Deregulacyjne sieroty szukają kasy i przystani

Na skutek nieuchronnej już deregulacji, wieloletni funkcjonariusze od „zasiadania w komisjach” egzaminujących pilotów i przewodników stracili swoje apanaże i władzę.  pozwalającą decydować kto – w ich mniemaniu – ma prawo oprowadzać turystów. Teraz snują się niczym wataha maruderów, szukając możliwości zaczepienia się w tej czy innej instytucji. Tak tłumaczę sobie pojawiające się tu i ówdzie pomysły na wskrzeszenie urzędowego sytemu nadawania przewodnickich certyfikatów.

Czytam, że np. w Olsztynie, Wałbrzychu powstały kierunki studiów ze specjalnością pilotaż i przewodnictwo. Brzmi to równie absurdalnie jak np. „Wyższa szkoła kelnerstwa…” ale cóż, jak ktoś chce studiować przez kilka lat to czego inni potrafią się nauczyć w kilka dni – jego sprawa. Nie od dziś mówi się o inflacji szkolnictwa wyższego, nie będę się w to wgłębiał.

Ciekawszy jest przypadek z Wrocławia, kiedy to za certyfikacje z rozmachem i medialnym zadęciem ma się zająć DOT, czyli Dolnośląska Organizacja Turystyczna. Czytamy o tym na przykład w Rzeczpospolitej i na tur-info.pl, tego dotyczył też reportaż w Radiu Wrocław   

Niby wszystko jest w porządku, bo  deregulacji tylnymi drzwiami odkręcić się nie da, szkolenie kadr wpisane jest w cele statutowe DOT-u, ale.. no właśnie jest kilka dość konkretnych „ale”.

Jak mówi dyrektor DOT Rajmund Jacek Papiernik -

deregulacja zawodu przewodnika może spowodować znaczne obniżenie jakości usług turystycznych, bo zawód ten będzie mógł wykonywać każdy, bez względu na wiedzę i umiejętności.

Panie Papiernik, tyle studiów Pan podobno pokończył, – a trzeba tłumaczyć jak dziecku, chyba po raz dziesiąty na tym blogu – deregulacja nie polega na zastąpieniu fachowców niefachowcami. We Wrocławiu pracują tysiące fachowców – kucharzy, fryzjerów, mechaników, masażystów itp. którzy radzą sobie bez urzędowego systemu certyfikacji, poradzą sobie i przewodnicy. Kto Panu wmówił, że tym akurat tematem powinna się zająć kierowana przez Pana organizacja? Turyści, biura turystyczne korzystające z usług przewodników? Oczywiście że nie. Przyszły, jak się domyślam – owe deregulacyjne sieroty, próbując dorwać się do kasy. Jeśli tak, to  w efekcie ich działań z pewnością „Wrocław zadba, aby jakość usług przewodnickich pozostała na PRL-owskim poziomie”. Obawiam się że nie po to DOT finansują lokalne samorządy i prywatne firmy turystyczne.

Tu ważna uwaga zarówno do POT jak i do organizacji regionalnych. Deregulację należy wykorzystać do celów promocyjnych, nagłośnić fakt że skończyły się nagonki na turystów i pilotów grup, że można swobodnie opowiadać o zabytkach bez obawy interwencji jakiegoś mundurowego szpicla, czy opryskliwych lokalnych przewodników. Że skończył się przymus opłacania miejscowego słupa-figuranta, co powinno zachęcić organizatorów to częstszego odwiedzania polskich miast. A nie wysyłać komunikaty że ten chory system będzie miał kontynuację. To, że certyfikacja jest dobrowolna oczywiście w prasowych komunikatach przemilczano.

Ciekaw jestem czy Rajmund Jacek Papiernik kiedykolwiek zajrzał do internetu i sprawdził kto z jakimi usługami przewodnickimi we Wrocławiu się oferuje i kto je ocenia. Czy też jest człowiekiem e-wykluczonym, i o portalu tripadvisor ma równe pojęcie jak wyśmiewany właśnie Antoni Macierewicz o skype?

Regionalne organizacje turystyczne są od tego żeby promować dobre, znajdujące klientów inicjatywy. Idę o zakład, że od nowego roku deregulacja spowoduje ich wysyp, pierwsze oznaki można zobaczyć choćby w ogłoszeniach rekrutacyjnych na gumtree. Dotychczasowy system absurdów był przede wszystkim przeszkodą w realizacji świeżych, niesztampowych, innowacyjnych pomysłów. Nieprzypadkowo obiektem napaści i szykan w Krakowie były  biura Crazyguides i Free Walking Tours.

Ciekawe czy Rajmund Papiernik zna biuro whatsupwroclaw.com

założone przez Mateusza Kornackiego. Jest to przykład sukcesu inicjatywy wywodzącej się z „wolnego przewodnictwa”. Dziś po raz pierwszy zacytuję obszerne fragmenty listu, jaki jego założyciel przysłał mi w lutym 2010 roku.(…)

Nazywam się Mateusz Kornacki, mieszkam we Wrocławiu, w którym ukończyłem studia na kierunku filologia rosyjska i jestem kolejnym w tym kraju, który tak jak Pan cierpi z powodu kretyńskich ustaw, które nie pozwalają mi rozwinąć mojej idei (…) i ze smutkiem przyglądam się emerytom z wąsami z pod znaku PTTK, którzy dominują na tym rynku, i niewiele się da z tym zrobić. Ale po kolei.

W tamtym roku, zmęczony pracą w firmie handlowej postanowiłem zrealizować swoje marzenie i otworzyć własną firmę. Kocham moje miasto, a do tego wiele podróży, które odbyłem zwróciły moją uwagę na to że we Wrocławiu brakuje atrakcji dla młodych ludzi. Postanowiłem zaangażować się w projekt który stworzyłem sam pod nazwą What’s up Wroclaw. Whats up Wroclaw to nic innego jak pomysł dla młodych turystów z zagranicy na alternatywny spacer po Wrocławiu. Spacer inny niż wszystkie. Przede wszystkim prowadzony przez młodą osobę, która potrafi nawiązać z nimi dobry kontakt już od podania ręki. Osoby która posługuje się biegle językiem angielskim i zna ich potrzeby. A gdy młodzi turyści z zza granicy przyjeżdżają do Wrocławia nie mają ochoty na sztampowe opowiastki ze średniowiecza rzucane przez przewodnika miejskiego czy też czerstwe legendy, co już nikogo nie bawią. Nie chcą spędzać godziny w katedrze i we wszystkich jej kaplicach. Czyżby byli ignorantami? Nie! Oni jeżdżą po całej Europie i kościołów zobaczyli już setki. Mają je opisane w dobrze zredagowanych przewodnikach. To, czego chcą to odkryć ten Wrocław naprawdę.  Ja im w tym pomagam. Zatem nie zabieram ich na oklepane ścieżki turystyczne, tylko idziemy tam, gdzie nie zabierze ich nawet najlepsza i najświeższa publikacja Lonely Planet czy Rough Guide. Chodzimy po zakamarkach miasta, po dawnych dzielnicach, odkrywam przed nimi najświeższą historię Wrocławia, przedstawiam profile wrocławskich artystów, którzy street art uprawiają w przestrzeni publicznej, opowiadam o trudnej historii wojennej, zniszczeniu i odbudowie przez Polaków, pokazuje im dawne bunkry, ukryte pod głównymi placami miasta.

Jaki jest efekt? Wszyscy, bez żadnego wyjątku byli zachwyceni. Zatem zdawałoby się, że te wszystkie pozytywne noty wróżą mi same sukcesy i piękny rozwój aktywnej turystyki we Wrocławiu. Promowanie miasta od innej strony i aktywowanie dzielnic, które w tej chwili bardziej przypominają fawele niż piękne szlaki turystyczne. Wspaniałe połączenie młodzieńczego zapału, miłości do miasta i misji promowania go wśród osób zza granicy. No tak, wszystko to byłoby piękne, gdyby nie to, że nie posiadam uprawnień na przewodnika miejskiego, co tym samym czyni mnie wrogiem publicznym numer jeden, kryminalistą, który powszechnie znany jest pod nazwą NIELEGALNY PRZEWODNIK!

Jedna rzecz jest pewna, rozpoczynając prace nad projektem What’s up Wrocław nie specjalnie zdawałem sobie sprawę, że to właśnie ustawa tak pokrzyżuje mi szyki. Myślałem, że misja sygnowana hasłami promowania własnego miasta, uprawiania aktywnej turystyki, wymiany międzykulturowej wystarczy, aby założyć wspaniałą firmę. Dopiero, gdy wszystko było gotowe okazało się, że przeciez nie mam plakietki PTTK więc nie mam pojęcia o własnym mieście, co czyni mnie co najwyżej heretykiem a nie przewodnikiem.

Mimo to nie zrezygnowałem i rozpocząłem projekt. Dogadałem się  z hostelami, do których o dziwo żaden z setek przewodników PTTK nie miał okazji zajrzeć, żeby zaproponować swoje usługi (no bo przecież mają monopol, więc po co emeryt ma się męczyć i gdzieś chodzić i zabiegać o potencjalnych klientów). Wywiesiłem swoje plakaty, rozłożyłem ulotki. O dziwo, choć nie znałem żadnego managera czy recepcjonisty w tym mieście, wszyscy od początku dali wyrazy wielkiego poparcia dla mojego pomysłu mówiąc, że choć Wrocław to miasto wielkie, to trudno im wskazać i polecić jakąś fajną młodzieżową firmę co by się zajęła młodymi turystami w dobry sposób. Moje wycieczki działały codziennie od czerwca do października o godzinie jedenastej z placu solnego, który jest centralnym punktem miasta. Codziennie chodziłem z małymi grupkami i odkrywałem z nimi Wrocław. Mój marketing, z racji tego, że działałem nielegalnie nie mógł być rozwinięty gdyż musiałem ukrywać swoją tożsamość. Ludzie chętni na spacer na placu solnym nie wiedzieli kogo szukać, bo nie mogłem przecież mieć nawet koszulki z logo firmy czy jakiegoś rozpoznawalnego gadżetu. Zaczepiałem ich jak tajniak wyjaśniając, że to właśnie ja jestem ich przewodnikiem. Czyż nie jest to absurdalne?

Byłem jednak na tyle szczęśliwy, że patrole tropiące nielegalnych przewodników nie działają tak aktywnie niczym w Poznaniu czy Krakowie i udało mi się „przejść” cały sezon be kontroli. Cóż z tego, skoro ja chcę się rozwijać. Założyć tę przeklętą firmę, promować moje miasto, zapłacić za to PODATEK! Nielegalna działalność w 2009 była przymusem, a nie chęcią.

W tym roku również nie odpuszczę. Pokochałem tą robotę i wiem, że się w niej sprawdzam. Sprawia mi przyjemność jak nic innego. Mam plany na rozwój. Chęć rozwinięcia tego biznesu zmusiła mnie nawet do przystąpienia na kurs PTTK na przewodnika miejskiego. Koszt -  1790zł. Nauka – w KAŻDY piątek, sobotę, niedzielę od października do czerwca, kończąca się 4-etapowym egzaminem, którego zdawalność jest niezbyt wysoka. (…) Ale czy ten kurs musi być konieczny do tego żebym w ogóle działał w lokalnej branży turystycznej? Czy nie mógłbym po prostu go zrobić w ramach rozszerzenia moich kwalifikacji i otrzymania dodatkowej wiedzy o Wrocławiu? Czy aby zostać przewodnikiem po Wrocławiu, muszę spędzić SETKI godzin na wykładach (…) Kurs PTTK robię wbrew sobie i gdy dostanę tę cholerną plakietkę przewodnika, schowam ją w czeluści mojej najgłębszej kieszeni spodni. Kiedy widzę tych wszystkich „speców” od oprowadzania -  z wadą wymowy, fatalną znajomością języka obcego i potworną nadwagą to płakać mi się chce, bo to oni są symbolami polskiej turystyki.

Jednocześnie chciałbym zapytać Pana o radę. Przygotowuję się do nowego sezonu letniego. Szczerze mówiąc nie wiem co mam zrobić. Licencję PTTK dostanę najwcześniej w sierpniu. W tej chwili, z racji tego że uczę się w PTTK jestem przez nich rozpoznawalny. W tym roku z łatwością połączą fakt, że w maju idę z grupką ludzi w ramach oprowadzania, choć jeszcze nie otrzymałem licencji. Nie martwię się o mandat. Martwię się, że wykluczą mnie ze swojej kliki i postarają się o to żebym w ramach kary nigdy nie dostał licencji. Co tu robić? (…)

Na szczęście nie muszę już dziś odpowiadać na tak dramatyczne pytania. Firma prosperuje świetnie, czego dowodem są przede wszystkim znakomite notowania na tripadvisor – na 38 ocen, aż 37 jest „excellent” i jedna „very good”. Tak Panie Papiernik, takimi wskazówkami a nie wydawanymi przez urzędy blachami czy medalami kierują się turyści i Pana organizacja powinna takie firmy wspierać, promować np. w ramach wydawnictw targowych, a nie fundować posadki w komisjach,  dla „symboli polskiej turystyki”.

Możliwość komentowania jest wyłączona.