Czas na walkę z bezprawiem w parkach narodowych

Świętokrzyską „aferą licencyjną” zainteresowałem lokalne media, w efekcie czego wczoraj w kieleckim dodatku Gazety Wyborczej ukazał się artykuł miażdżący „teorie” prezesa Marciniewskiego. Skan papierowej wersji – tutaj.

Ten artykuł to dość ważny przełom w sprawie o którą walczymy. Nie chodzi bynajmniej o tę jedną groteskową  historię z kielecką blachą, ale o fakt że Pan Janusz Kędracki jako pierwszy dziennikarz – zamiast powielać podsuwane mu bzdury przez prezesków czy dyrektorków – rzetelnie wykonał swoją robotę, wysłuchał wszystkich stron i zamówił fachową ekspertyzę prawną.

Polecam go przede wszystkim ekstremalnie głupiemu Bartłomiejowi Kurasiowi z krakowskiego dodatku Wyborczej, albo Adamowi Wajrakowi którzy od lat jak potulne pieski  łańcuchowe dyrekcji TPN, BPN i innych parków narodowych bez zająknięcia propagują i wychwalają kretynizmy ich władz.

Przypominam – wszelkiego rodzaju wydawane przez parki narodowe „licencje przewodnickie” są takim samym bezprawiem jak rzekoma licencja na używanie nazwy „przewodnik świętokrzyski” wydawana przez prezesa PTTK Kielce. Powoływanie się na zapis w ustawie o udostępnianiu turystycznym (patrz mój ostatni artykuł o magistrze Skąpskim jest równie bezsensowne jak próba przypisania sobie praw autorskich do określenia „przewodnik świętokrzyski” przez Marciniewskiego – to była jak czytamy jego ostatnia linia obrony, sięgająca Himalajów absurdu.

Wykonywanie przez kogoś zadań pilota czy przewodnika jest wyłącznie sprawą prywatną – jego, i jego klientów z którymi zawarł umowę, a park narodowy nie ma uprawnień do tego aby, komukolwiek tego zabraniać czy kontrolować. Równie dobrze, powołując się na ogólny punkt ustawy o udostępnianiu turystycznym parku, jego dyrektor mógłby sobie przypisać prawo do zaglądania turystkom w majtki.

Podobnie nielegalne jest stosowanie tzw. przymusu przewodnickiego, czyli obowiązek wykupienia usług przewodnika jako warunku wstępu na teren parku. Ustawa nie przewiduje takich obciążeń. Jedyne do czego park jest uprawniony, to do sprzedawania biletów wstępu, których cena jest szczegółowo ustawą określona.

Zbliża się kolejny sezon turystyczny i ciekawe co teraz wypiszą różne lokalne gryzipiórki. Tymczasem każdemu organizatorowi wycieczek, który był zmuszony do wykupienia niechcianej asysty „przewodnika” w którymś z parków narodowych radzę przechowywać rachunki. Niewykluczone że – w wyniku zbiorowego procesu, pieniądze te będą do odzyskania od autorów bezprawnych zapisów regulaminowych.

3 Komentarze

  1. Parki narodowe parkami, ale hydra regulacji podnosi głowę w samym Krakowie. Powiem więcej – na samym Wawelu! Nadal grupa, posiadająca przewodnika LICENCJONOWANEGO (a kto to taki w obecnym stanie prawnym?), płaci za bilet wstępu do katedry (+ krypta + Zygmunt + muzeum katedralne) 1 zł/os. taniej. Co ciekawe, kasa sprzeda bilety wg taryfy „z przewodnikiem licencjonowanym” (słynna maksyma Wespazjana nic nie straciła na aktualności), wyda też i rachunek (kłania się art. 87 ordynacji podatkowej), ale biletu zbiorowego nie wyda, póki nie zjawi się sam „licencjonowany przewodnik”… I tu nasuwa się pytanie: Licencjonowany przez kogo? Przecież nie przez urzędników ani wojewody, ani marszałka, ani też prezydenta Krakowa. Może przez proboszcza parafii katedralnej?

    • Z pewnością jest to jakiś rodzaj nagannej dyskryminacji, ale trudno wyrokować o szczegółach. Walka z takimi praktykami to wdzięczne zadanie dla nowych po-deregulacyjnych krakowskich przewodników, powinni się jakoś skrzyknąć i działać. Myślę że to jest kwestia czasu. Stare przyzwyczajenia i używanie terminów „licencjonowany” pewnie będą pokutować jakiś czas. Pamiętam jak po denominacji złotego w 1995 niektórzy przez jeszcze 1-2 lata wciąż liczyli w „milionach”.

      • Z regulaminu muzeum Bieszczadzkiego Parku Narodowego w Ustrzykach Dolnych: bezpłatny wstęp przysługuje m. in. przewodnikom PTTK. Z czego wynika niewątpliwe uprzywilejowanie członków jednej organizacji? Czy PTTK refunduje BdPN koszty wstępu „swych” przewodników? Ponoć regulamin w tej postaci, wg słów jednej z pracownic, jest nieaktualny. Niemniej jednak nadal wisi w formacie ok. 1,5 x 1 m naprzeciw kasy, więc nie sposób go nie zauważyć…