Holocaust przewodników w muzeach? Nie przejdzie.

Na temat oprowadzania po muzeach pisałem w zeszłym roku tutaj. Z wielu źródeł słyszę i czytam sygnały, że jest do dość poważny problem dla przewodników miejskich, gdyż po deregulacji muzea prześcigają się w pomysłach jak utrudnić im pracę. Szczegółowo to raportuje na swoim blogu i profilu fb Tomek Dygała, liczne wypowiedzi są na innych forach, tu dla przykładu skan jednej z dyskusji. Niektóre z reakcji są groteskowe, np. pozbawienie przewodników darmowego wstępu do Muzeum w Wilanowie. Udzielanie tego rodzaju ulg jest zwyczajową dobrą praktyką, nie obowiązkową. Ale tłumaczenie odstępstwa od niej deregulacją? Może jeszcze dyrekcja muzeum „na złość Gowinowi” odmrozi sobie uszy.

Ale są też poważniejsze problemy – np. przewodnikom zabroniono oprowadzać po Muzeum Sportu, w wielu innych wprowadzono obowiązkowe licencje, nowo otwarte Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN wprowadza dyskryminacyjne, zabronione praktyki podczas rekrutacji na kursy i preferuje jedną prywatną firmą przewodnicką itp.

W zasadzie problem ten nie powinien istnieć  w żadnym zdrowym systemie  i normalnym kraju, gdzie gestorowi obiektu powinno zależeć na jak największej ilości odwiedzin i sprzedaży biletów więc nie ma sensu wprowadzanie absurdalnych utrudnień. Ale nasz kraj nie jest jeszcze normalny, a korupcja, prywata, nepotyzm, praktyki uwłaszczania się na społecznym majątku biorą górę. Przesłuchałem niedawno nagrania z dyskusji w Klubie Jagiellońskim w  2012 roku. Zbuntowani krakowscy przewodnicy odgrażali się, że po deregulacji założą własną zamkniętą korporację i załatwią, żeby nikt spoza niej nie miał dostępu do muzeów.

Tym niemniej nie jest to problem nawet ułamka tej wagi, co koszmarne regulacje prawne, z którymi walczyliśmy wcześniej. Wtedy trzeba było zmienić ustawę, przejść wszystkie etapy legislacji. A tu wystarczy tylko egzekwować prawo, które w razie konfliktu bardzo nam sprzyja, tym bardziej że w sporze z zarządcą obiektu występujemy jak równy z równym.

Czytając wypowiedzi przewodników przecieram oczy – w konfrontacji z reformatorską polityką Rządu, Sejmem i Senatem RP, potrafili się zmobilizować i wykrzesać gigantyczną energię na anty-deregulacyjny lobbing. A przed jakimś śmiesznym dyrektorkiem muzeum składają broń i popadają w rezygnacje. Powszechne są lamenty, że nic się nie da zrobić  bo zarządca obiektu na swoim terenie „może wszystko”. Biedny, zastraszony przewodnik jest niczym ten chłopiec z getta, który niedawno przez Dom Spotkań z Historią uznany został za fotograficzną ikonę Warszawy.

Czy rzeczywiście ów zarządca może wszystko? Proponuję eksperyment myślowy: Czy może – jak ów esesman w getcie – bezkarnie zastrzelić nielubianego przewodnika? Nie może, bo życie ludzkie chronione jest prawem, które na terenie muzeum nie przestaje obowiązywać. I właśnie na takiej samej zasadzie nie przestają obowiązywać prawa, w oparciu o które uprawiamy zawód przewodnika. Czyli – po pierwsze wolność wykonywania zawodu (art. 65.1 konstytucji) po drugie – wolność rozpowszechniania informacji (art. 54.1.) i zakaz dyskryminacji art. 32.1. Nad tym wszystkim – artykuł 31.3: Ograniczenia w zakresie korzystania z konstytucyjnych wolności i praw mogą być ustanawiane tylko w ustawie. Powtarzam – w ustawie, a nie w regulaminie, zarządzeniu,  okólniku, czy jakimkolwiek innym urzędowym akcie strzelistej twórczości, nie posiadającym ustawowej delegacji.

Odwołując się do tej konstytucyjnej zasady, wolność uprawiania zawodu przewodnika jest ograniczona przez zapisy w ustawie turystycznej, które znamy. W przypadku terenów miejskich owym ograniczeniem jest pełnoletniość, wykształcenie minimum średnie i niekaralność. Czy są jakieś zapisy odnośnie muzeów? Są, – przypomnę je w pełnym brzmieniu:

Art. 33. 1. Przewodnicy turystyczni mogą oprowadzać obsługiwane wycieczki po muzeach, wystawach i zabytkach, jeżeli zadania tego nie wykonuje osoba upoważniona przez muzeum, organizatora wystawy albo właściciela lub posiadacza zabytku.

2. Oprowadzanie wycieczek, o których mowa w ust. 1, odbywa się w sposób określony przez dyrektora muzeum, organizatora wystawy albo właściciela lub posiadacza zabytku w regulaminie dla zwiedzających.

Jest więc jasno napisane – mogą oprowadzać. Niektórym wydaje się że z zapisu  tego wynika że „nie mogą” oprowadzać, kiedy zarządca sobie tego nie życzy. Moim zdaniem jest to logika absolutnie nie do obrony w razie sporu.

Co właściwie wyraża ten wpis, jaka była intencja ustawodawcy kiedy ustawę tworzono? Że są dwie grupy osób mogące oprowadzać po muzeach – 1. przewodnicy – naówczas z marszałkowską licencją na określony obszar 2. osoby upoważnione przez gestora obiektu, niekoniecznie mający licencje przewodnika miejskiego czy terenowego. Pozostawienie tego artykułu w tym brzmieniu po deregulacji jest niedopatrzeniem, brzmi on trochą bez sensu. Ale skoro jest – można go wykorzystać do obrony swojego prawa do oprowadzania.

Same zasady kupowania usług przewodnickich świadczonych przez muzeum regulowane są zwykłym prawem gospodarczym i kodeksem cywilnym. Uzasadniona jest sytuacja jeśli muzeum zapewnia własnego przewodnika z powodów bezpieczeństwa czy turystów np. w kopalniach, czy szczególnie cennych zbiorów. Wtedy jego koszt  wliczony jest w cenę biletu. Jeśli natomiast muzeum dopuszcza swobodny dostęp zwiedzających do wystaw – to zgodnie z ustawą oprowadzać może każdy przewodnik. Nie wolno zmuszać wybiórczo klientów np. „grupy zorganizowane” do dodatkowego zakupu usług przewodnickich przez muzeum – byłaby to zabroniona prawem dyskryminacja. Nie można też przewodnikowi z zewnątrz zabronić oprowadzania po takiej wystawie. Jedynie co zarządca może zrobić  to – wg art. 33.2. określić zasady w regulaminie dla zwiedzających. Ale znów – w regulaminie takim nie może znaleźć się zapis o zakazie oprowadzania po otwartych wystawach bez muzealnej licencji, gdyż nie zezwala na to ustawa. Gdyby intencją ustawodawcy było ograniczenie wolności wykonywania zawodu przewodnika na terenie muzeum,  powinno być to sformułowane w ustawie w sposób dosłowny i nie budzący wątpliwości.

Mamy więc bardzo silny oręż prawny do walki z muzealnymi nadużyciami. Nie wiem, dlaczego organizacje skupiające przewodników go nie wykorzystują. Powinno się moim zdaniem:

1. W korespondencji z zarządami muzeów używać bardziej stanowczych sformułowań, nie „łaskawie prosić” o prawo do oprowadzania tylko zażądać respektowania praw.

2. Zaalarmować zarówno media jak i organizacji administracji publicznej której muzea podlegają. Swojego czasu głośna była np. walka z dyskryminacją w lokalach rozrywkowych Warszawy, najemcom stosującym krzywdzącą selekcję gości grożono zerwaniem umów najmu. Tym bardziej praktyki takie nie mogą mieć miejsca w instytucjach jakby nie było kultury wysokiej.

3. W ostateczności pozostaje droga sądowa. W tej materii mamy szlak mamy świetnie przetarty 5 lat temu przez Michała Kosiarskiego, który wywalczył prawo do bezpłatnego fotografowania obiektów w muzeach. Warto przypomnieć niektóre uzasadnienia wyroku:

  • Muzea mogą żądać pieniędzy, ale tylko za udostępnianie zbiorów do celów innych niż zwiedzanie
  • Zakaz fotografowania godzi nie tylko w interes ekonomiczny konsumenta, który płaci za coś, za co nie powinien, ale też wywołuje uczucie przykrości i zawodu, gdy jest traktowany w niekorzystny dla siebie sposób;
  • Nie można uzależniać spełnienia świadczenia tylko od woli jednej ze stron, która ma prawo dokonywania wiążącej interpretacji regulaminu. To oznacza, że nie może od dyrektora muzeum zależeć to, komu pozwolić robić zdjęcie, a komu nie;

Wystarczy zamiast „fotografowania” wpisać „oprowadzania” i argumentacja działa podobnie. Mam zresztą spore wątpliwości czy muzeum jako instytucja jest w ogóle upoważnione do kontroli kto oprowadza wycieczkę. Zapisy w ustawie turystycznej regulują relacje między usługodawcą i klientem a nie zarządcą obiektu.  Dla muzeum każdy zwiedzający jest po prostu turystą, a to czy ktoś „wykonuje zadania przewodnika” to prywatna sprawa wchodzących do obiektu osób.

Oczywiście  powoływanie się na „historyczne” licencje marszałkowskie jest bez sensu, ale z biegiem lat ten problem rozwiąże się sam, gdy przybędzie więcej nowych osób wchodzących do zawodu. Proszę więc się zabrać do roboty, zamiast pomstować na Gowina.

Licencje przewodnickie jak „polskie obozy…”

Pamiętacie Państwo ten najbardziej koszmarny pseudoargument używany przez wrogów deregulacji – że bez państwowych licencji przewodnicy będą opowiadać o „polskich obozach koncentracyjnych”? Na jednym ze spotkań w Min.Sprawiedliwości doszło wręcz do awantury kiedy jeden z urzędników napomniał protestujących, aby przestali wreszcie tańczyć na oświęcimskich grobach. Przypominam to, bo identycznie zbudowany, błędny skrót myślowy pobrzmiewa w nadal stosowanym pojęciu „licencja przewodnicka”. Znany nam działacz, Pan Lisowski z Ostródy, w wywiadzie powiada:

Następny kurs prawdopodobnie będziemy organizować w przyszłym roku, aby zostać członkiem stowarzyszenia trzeba być licencjonowanym przewodnikiem.

Z kolei jak czytamy tutaj – kończąc najnowszy kurs przewodnicki po Wrocławiu

zdany pozytywnie egzamin (teoretyczny i praktyczny), będą upoważniać do uzyskania Licencji przewodnika miejskiego PTTK po Wrocławiu

To tylko pierwsze z brzegu przykłady, zjawisko jest powszechne. Rozumiem siłę przyzwyczajenia, pamiętam jak po denominacji złotego w 1995 niektórzy uparcie dalej liczyli w milionach. Ale skoro towarzystwo przewodnickie zawodziło tyle jęków w obronie rzetelności, prawidłowości itp. swojej  pracy, to może nauczy się wreszcie poprawnie stosować termin „licencja”, pochodzącego z łac. licet – jest dozwolone.

Ktoś kto ukończy kurs w Ostródzie będzie tak samo „licencjonowany” jak każdy inny pełnoletni obywatel z wykształceniem średnim. PTTK we Wrocławiu może wręczyć legitymację, certyfikat, indentyfikator itp. Licencję – tę wynikającą z prawa autorskiego – jedynie na posługiwanie się nazwą i logo PTTK (ale już nie samym określeniem przewodnik miejski czy regionalny taki a taki, jak chciał kiedyś oddział w Kielcach). PTTK nie może wydawać „Licencji przewodnika miejskiego” – stwierdzenie to wprowadza w błąd, podobnie jak próba nazywania Auschwitz-Birkenau „Polish death camp”.

Z kolei na stronie informującej o certyfikacji pilotów przez PIT znalazłem taki kwiatek:

Certyfikacja (…) to potwierdzenie kwalifikacji zawodowych dla pilotów wycieczek, którzy rozpoczynają pracę w zawodzie po deregulacji (a tym samym nie mają możliwości zdobycia tzw. uprawnień państwowych wciąż wymaganych przez wielu pracodawców)

Jest to tak pokrętnie sformułowane, bez dodania np. „byłych uprawnień…”  aby tylko u czytających wywołać błędne mniemanie, że jakiś papier uprawniający do pilotażu nadal jest potrzebny i daje go PIT.

Organizatorzy kursów kucharskich, barmańskich, artystycznych itp – tu można wymienić setki nielicencjonowanych czynności – jakoś nie muszą  się uciekać do podobnych głupich chwytów. Ciekawie kiedy nasi zmądrzeją…

Krakowscy przewodnicy kłócą się o 100 zł

Znalazłem w zakamarkach sieci coś takiego: Biuletyn przewodników turystycznych w Krakowie. Od marca zeszłego roku ukazały się cztery numery. Są tam ciekawe kwiatki, np.

CIESZY FAKT, ŻE DYREKTOR PARKU (Ojcowskiego)  NIE UGIĄŁ SIĘ POD PRESJĄ I UTRZYMAŁ CERTYFIKATY POMIMO DEREGULACJI.

Skomentuję: Deregulacja nie dotyczyła parków narodowych, działających w oparciu o Ustawę o Ochronie Przyrody tylko Ustawy o Usługach Turystycznych, która jest jedyną ustawą ograniczającą (wg art. 65 Konstytucji) wolność wykonywania zawodu. Park narodowy nie może jej ograniczyć na swoim terenie.

Sezon letni minął większości z nas bardzo pracowicie, słychać głosy, iż pomimo (…) deregulacji, (która jak wciąż wierzy większość z nas, również okaże się fałszywa)

Jak to rozumieć? PIS grzmiał niedawno, że „sfałszowano wybory”, fałszowanie ustawy to byłoby pewne novum. A przecież nasi przewodnicy są tak wspaniale wykształceni.

Ale to nic w porównaniu z najnowszym numerem, w którym mamy prawdziwą „aferę”. Poszło o to że za nową, wystawianą zamiast nieważnych już uprawnień blachę przewodnicką ktoś skalkulował cenę… 100 zł, co wywołało oburzenie. Że za dużo, że powinno być najwyżej 30 zł. No cóż, przypomnę że wcześniej koszt zdobycia uprawnień wiązał się zwykle z wielotysięcznym wydatkiem i wielomiesięcznym kursem, egzaminami i ponoć nie był to żaden problem, zawód miał charakter otwarty…”

Czekamy na kolejne biuletyny.