W górach po staremu nie będzie

Polecam przesłuchanie reportażu Piotra Słowińskiego, „Przewodnik górski musi mieć papier” jaki 8.10. ukazał się na stronach Radia Wrocław. Pan Słowiński

ma u mnie plus, jako jeden z niewielu dziennikarzy (przypomnę – jest to zawód wolny i nielicencjonowany…) który nie dołączył się do lamentów ale skwitował je dowcipną puentą.

Sprawę egzaminów i „certyfikatów” DOT omówię w osobnej notce. Teraz chciałbym zwrócić uwagę na niewłaściwie użyte sformułowania i przestrzec innych przed powielaniem błędnych skrótów myślowych. Otóż właśnie, Panie Słowiński, w górach nie będzie po staremu.

Po pierwsze, do zmienionej Ustawy o Usługach Turystycznych nie są znane jeszcze żadne nowe przepisy wykonawcze które sprecyzują czym jest, a czym nie jest „obszar górski” na którym przewodnictwo turystyczne będzie wymagało państwowej licencji. Jak znam życie, uchwalanie rozporządzeń pociągnie się miesiącami i związane będzie z istnym cyrkiem i kabaretem. Ponieważ precyzyjnie „gór” od „nie-gór” oddzielić się nie da, ustawa w tej części jest bublem i prędzej czy później takie kulawe zapisy muszą z niej zniknąć. Nota bene większość tzw. przewodników górskich z wysokimi górami ma dziś niewiele wspólnego, a oprowadza głównie po kurortach czy zabytkach w podgórskich miejscowościach, czyli są de facto przewodnikami „terenowymi” a ci deregulacji podlegają.

Po drugie, zwracam uwagę na Art. 1 ustawy deregulacyjnej.  Bardzo istotnie zmienia się zapis w Kodeksie Wykroczeń: naganne będzie odtąd jedynie odpłatne wykonywanie zadań przewodnika górskiego. Tej odpłatności brakowało w poprzednim brzmieniu kodeksu.

Tak więc np. nauczyciel, opiekun kolonii czy ktokolwiek inny będzie mógł zupełnie legalnie oprowadzać wycieczkę po górach, np. społecznie, jeśli nie zostanie zawarta umowa na płatne usługi przewodnictwa górskiego. Nie będzie można jedynie formalnie oferować takich usług komercyjnie, bez licencji wydanej przez państwowego monopolistę, czyli okopane w lokalnych układach kliki i mafijki.

Proszę więc zauważyć wyjątkowe cwaniactwo lobbystów którzy takie właśnie brzmienie nowych zapisów zmanipulowali. Nie chodzi wcale o bezpieczeństwo turystów, tylko o bezpieczeństwo własnej kiesy, i nie dopuszczenie konkurencji i złamania monopolu na odpłatne świadczenie usług.

W wywiadzie słyszę, że – jak zwykle – chętnie używa się trupów tych, co zginęli w górach w charakterze argumentów za utrzymaniem owego monopolu. Tym razem przywołany jest zimowy wypadek na Pilsku, który miał miejsce w… 1980 roku! No chwilę, wtedy za komuny wszystko pięknie regulowało państwo, więc dlaczego właściwie do niego doszło?

Proponuję przyjrzeć się nowszym historiom, o których wcześniej wspominałem na blogu, i przeczytać moje artykuły: O przewodnikach beskidzkich którzy prowadzą „prawie na śmierć” w styczniu 2012. O wypadku na dolnośląskiej Lubawce we wrześniu 2012 kiedy przewodnik „z papierami” wprowadził grupę dzieci na zawalającą się skocznię. O tym że w samym tylko 2011 roku zginęło ośmiu przewodników tatrzańskich.

I nie dalej jak wczoraj media doniosły o kolejnym takim wypadku, bynajmniej nie w ekstremalnych zimowych warunkach zginął ktoś, kto – jak czytam „Był surowym i wymagającym egzaminatorem wielu pokoleń przewodników tatrzańskich” – co twierdzi… inny przewodnik tatrzański.

No przepraszam, czy ktoś, kto nie potrafi zapewnić bezpieczeństwa samemu sobie, ma być wyrocznią który w imieniu strzeżonego przez państwo i Kodeks wykroczeń monopolu egzaminuje czy też zapewnia bezpieczeństwo innym? Coś tu chyba nie tak. Co znamienne, w dyskusjach na forach górskich, kiedy dochodzi do wypadku bez udziału opłaconego przewodnika „z papierem” czytam o głupocie, nieodpowiedzialności, kiedy ginie ktoś „z naszych” jedynie o sile losu, majestacie gór i tym podobne frazesy.

Przypomnę po raz kolejny dyskutantowi „Tomek” z notki poniżej i innym niedoukom, że deregulacja nie oznacza zastąpienia „fachowców” – „niefachowcami”, tylko zastąpienie jednego – państwowego monopolu, wielością podmiotów oferujących usługi. Również w dziedzinach związanych z bezpieczeństwem ma to przełożenie na ich lepszą jakość i dostępność, o czym wspominałem na przykładzie ratownictwa wodnego – tu jeszcze raz odsyłam do notki:  Całkowita deregulacja = więcej bezpieczeństwa w górach.

I tyle na dziś w tym temacie, kto chce niech docieka dalej.

3 Komentarze

  1. „I nie dalej jak wczoraj media doniosły o kolejnym takim wypadku, bynajmniej nie w ekstremalnych zimowych warunkach zginął ktoś, kto – jak czytam „Był surowym i wymagającym egzaminatorem wielu pokoleń przewodników tatrzańskich” – co twierdzi… inny przewodnik tatrzański.”

    Drogi autorze – ośmieszyłeś się. Zapoznaj się z personą, jej historią, osiągnięciami i okolicznościami śmierci.

  2. Do przyczyn dla których przewodnicy górscy są za regulacją dorzucam kolejną, jest nią chęć aby uprawnienia przewodnickie były elitarne.
    Wielu przewodników to „pic na wodę” robią uprawnienia dla blachy którą można zabłyszczeć w towarzystwie, a potem ze zorganizowaną turystyką nie mają nic wspólnego. Na wieść o deregulacji bardzo lamentują.

    • To prawda, oni są jak jakieś bractwo kurkowe, z tą swoją groteskową hierarchią i celebrą. Ileż razy podczas debaty deregulacyjnej politycy wyjaśniali: ależ nikt wam nie zabroni dalej uprawiać zawodu, skoro jesteście tacy dobrzy będziecie mieć klientów itp. nie rozumiejąc że nie o to akurat chodzi ;)