Regulacje tzw. przewodników górskich, czyli im śmieszniej tym lepiej

Kolega Tomek Dygała obszernie skomentował na swoim blogu najnowsze odsłony czegoś, co nazwałem kabaretem górsko-przewodnickim. Ja z nowego projektu rozporządzenia zacytuję tylko jeden fragment:

 §7 Jeżeli organizator turystyki organizujący imprezę na obszarze uprawnień przewodnika górskiego w umowie z klientem zobowiązuje się do zapewnienia usług przewodnictwa turystycznego, lub przewodnictwa górskiego, oznacza to że ma obowiązek zapewnić klientowi usługi przewodnika górskiego posiadającego uprawnienia na obszar górski, na którym odbywa się impreza turystyczna.

Jestem doprawdy wzruszony, jak państwo polskie dba o mojego klienta. Ciekawe czy jeśli urzędniczo namaszczony przez owo państwo „fachowiec” okaże się gburem, pijakiem i ignorantem – jakie to przypadki już opisywałem - szanowne państwo wypłaci mi ze swego skarbu odszkodowanie. Obawiam się że raczej nie. Dlatego uprzejmie podziękuję za jego „pieczę” i w trosce o dobro moje i klienta – nie będę zawierał w umowach powyższych zapisów. Urzędnicy w MSiT są co prawda z betonu, ale nie aż tak twardego żeby pod dyktando urzędników marszałkowsko-śląskich zamieścić zapis o bezwzględnym obowiązku opłacenia figuranta przewodnickiej mafii w przypadku każdego przekroczenia jakiejś wymyślonej linii na mapie.

Nie zgodzę się natomiast z Tomkiem Dygałą, że zmiany które mu się nie podobają są „na minus”. Wprost przeciwnie – kabaret przecież powinien być śmieszny. Niech wprowadzą jeszcze 5 „klas” i dziesięć „podklas” czy czego tam jeszcze. Im więcej absurdów, tym krótszy potencjalny żywot takiej regulacji. Mniej śmieszny jest fakt że za tę zabawę w folklor na wzór jakiegoś bractwa kurkowego, zapłacimy z naszych podatków. Ale płacimy pewnie więcej na tysiące innych równie bezużytecznych bytów, których celem jest zapewnienie bytu jakimś tradycyjnym towarzysko-kolesiowskim strukturom, więc na jeszcze jeden można machnąć ręką.

 

Czas na walkę z bezprawiem w parkach narodowych

Świętokrzyską „aferą licencyjną” zainteresowałem lokalne media, w efekcie czego wczoraj w kieleckim dodatku Gazety Wyborczej ukazał się artykuł miażdżący „teorie” prezesa Marciniewskiego. Skan papierowej wersji – tutaj.

Ten artykuł to dość ważny przełom w sprawie o którą walczymy. Nie chodzi bynajmniej o tę jedną groteskową  historię z kielecką blachą, ale o fakt że Pan Janusz Kędracki jako pierwszy dziennikarz – zamiast powielać podsuwane mu bzdury przez prezesków czy dyrektorków – rzetelnie wykonał swoją robotę, wysłuchał wszystkich stron i zamówił fachową ekspertyzę prawną.

Polecam go przede wszystkim ekstremalnie głupiemu Bartłomiejowi Kurasiowi z krakowskiego dodatku Wyborczej, albo Adamowi Wajrakowi którzy od lat jak potulne pieski  łańcuchowe dyrekcji TPN, BPN i innych parków narodowych bez zająknięcia propagują i wychwalają kretynizmy ich władz.

Przypominam – wszelkiego rodzaju wydawane przez parki narodowe „licencje przewodnickie” są takim samym bezprawiem jak rzekoma licencja na używanie nazwy „przewodnik świętokrzyski” wydawana przez prezesa PTTK Kielce. Powoływanie się na zapis w ustawie o udostępnianiu turystycznym (patrz mój ostatni artykuł o magistrze Skąpskim jest równie bezsensowne jak próba przypisania sobie praw autorskich do określenia „przewodnik świętokrzyski” przez Marciniewskiego – to była jak czytamy jego ostatnia linia obrony, sięgająca Himalajów absurdu.

Wykonywanie przez kogoś zadań pilota czy przewodnika jest wyłącznie sprawą prywatną – jego, i jego klientów z którymi zawarł umowę, a park narodowy nie ma uprawnień do tego aby, komukolwiek tego zabraniać czy kontrolować. Równie dobrze, powołując się na ogólny punkt ustawy o udostępnianiu turystycznym parku, jego dyrektor mógłby sobie przypisać prawo do zaglądania turystkom w majtki.

Podobnie nielegalne jest stosowanie tzw. przymusu przewodnickiego, czyli obowiązek wykupienia usług przewodnika jako warunku wstępu na teren parku. Ustawa nie przewiduje takich obciążeń. Jedyne do czego park jest uprawniony, to do sprzedawania biletów wstępu, których cena jest szczegółowo ustawą określona.

Zbliża się kolejny sezon turystyczny i ciekawe co teraz wypiszą różne lokalne gryzipiórki. Tymczasem każdemu organizatorowi wycieczek, który był zmuszony do wykupienia niechcianej asysty „przewodnika” w którymś z parków narodowych radzę przechowywać rachunki. Niewykluczone że – w wyniku zbiorowego procesu, pieniądze te będą do odzyskania od autorów bezprawnych zapisów regulaminowych.

Do PTTK Kielce – pocałujcie mnie w…

Najpierw opowiem dowcip: W szkole był bal przebierańców. Jasiu przyszedł umalowany szminką na czerwono z gębą pełną majonezu. Pani pyta – za co się Jasiu przebrałeś? Za wrzoda.

Poprzednia notka o sprzątaniu po Gowinie była oczywiście pierwszokwietniowym wygłupem. W PTTK Kielce – prima aprilis trwa non stop, bo prezes ani myśli usunąć swoje ośmieszające go wypociny, tylko dokłada kolejne, jeszcze bardziej absurdalne.

Z adnotacją „zachęcam do wnikliwej lektury” Beata Milewicz przysłała maila z linkiem do znanej nam już strony, a tam znalazłem kolejne argumenty, jak to prezes idzie w zaparte, że nikt bez jego zgody nie ma prawa nazywać się przewodnikiem świętokrzyskim. Czytajmy więc wnikliwie:

Zastrzeżone są wszystkie składowe znaku słowno-graficznego i używanie terminu „przewodnik świętokrzyski” do celów komercyjnych w obszarze obowiązującego zastrzeżenia wymaga zgody (licencji) właściciela znaku słowno-graficznego. Termin PRZEWODNIK ŚWIĘTOKRZYSKI jest unikalną kombinacją dwóch zwyczajowych słów i podlega ochronie w sferze określonej w zastrzeżeniu. Gdyby UP RP uznał termin PRZEWODNIK ŚWIĘTOKRZYSKI za zwyczajowy nie zezwoliłby na jego ochronę i zastrzeżenie w znaku słowno-graficznym. Na marginesie – analogicznie zastrzeżono termin MAJONEZ KIELECKI w znaku słowno-graficznym znanego majonezu. Jak dalece sięga ochrona znaku słowno-graficznego przybliża przykładowy wyrok sądowy właśnie w sprawie MAJONEZU KIELECKIEGO

Bzdury i pomieszanie z poplątaniem. Urząd Patentowy nie zezwala na używanie nazw zwyczajowych w znakach słowno-graficznych? Dam taki przykład – mąka wrocławska. Przykład o tyle adekwatny, że z przymiotnikiem regionalnym. Otóż jest na przykład taki zastrzeżony znak słowno-graficzny z napisem „mąka wrocławska” i wizerunkiem siwej babuni. Jego właścicielem jest niewielka firma Dotex z Nysy. Czyżby – idąc za filozofią prezesa – nikt inny nie ma prawa nazwać swojej mąki „wrocławska”? Oczywiście że ma prawo – na półkach sklepowych „mąk wrocławskich” znajdziemy co najmniej kilkanaście:

Tylko oczywiście w innych kombinacjach graficznych. Firma z Nysy mogłaby się czepiać jedynie gdyby ktoś umieścił na opakowaniu podobną babkę albo nawet i dziadka, w podobnej kolorystyce itp. I tego dotyczył wspomniany spór majonezowy – tutaj artykuł o nim, bez długaśnych prawnych zawiłości. Firma Roleski dość nachalnie skopiowała układ i kolorystykę etykiety. Przekładając to na realia świętokrzysko-przewodnickie, PTTK Kielce miałby słuszną pretensję gdyby ktoś napisał sobie „przewodnik świętokrzyski” albo nawet i „przewodnik kielecki” na owalnej blaszce z podobnymi elementami, zastępując np, jelenia sarną a jodłę świerkiem, w każdym razie gdyby było widać wyraźną próbę podszywania się pod cudzą symbolikę. Dopóki znak „przewodnik świętokrzyski” jest słowno-graficzny a nie słowny (czego opatentowania nikomu się nie uda) – nie potrzeba niczyjej licencji ani  zgody na używanie owej „unikalnej kombinacji” – albo wyłącznie słownie, albo słowno-graficznie, byle w wyraźnie odmiennej formie od znaku zastrzeżonego.

Ja się za jelenia nie uważam, natomiast za przewodnika świętokrzyskiego (podobnie jak krakowskiego, warszawskiego, białowieskiego) – owszem. Dlatego moja „blacha” wygląda tak :)

I jako niezwykle fachowy i utalentowany przewodnik świętokrzyski zapraszam na moje jak najbardziej komercyjne wycieczki po Ziemi Świętokrzyskiej – na przykład na Ponidziu albo w dolinie górnej Pilicy.

Przyznaję – tu zrobiłem pewien wyłom w tradycji tego bloga, który prowadzę niezależnie od działalności komercyjnej po to żeby pokazać że prezes Marciniewski może za to co najwyżej pocałować mnie w… łydkę.

Sprzątania po Gowinie ciąg dalszy – czekają nas lata walki :(

Zapewne czytaliście Państwo newsy o podpisaniu przez Prezydenta ustawy, która odwraca tzw. reformę sądów Jarosława Gowina. Niestety to nie koniec likwidacji jego reform, mam bardzo złe wieści.

Dziś rano na specjalnie zwołanej konferencji prasowej ministrowie sprawiedliwości – Marek Biernacki oraz sportu i turystyki – Andrzej Biernat – oświadczyli:

O ile tzw. deregulacja była krokiem w zasadzie słusznym, o tyle objęcie nią zawodów przewodnika turystycznego pilota wycieczek było decyzją błędną i wysoce nieodpowiedzialną, mogącą mieć negatywne, wręcz tragiczne konsekwencje. W trybie nagłym, uzasadnionym szczególnym zagrożeniem bezpieczeństwa narodowego wydane dziś zostanie rozporządzenie przywracające obowiązek posiadania uprawnień do oprowadzania turystów i pilotowania grup wycieczkowych.

Na konferencji obecny był również sam sprawca zamieszania – Jarosław Gowin, obecnie prezes partii „Polska Razem”, który jak wiemy – zderegulował zawody turystyczne, po tym jak jego znajomy profesor został ukarany mandatem za nielegalne oprowadzanie gości po Krakowie. Dziś oświadczył:

W ostatni weekend moja wnuczka wybrała się na wycieczkę rowerową, pilotowaną przez człowieka z nowego, poderegulacyjnego naboru. Okazało się że pompka rowerowa, którą posiadał, nie pasowała rozmiarem do wentyli w bicyklu mojej podopiecznej, przez co zmuszona była przejechać część trasy na sflaczałych oponach. Zagrażało to jej życiu i zdrowiu!

Poseł Gowin wraz z posłem Dziubą z PiS staną na czele nadzwyczajnej komisji sejmowej, której zadaniem będzie opracowanie nowej ustawy, przywracającej i znacznie zaostrzającej kryteria wydawania przewodnickich licencji. Ponownie wprowadzone zostaną np. klasy pilotów, wymagane będą dodatkowe uprawnienia do prowadzenia imprez np. turystyki wodnej, balonowej czy właśnie – rowerowej.  Z rezerw finansowych marszałków województw zostaną utworzone etaty tzw. policji turystycznej, na które mogą liczyć osoby szczególnie aktywne podczas niedawnych, słusznych akcji obrony zawodu. Nieoficjalnie mówi się o zazdrości innych służb mundurowych, gdyż uposażenia nowo powołanych funkcjonariuszy przewyższać będzie te w „zwykłej” policji i straży miejskiej.

Wśród krakowskich przewodników zapanowała euforia. Ponieważ prace nad nową ustawą będą długie i skomplikowane, a egzaminowanie nowych pilotów i przewodników wstrzymano ustawą deregulacyjną, usługi będą mogli legalnie świadczyć jedynie ci, którzy przed 1.01.2014 otrzymali licencje. Już teraz stawki za oprowadzenie po Krakowie wzrosły dwuipółkrotnie, a to dopiero początek podwyżek. Niewykluczone że wielu przewodników przeprowadzi się do nowych, mieszkań. Jak mówi Krystyna, przewodniczka z 15-letnim stażem:

Mój telefon urywa się od rana – banki prześcigają się w składaniu ofert  kredytu hipotecznego na preferencyjnych warunkach. Okazuje się, że posiadanie legitymacji przewodnickiej jest w nowych realiach uznawane za gwarancję wysokich, regularnych dochodów.

W trosce o dobry wizerunek Polski i walkę z szerzeniem niewłaściwych stereotypów – nadzorem i koniecznością zdawania egzaminów zostaną także inne osoby mające kontakt z przyjezdnymi np. recepcjoniści, kelnerzy, kierowcy melexów. Kontrowersje w Krakowie wzbudza niedawno tzw. tajlandyzacja – wysyp różnej maści czerwonych klubów rozrywki i salonów tańca go-go w historycznym centrum. Podczas dzisiejszej sesji rady miejskiej ustalono, że miasto nie będzie jednak prowadzić walki z tym rodzajem dochodowego biznesu. Obejmie natomiast nadzorem pracujące w nim osoby, szczególnie wyginające się na rurze tancerki i tzw. panie do towarzystwa. Trudnej misji podjęła się grupa najstarszych, szczególnie zasłużonych przewodnickich działaczek. Będą egzaminować kandydatki nie tylko ze znajomości choreografii i technik masażu, ale właściwej interpretacji historii. Jedna z inicjatorek – Genowefa, stwierdziła:

Nie można dopuścić, aby przyjeżdżający do nas Niemiec w oparach erotycznego amoku dowiedział się nagle o pozytywnych aspektach rządów Hansa Franka na Wawelu i istnieniu polskich obozów koncentracyjnych!

Jest to też zapewne ostatnia notka na tym blogu, który lada dzień może zostać zamknięty i usunięty z sieci. Wszystkie osoby mające związek z tzw. akcją wolne przewodnictwo zostaną objęte surowymi kontrolami i zakazem działalności w branży turystycznej, którego złamanie będzie grozić nawet więzieniem.

Towarzysze – trwamy w walce – nie poddamy się. Na odrodzenie się polskiej wolności zdławionej w noc stanu wojennego czekaliśmy niemal dekadę. Tym razem pójdzie nam znacznie szybciej!

Nieustraszony Kaczor,
Koordynator Podziemnej Akcji Wolne Przewodnictwo.