Damscy bokserzy w służbie TPN

„Połowa wycieczek wędrowała w Tatrach bez przewodnika” – taką depeszę PAP opublikował wczoraj portal wyborcza.pl i Gazeta Krakowska, pewnie w podobnej formule „kopiuj – wklej” ukaże się i gdzie indziej.

Jeśli rzeczywiście skontrolowano 71 wycieczek z czego organizatorzy 34 nie zgodzili się opłacić haraczu przewodnickiej mafii, bardzo dobrze świadczy o ich obywatelskiej świadomości i sile oddziaływania mojego bloga, na którym obszernie rok temu wyjaśniłem np. tutaj, że zarządzenie dyrektora o potocznie mówiąc „obowiązku wynajmowania przewodnika przez grupy szkolne” jest nieważną klauzulą umowną.

Źle świadczy o służbach, które zamiast zwalczać rzeczywiste zagrożenia tatrzańskiej przyrody, w sposób awanturniczy uganiają siłę za grupami dzieciaków, ośmieszają instytucję parku narodowego, przekraczają uprawniania działając w interesie nie własnej firmy tylko zewnętrznych usługodawców. Trudno nie nazwać tego inaczej, jak bezczelnym układem korupcyjnym.

Co do rzetelności mediów w tej sprawie nie mam już najmniejszych złudzeń, temat jest typowo „ogórkowy”, przypomnijmy sobie jak przed deregulacją gazety bezkrytycznie powielały wszelkie bajdy zasłyszane od przewodników miejskich. Tym razem czytając stek bzdur i pustych pogróżek przesłany zapewne w formie gotowca do PAP przez komendanta straży zwróciłem uwagę że podobieństwo do znanego z sowieckich dowcipów „Radia Erewań” przekracza wszelkie dotychczasowe normy. Zwłaszcza czytając fragment:

W jednym przypadku, kiedy nauczyciele ze szkoły podstawowej w Krakowie sami prowadzili grupę dzieci, policjanci wszczęli wobec nich postępowania

zrobiłem oczy wielkie jak arbuzy, bo zdaje się, że wiem o jaki przypadek chodzi. Owszem, postępowanie prokuratorskie jest, ale chyba nie wobec pedagogów, tylko agresywnego strażnika parku. Kilka dni temu sama zadzwoniła do mnie jedna z nauczycielek, prowadzących ową grupę. Oto co mi opowiedziała. Tekst jest dosłownie przepisywany z nagrania rozmowy, stąd taki jego styl.

Kupiliśmy bilety na kolejkę na Kasprowy (w cenę tego biletu wliczony jest też bilet do TPN). To już im się nie za bardzo spodobało, bo ten pan już na dole w kasie pierwsze co mnie za pytał, to „czy mamy przewodnika”. Ja na to – że nie. Bardzo zdziwił się, bo kupiliśmy bilety dla mojej grupy, i dla grupy mojej przyjaciółki, z którą jeździmy zawsze razem – ja ze swoją klasą, one ze swoją klasą. No i to ich bardzo zdziwiło – że jedziemy tylko w górę a nie mamy przewodnika. No i kupiliśmy te bilety, pojechaliśmy w górę. Chwilę na górze nam zeszło no i jak weszliśmy przed budynek, ustawiłyśmy je tak jak zwykle, bo to – jak liczyłyśmy to już nasz szósty raz, przy czym drugi raz schodziłyśmy same. Wcześniej jak obowiązywało rozporządzenie, to dla świętego spokoju – brałyśmy tego przewodnika. Ale teraz? Niby z jakiej racji. Doszłyśmy z nimi do Suchej Przełęczy, 5 min od Kasprowego i ja tam ustawiłam dzieci do zdjęcia (…) i on pojawił się – nie wiem czy od strony Beskidu czy Murowańca (…) – mówię o panu K. Tomasz K. przyrodnik. Leśniczy – tak się przedstawił. Miał na sobie polar z napisem „służba parku narodowego” i powiedział, że chce mnie wylegitymować. Zapytał się gdzie idziemy – no więc ja mówię że idziemy sobie spokojnie do Murowańca.

M.Z. Można było odmówić podania tej informacji, to jest wasza prywatna sprawa dokąd idziecie

- No i właśnie tutaj popełniłam błąd, no ale myślę sobie wszystko wiem na ten temat, jeśli chodzi o przepisy aktualne. A on mówi groźnym tonem „nie pójdziecie bo nie macie przewodnika, nigdzie nie pójdziecie!” Ja mówię: Wie pan co, proszę mi nie przeszkadzać w pracy, mam dzieci pod opieką i nie będę z panem dyskutować. I zabrałyśmy te dzieci, ustawiłyśmy a on już zaczął nadawać przez krótkofalówkę do kogoś, jakieś posiłki wzywać, że grupa że to że tamto, a my zaczęłyśmy sobie spokojnie schodzić. Ja byłam pierwsza, potem 15 dzieci, koleżanka, 15 dzieci, koleżanka, i na końcu opiekun. No i jak dochodziłyśmy do dolnej stacji kolei narciarskiej, to oni wtedy dobiegli do nas, ja byłam troszeczkę z przodu, odwróciłam się i robiłam zdjęcia ponieważ prowadziłam dokumentację fotograficzną tego wyjazdu, tej zielonej szkoły, więc oni dobiegli do mojej przyjaciółki i ja patrzę co on robi – on zagrodził jej drogę, a za nią szły te dzieci młodsze, wywiązała się dyskusja. On miał kije takie do chodzenia, złapał te kije – tak poziomo trzymając – jedną na jednym końcu, drugą na drugim końcu, tak poziomo – przyłożył do mojej przyjaciółki i popchnął ją, krzycząc „nigdzie nie pójdziecie”. Z tej nienawiści całej, która kipiała aż z niego, on się chyba zapomniał, bo on sprawiał takie wrażenie, jakby w ogóle tracił kontakt z rzeczywistością, bo tak się zachowywali razem z tym panem W.

Dzieci się wystraszyły, zaczęły płakać i krzyczeć – „niech nas pan puści”. Jak to zobaczyłam pomyślałam – idę na pomoc. Ale w międzyczasie on się w międzyczasie zreflektował…

- ale mówi pani – to był Edward W., na pewno?

- to był ten pan K., on był taki agresywny, potem miał pomocnika tego Edwarda W.

- a jak pani poznała że to on?

- dlatego że szukałyśmy w internecie, i znalazłyśmy go (…). I mamy ich zdjęcia – ja robiłam i przyjaciółka robiła telefonem.

- robiliście jakieś nagrania?

- nie, oni twierdzili że oni robili, w ogóle straszyli dzieci przechodząc obok, mówiąc do dzieci że są nagrywane, że są robione zdjęcia i policja czeka już na nich na dole, no wie pan co – takie zachowanie to jest karalne już, bo to jest straszenie dzieci. Dzieci płakały, w schronisku nawet ci moi uczniowie z 5 klasy nie chcieli usiąść, bo się bali, bo nie wiedzieli co panowie im zrobią, no przecież to jakieś chore. No ale doszłyśmy do tego schroniska. (…). Moja przyjaciółka zadzwoniła ze schroniska na policję, opowiadając co ten jej zrobił, plus – prosząc o konsultację z psychologiem dziecięcym, (…) Na co usłyszałam – pan z policji w Zakopanem przyjmujący zgłoszenie nie wie gdzie jest Murowaniec. Potem koleżanka przekazała telefon temu W. a ten zaczął rozmawiać „no cześć stary, co tam u ciebie…” na tej zasadzie. I on wtedy powiedział – ten policjant – że on jej nie będzie wierzył (mojej koleżance) tylko jemu będzie wierzył, bo on go zna. No takie zachowanie policji to jest żenujące.

Zaczęłyśmy schodzić na dół, oni szli za nami w odległości 150-200 m. Ja zadzwoniłam po autokar. Przychodzimy na miejsce – czeka na nas dwóch policjantów, takich młodych posterunkowych, chłopak i dziewczyna, i oni będą nas legitymować, niebywałe. Mówię im nie mamy dokumentów, jedźcie z nami. Oni na to że nie, że oni nas zabiorą na komendę na posterunek. Mówimy że nie, bo mamy dzieci pod opieką, ale nie było dyskusji z nimi. Oni nie chcą nas przepuścić, dzieci płaczą, my mówimy że mamy obiad, że dzieci muszą zażyć leki. Nie było dyskusji. W końcu prosimy o przyjechanie radiowozu. Zadzwonili, skontaktowali się z komisariatem, i czekamy. Ja proszę dzieci do autokaru. Oni tam jeszcze protestowali, ale w końcu dzieci wsiadły do tego autokaru a my czekamy pod autokarem.

Oni (ci młodzi policjanci) przyjechali samochodem straży parkowej, ze strażą parku. A ci – ten K. i ten W. stali przy samochodzie i śmiali się między sobą, z tej całej sytuacji, robili sobie hece, a nasz kierowca który stał tam w pobliżu, podsłuchał, do nas zresztą też dolatywały te głosy, jak to mamy dyscyplinarkę pewną, że oni już kuratorium powiadomili, wyrzucą nas z pracy, bo my jesteśmy takie głupie (…)

My czekałyśmy dalej na policję, i jak policja przyjechała – ten pan sierżant, on już miał zupełnie inne podejście. Już mu spokojnie wytłumaczyłyśmy, on wysłuchał, powiedział mi jak wygląda procedura, powiedział że policja ma dane tych dwóch panów już (…) wytłumaczyliśmy na jakiej podstawie – bo tamci dwaj nie chcieli nam powiedzieć – próbowali nas wylegitymować, ja im to wszystko wytłumaczyłam, o tych ustawach, o tych rozporządzeniach, że teraz nie ma, że dyrektor wydał zarządzenie, które jest niezgodne z konstytucją i z ustawami, i tym policjantom nagle oczy zaczęły się otwierać, że być może ta straż parku może nie mieć racji. Już tamci się zaczynali wycofywać, a sierżant na koniec nam życzył spokojnego pobytu, i zaproponował złożenie do dyrektora skargi na tych pracowników (…)

- Strażnicy mają prawo legitymowania, tylko osoby które łamią przepisy ustawy o ochronie przyrody, popełniają wykroczenia skatalogowane w ustawach i rozporządzeniach, natomiast to czy wychodzi pani z uczniami czy innymi osobami jest sprawą prywatną, dla nich nie powinno być to podstawą do interwencji.

- Tak samo myślałyśmy, dokładnie, że mogą nas tylko wtedy legitymować, jeżeli dokonamy jakiegoś wykroczenia na przyrodzie. I oni – jak wynika z najnowszych informacji – oni to sobie chyba przemyśleli że z tym przewodnikiem to im nie przejdzie za bardzo, i teraz idą w drugą stronę, czyli w stronę tego że dzieci krzyczały, że gdzieś zbiegały z tego szlaku, że siadły na trawie – wie pan o co chodzi. Czyli chcą tak jakby ten nasz spacer pod to podciągnąć, że niby dzieci niszczyły przyrodę i oni dlatego swoje zachowanie uważają za stosowne. Nie jest to prawdą, bo my mamy zdjęcia, prawidłowo spacerkiem po szlaku zeszłyśmy z Kasprowego do Murowańca, gdzie rozegrały się takie sceny.

- Ale jeszcze wspominała pani że zdecydowaliście się złożyć skargę w prokuraturze, na tego co zaatakował koleżankę?

Tak, funkcjonariusza publicznego jakim jest nauczyciel podczas wykonywania swoich obowiązków. Jest na to paragraf 222 z tego co pamiętam później dołożyłyśmy jeszcze 212 jako pomówienie (chodzi o telefony wykonywane do pani dyrektor szkoły) oraz znieważenie przed uczniami i w schronisku (już w schronisku zaczął krzyczeć na nas) – to był chyba 226. W sumie trzy artykuły kodeksu karnego, opisałyśmy to dokładnie, przyjaciółka zaniosła do prokuratury w Zakopanem, spotkała się tam z dyżurnym prokuratorem, któremu również przedstawiła tę całą sytuację, prokurator powiedział że są to bardzo poważne sprawy i on się osobiście tym zajmie.

Oni po prostu myśleli że trafili na dwie głupie, co się nie znają na przepisach, natomiast my chodzimy prywatnie po tych górach i widzimy co oni wyprawiają, szlag nas trafia, że taki proceder ma miejsce.

Komentować nie będę, sami sobie Państwo wyróbcie osąd, będziemy monitorować sprawę.  Dodam tylko że zaproponowałem złożenie także pozwu cywilnego wobec dyrekcji TPN o odszkodowanie za bezprawnie zatrzymanie wycieczki. Proponuję wszystkim innym organizatorom, których dotknęły szykany – zrobić podobnie. I tyle.