzeba czuć. Czy zagraniczny przewodnik, który ma wiedzę wybiórczą odpowie na takie i inne z nienacka zadane pytania? Czy będzie czuł idee polskości. Czy będzie Józefa Dietla ( zasłużonego krakowskiego prezydenta) nazywał Niemcem zamiast Polakiem tylko dlatego, że miał pochodzenie niemieckie?
          To właśnie mnie martwi, że likwidując licencję Państwo traci kontrolę nad przekazywaną wiedzą. Jedyna pociecha to taka, że poprzez sam fakt, że obcokrajowcy garną się do tej pracy to nasza historia będzie bardziej rozpropagowana poza naszymi granicami.