Przed kolejnym nabraniem powietrza

Temat strasznych przewodników bez licencji, którzy już, jak niekończąca się fala powodziowa zalewają polskie miasta nie niknie z mediów, wygląda raczej że czeka nas prawdziwa eksplozja artykułów na ten temat. Wolni przewodnicy, dzięki deregulacji panoszący się teraz legalnie i z otwartą przyłbicą zajmą honorowe miejsce obok wszelkiej maści trynkiewiczów, matek madzi, piranii w Zalewie Zegrzyńskim i tym podobnych plag.

W „Dzienniku Polskim” dostało się też, nie po raz pierwszy, organizatorom Free Walking Tours, którzy sprowadzają zawód do roli żebraka. Każdy taki artykuł nadal  wywołuje sporo emocji i komentarzy. Jeden z nich, zamieszczony przez  gościa „jaśniepan” wart jest zacytowania i uwiecznienia na tym blogu:

Jestem przewodnikiem, zdałem wszystkie możliwe egzaminy i mogę stwierdzić jasno. Regulacje niczego nie gwarantowały. Egzaminy to była szopka mająca służyć tylko temu gronu leśnych dziadków, którzy je organizowali. Nie weryfikowały istotnych umiejętności i wiedzy, za to można było oblać na rzeczach przypadkowych i przewodnikowi niepotrzebnych (np. „jak się nazywa i jakie ma zasługi dla miasta obecny arcybiskup warszawsko-praski?”). Kilka osób obrytych nie zdało, za to pani, która nie potrafiła powiedzieć niczego sensownego o jednym z najważniejszych placów Warszawy – placu Teatralnym – jakimś cudem przeszła.
I taka jakość egzaminów przekładała się na praktykę rynkową. Byłem w Krakowie, zwiedzałem z przewodnikiem Wawel. Pani mówiła jak nakręcona, tylko że nie tyle oprowadzała po zamku, co recytowała wyuczoną na pamięć inwentaryzację zawartości pomieszczeń. Nabierała głośno powietrza, a później jak najszybciej mówiła, żeby wyrzucić z siebie jak najwięcej słów przed kolejnym nabraniem powietrza. Kiedy zadawałem jej pytanie (kiedy robiła pauzę na tlen), to nie dość, że się gubiła i nie wiedziała gdzie skończyła, to jeszcze nie potrafiła odpowiedzieć. No i podała nieprawdziwe informacje o jednym z pomieszczeń, co byłem w stanie stwierdzić ja – przewodnik z dalekiej Warszawy.

Poczta akcyjna: W PTTK biją naszych!

Takiego maila otrzymałem kilka dni temu:

Od tego roku weszły w życie nowe przepisy dotyczące przewodnika turystycznego lecz znikąd nie mogę uzyskać pełnej informacji co po kolei muszę zrobić aby takie usługi prowadzić.

Jestem osobą bezrobotną i pomyślałem że może warto spróbować przewodnictwa terenowego, gdyż posiadam bogatą wiedzę przyrodniczo-geograficzną. Pracownicy Urzędu Pracy nic nie wiedzą, w PTTK o mało mnie nie pobili, a w Urzędzie Marszałkowskim nikt nie odbiera telefonu.

Byłbym wdzięczny za odpowiedź co po kolei należy teraz zrobić aby było zgodne z prawem. Czy nadal muszę się zarejestrować w Urzędzie Marszałkowskim? Na tyle co się zorientowałem to mam dwie drogi. Założyć własną działalność (płacić 1000zł ZUS-u) lub zostać zatrudnionym przez np. urząd miasta czy biuro podróży.

Pozdrawiam
Z. Z. z okolic Bydgoszczy

Chętnie odpowiem, a zapewne licznie odwiedzający tego bloga wybitni specjaliści też będą mogli wykazać się swoją wiedzą w komentarzach. Raz mogą zrobić coś pożytecznego.

Do Urzędu Marszałkowskiego proszę nie dzwonić, oni nie mają już nic do tego. Urząd pracy to też raczej zły adres, nie sądzę żeby poszukujący przewodników tam składali zamówienia. Wycieczki organizują biura podróży, a rozliczać się można zarówno wystawiając rachunki w ramach prowadzonej przez siebie działalności jak i poprzez umowę-zlecenie.

I tyle. Deregulacja jest jednym z tych mechanizmów legislacyjnych które obywatelowi dają przysłowiową „wędkę”a nie „ryby”. Jak ich sobie nałapać – tego nie powiem. To już zależy od indywidualnej wiedzy, sprytu i przedsiębiorczości. Nowej ustawie zawdzięcza pan natomiast, że aby się na te rybki wybrać, nie musi pan wcześniej poświęcać czasu ani kosztów na zdobycie licencji.  I jeśli się panu niczego złowić nie uda – niewiele pan traci.

Szczególnie zastanowił mnie natomiast ten fragment maila „w PTTK o mało mnie nie pobili”. Może poprosimy o trochę więcej szczegółów: W którym oddziale, co się konkretnie wydarzyło?  PTTK jest stowarzyszeniem którego naczelnym celem statutowym jest krzewienie turystyki i krajoznawstwa. Każdemu  tym zainteresowanemu powinni przychodzić z pomocą. Deregulacja powinna być wręcz asumptem do organizowania szeroko dostępnych kursów czy warsztatów przewodnickich, tym razem nie celem zdobycia urzędowego papierka ale rzeczywiście przydatnych umiejętności.

Czyżby statut sobie a rzeczywistość sobie? Czy PTTK dryfuje w kierunku coraz mniej licznej, starzejącej się grupki broniącej własnych interesów? Problem w tym że – zarządzającej dość znacznym społecznym majątkiem. Takie zachowania jak opisane, mogą być powodem rozwiązania stowarzyszenia.