Biała Góra czeskich przewodników

Czesi uchodzą w dowcipach za niezbyt bitnych żołnierzy. Czego uczą rekruta w czeskiej armii? – Jak się poddać w 10 językach. Muszę oddać pewien szacunek, że mocno z tym stereotypem walczą… Zderegulowani prascy przewodnicy.

„Powinno Cię zainteresować. Czesi chcą się regulować” Taką informację z zamkniętego forum przysłał mi znajomy przewodnik (prosi o anonimowość) dołączając obszerny tekst-relację z bojów dotychczasowych i planowanych. Przeczytałem, poszperałem też w czeskojęzycznym internecie szukając innych źródeł. Nie ma obaw kolego, to wygląda raczej na groteskę w stylu Szwejka.

Zróbmy retrospekcję. Tuż po aksamitnej rewolucji, w latach 90-tych Praga przeżywała najazd zagranicznych turystów nieporównywalny z czymkolwiek w naszej części Europy. Mawiało się w branży z zazdrością, że na jeden autokar do Krakowa  przypada czterdzieści do Pragi. Nie tylko zresztą autokar, Pragę upodobali sobie Azjaci, zwłaszcza Japończycy, goście z krajów arabskich itp.

Pojawił się więc i boom na miejscowych przewodników, pilotów, angażowanych chętnie w ciągle niepewnej postkomunistycznej rzeczywistości. Również i u nas były to czasy, kiedy wystarczyło jako tako znać język, być trochę rozgarniętym aby znaleźć niezłą pracę, za niezłe pieniądze i wysokie, walutowe napiwki. Z biegiem czasu musiało być co raz trudniej bo i konkurencja większa i pierwsza fala przyjazdów opadła, i bariery cywilizacyjne zostały zasypane. W końcu Czechy to nie Maroko. Oczywiście nadal mnóstwo miejscowych osób ma tam zajęcie, bo ich zatrudnianie jest dla organizatorów korzystne, o ile się do tego kwalifikują. Ale jest i grupa tych, wcześniej wynajmowanych, dla których miejsca na rynku zabrakło.

Zmiany prawne postępowały stopniowo, wymienia się rok 1995 jako początek liberalizacji,  2008 jako ten w którym nastąpiła pełna deregulacja zawodu, a po niej jęk niezadowolonych. I wydawałoby się że w takim małym kraiku, gdzie turystyka przyjazdowa odgrywa znacznie większą rolę niż u nas, lobbystom łatwiej będzie załatwić korzystne dla siebie przepisy. Nic z tego – czescy politycy okazali się dalece bardziej liberalni, pro-wolnościowi i nowocześni od naszych. Kiedy u nas zawód uregulowano i w naszych miastach zaostrzano łapanki, podjęto dziką próbę  podobnych szykan na Hradczanach, czym to się zakończyło – cytuję (moje „amatorskie” tłumaczenie z czeskiego):

W roku 2000 jako stowarzyszenie (przewodników) wraz z pracownikami kontroli wydziału gospodarczego Pragi 1 dostaliśmy wezwanie na policję. Powód: Zainicjowaliśmy kontrolę na praskim zamku, a zatrzymywanie i sprawdzanie uprawnień cudzoziemskich usługodawców jest pogwałceniem praw człowieka. Za to otrzymaliśmy upomnienie, a pracowników kontroli ukarano!

Piękne, prawda? I jeszcze taki fragment:

Nasze stowarzyszenie opłaciło kancelarię adwokacką, która zredagowała fragment ustawy o ruchu turystycznym, kiedy ministrem był Pavel Nemec, przed wstąpieniem do Unii. Władza zmiotła ten projekt ze stołu. W lutym 2002r. w międzynarodowym dniu przewodnika za ministra Lachnita, urządziliśmy przed Ministerstwem Rozwoju Regionalnego demonstrację, zaprosiliśmy prasę radio i telewizje. Przynieśliśmy czarną trumnę z białą szarfą i napisem „koniec czeskich przewodników w Republice Czeskiej”. Wydaliśmy 5000 egzemplarzy broszurki, którą pochwalił prawnik (…) Przez całe lata informowaliśmy posłów, senatorów, ministrów, urzędy skarbowe, urząd pracy, szkoły ruchu turystycznego, obiekty turystyczne itp. Poświęciliśmy na to setki godzin pracy i dużo pieniędzy. Z wszystkich tych miejsc płynęła do nas jedna odpowiedź: Nie ma politycznej woli aby rozwiązać problem ruchu turystycznego.

Nie dość że muszą konfrontować się  z obcymi pilotami i niechętnymi politykami, mają jeszcze swoją wiedźmę zdrajczynię – Dr Myslivcovą która prowadzi krótkie, wielojęzyczne kursy w swojej szkółce Tyrkys i rozdaje oznaki przewodnika po Pradze ludziom nie znającym czeskiego. Odnośnie tego „braku woli” – sprawa jest dość prosta – czytałem wywiad z właścicielem hotelu – gestorzy bazy noclegowej i gastronomicznej  nie życzą sobie niepokojenia ich gości niepotrzebnymi szykanami i ingerencji w wewnętrzne sprawy dotyczące organizacji imprez. Ale o tym pisałem już nie raz – deregulacja ma pozytywny wpływ na przyjazdy i dochody z turystyki.

Ale wróćmy do naszych dzielnych wojaków. Założyli kiedyś specjalną witrynę – konecceskychpruvodcuvcr.cz. Niestety strona padła, kopie można znaleźć na archive.org. a w nich wszystko to co dobrze znamy z naszego podwórka np. opisy „strasznych rzeczy” jaką nielicencjonowani opowiadają, np. że Praga leży nad Renem, a poemat „Wełtawa” skomponował Dworzak i propozycje uregulowania wszystkiego dokładnie według tych absurdów które właśnie likwidujemy u siebie. I chodź ich bitwa jest raczej kolejną Bitwą na Białej Górze, nie tracą animuszu. W planach mają kolejne, jak piszą, rozmowy z politykami, drukowanie ulotek, publikowanie płatnych ogłoszeń, i punkt – który już mniej śmieszy a raczej oburza,

d) Każdy językowy klub przewodników przygotuje konkretne dowody – którzy niewykfalifikowani  piloci, kierowcy itp. oprowadzają po naszym kraju (…) np. w terminie 22.-24. 9. sześciu polskojęzycznym przewodnikom anulowano zlecenia bo strona polska przywiozła swoich „pilotów”.

gdyż dotyczy wyciągania informacji które powinny być poufną sprawą organizatorów. Nota bene – jak czytam na tym forum, nie wszyscy zdają sobie sprawę z praskich realiów.

Klęska taksówkarzy, wygrana klientów?

Wow, nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy, ale po kolei…

Jak pamiętamy – taksówkarze, jako grupa zawodowa organizująca najbardziej hałaśliwe protesty przeciw deregulacji „załatwili sobie” zapis w ustawie pozwalający samorządom dużych miast (pow. 100 tys. mieszkańców) na ponowne wprowadzenie licencji taksówkarskich, obwarowanych kursami, egzaminami itp.

Nota bene, podobne pomysły zgłaszane były również przez przewodników. O niebezpieczeństwach takiego rozwiązania alarmowałem tutaj. Na szczęście  nie udało im się. Nie chcę przypisywać sobie nadmiernych zasług, ale gdyby nie nagłośnienie przez naszą Akcję „przewodnickiego” problemu od samego początku, sprowokowanie wroga do idiotycznych, chaotycznych ruchów, sprawy mogłyby potoczyć się mniej fajnie.

Ale to już historia. Wróćmy do taksówkarzy. Już byli w ogródku, już witali się z gąską, licząc że samorządy pod ich dyktando czym prędzej skorzystają z ustawowej możliwości i deregulację zawodu na lokalnym poziomie zlikwidują.

Tymczasem gąska – póki co – pazurów się nie ima. Nie śledziłem politycznych wolt Gowina po jego odejściu z ministerialnego stołka, ale okazało się że zorganizował całkiem sprawną obywatelską akcję – szczegóły przeczytajcie tutaj. I co? Reakcja narodu była zdecydowana, w pierwszych dwóch miastach -  w Lublinie i w Krakowie, samorządowcy dobrze skonstatowali że konsumenci usług, jako wyborcy, są liczniejsi od taksówkarskich lobbystów. Bardzo dobre podsumowanie polecam na tym blogu – 2:0 dla obywateli. Czekam teraz z ciekawością na reakcję radnych Warszawy, której Pani Prezydent, niedawno ratująca swój urząd dzięki nieudanemu referendum  – jeszcze w marcu br. optowała za licencjami.    

Wniosek dla przewodników – niech darują sobie próby odkręcenia deregulacji. Dla polityków – więcej odwagi w całkowitej deregulacji zawodu i jak najszybszego zlikwidowania absurdu regulacja „tak zwanych” przewodników górskich. Przypominam dlaczego…> 

Deregulacyjne sieroty szukają kasy i przystani

Na skutek nieuchronnej już deregulacji, wieloletni funkcjonariusze od „zasiadania w komisjach” egzaminujących pilotów i przewodników stracili swoje apanaże i władzę.  pozwalającą decydować kto – w ich mniemaniu – ma prawo oprowadzać turystów. Teraz snują się niczym wataha maruderów, szukając możliwości zaczepienia się w tej czy innej instytucji. Tak tłumaczę sobie pojawiające się tu i ówdzie pomysły na wskrzeszenie urzędowego sytemu nadawania przewodnickich certyfikatów.

Czytam, że np. w Olsztynie, Wałbrzychu powstały kierunki studiów ze specjalnością pilotaż i przewodnictwo. Brzmi to równie absurdalnie jak np. „Wyższa szkoła kelnerstwa…” ale cóż, jak ktoś chce studiować przez kilka lat to czego inni potrafią się nauczyć w kilka dni – jego sprawa. Nie od dziś mówi się o inflacji szkolnictwa wyższego, nie będę się w to wgłębiał.

Ciekawszy jest przypadek z Wrocławia, kiedy to za certyfikacje z rozmachem i medialnym zadęciem ma się zająć DOT, czyli Dolnośląska Organizacja Turystyczna. Czytamy o tym na przykład w Rzeczpospolitej i na tur-info.pl, tego dotyczył też reportaż w Radiu Wrocław   

Niby wszystko jest w porządku, bo  deregulacji tylnymi drzwiami odkręcić się nie da, szkolenie kadr wpisane jest w cele statutowe DOT-u, ale.. no właśnie jest kilka dość konkretnych „ale”.

Jak mówi dyrektor DOT Rajmund Jacek Papiernik -

deregulacja zawodu przewodnika może spowodować znaczne obniżenie jakości usług turystycznych, bo zawód ten będzie mógł wykonywać każdy, bez względu na wiedzę i umiejętności.

Panie Papiernik, tyle studiów Pan podobno pokończył, – a trzeba tłumaczyć jak dziecku, chyba po raz dziesiąty na tym blogu – deregulacja nie polega na zastąpieniu fachowców niefachowcami. We Wrocławiu pracują tysiące fachowców – kucharzy, fryzjerów, mechaników, masażystów itp. którzy radzą sobie bez urzędowego systemu certyfikacji, poradzą sobie i przewodnicy. Kto Panu wmówił, że tym akurat tematem powinna się zająć kierowana przez Pana organizacja? Turyści, biura turystyczne korzystające z usług przewodników? Oczywiście że nie. Przyszły, jak się domyślam – owe deregulacyjne sieroty, próbując dorwać się do kasy. Jeśli tak, to  w efekcie ich działań z pewnością „Wrocław zadba, aby jakość usług przewodnickich pozostała na PRL-owskim poziomie”. Obawiam się że nie po to DOT finansują lokalne samorządy i prywatne firmy turystyczne.

Tu ważna uwaga zarówno do POT jak i do organizacji regionalnych. Deregulację należy wykorzystać do celów promocyjnych, nagłośnić fakt że skończyły się nagonki na turystów i pilotów grup, że można swobodnie opowiadać o zabytkach bez obawy interwencji jakiegoś mundurowego szpicla, czy opryskliwych lokalnych przewodników. Że skończył się przymus opłacania miejscowego słupa-figuranta, co powinno zachęcić organizatorów to częstszego odwiedzania polskich miast. A nie wysyłać komunikaty że ten chory system będzie miał kontynuację. To, że certyfikacja jest dobrowolna oczywiście w prasowych komunikatach przemilczano.

Ciekaw jestem czy Rajmund Jacek Papiernik kiedykolwiek zajrzał do internetu i sprawdził kto z jakimi usługami przewodnickimi we Wrocławiu się oferuje i kto je ocenia. Czy też jest człowiekiem e-wykluczonym, i o portalu tripadvisor ma równe pojęcie jak wyśmiewany właśnie Antoni Macierewicz o skype?

Regionalne organizacje turystyczne są od tego żeby promować dobre, znajdujące klientów inicjatywy. Idę o zakład, że od nowego roku deregulacja spowoduje ich wysyp, pierwsze oznaki można zobaczyć choćby w ogłoszeniach rekrutacyjnych na gumtree. Dotychczasowy system absurdów był przede wszystkim przeszkodą w realizacji świeżych, niesztampowych, innowacyjnych pomysłów. Nieprzypadkowo obiektem napaści i szykan w Krakowie były  biura Crazyguides i Free Walking Tours.

Ciekawe czy Rajmund Papiernik zna biuro whatsupwroclaw.com

założone przez Mateusza Kornackiego. Jest to przykład sukcesu inicjatywy wywodzącej się z „wolnego przewodnictwa”. Dziś po raz pierwszy zacytuję obszerne fragmenty listu, jaki jego założyciel przysłał mi w lutym 2010 roku.(…)

Nazywam się Mateusz Kornacki, mieszkam we Wrocławiu, w którym ukończyłem studia na kierunku filologia rosyjska i jestem kolejnym w tym kraju, który tak jak Pan cierpi z powodu kretyńskich ustaw, które nie pozwalają mi rozwinąć mojej idei (…) i ze smutkiem przyglądam się emerytom z wąsami z pod znaku PTTK, którzy dominują na tym rynku, i niewiele się da z tym zrobić. Ale po kolei.

W tamtym roku, zmęczony pracą w firmie handlowej postanowiłem zrealizować swoje marzenie i otworzyć własną firmę. Kocham moje miasto, a do tego wiele podróży, które odbyłem zwróciły moją uwagę na to że we Wrocławiu brakuje atrakcji dla młodych ludzi. Postanowiłem zaangażować się w projekt który stworzyłem sam pod nazwą What’s up Wroclaw. Whats up Wroclaw to nic innego jak pomysł dla młodych turystów z zagranicy na alternatywny spacer po Wrocławiu. Spacer inny niż wszystkie. Przede wszystkim prowadzony przez młodą osobę, która potrafi nawiązać z nimi dobry kontakt już od podania ręki. Osoby która posługuje się biegle językiem angielskim i zna ich potrzeby. A gdy młodzi turyści z zza granicy przyjeżdżają do Wrocławia nie mają ochoty na sztampowe opowiastki ze średniowiecza rzucane przez przewodnika miejskiego czy też czerstwe legendy, co już nikogo nie bawią. Nie chcą spędzać godziny w katedrze i we wszystkich jej kaplicach. Czyżby byli ignorantami? Nie! Oni jeżdżą po całej Europie i kościołów zobaczyli już setki. Mają je opisane w dobrze zredagowanych przewodnikach. To, czego chcą to odkryć ten Wrocław naprawdę.  Ja im w tym pomagam. Zatem nie zabieram ich na oklepane ścieżki turystyczne, tylko idziemy tam, gdzie nie zabierze ich nawet najlepsza i najświeższa publikacja Lonely Planet czy Rough Guide. Chodzimy po zakamarkach miasta, po dawnych dzielnicach, odkrywam przed nimi najświeższą historię Wrocławia, przedstawiam profile wrocławskich artystów, którzy street art uprawiają w przestrzeni publicznej, opowiadam o trudnej historii wojennej, zniszczeniu i odbudowie przez Polaków, pokazuje im dawne bunkry, ukryte pod głównymi placami miasta.

Jaki jest efekt? Wszyscy, bez żadnego wyjątku byli zachwyceni. Zatem zdawałoby się, że te wszystkie pozytywne noty wróżą mi same sukcesy i piękny rozwój aktywnej turystyki we Wrocławiu. Promowanie miasta od innej strony i aktywowanie dzielnic, które w tej chwili bardziej przypominają fawele niż piękne szlaki turystyczne. Wspaniałe połączenie młodzieńczego zapału, miłości do miasta i misji promowania go wśród osób zza granicy. No tak, wszystko to byłoby piękne, gdyby nie to, że nie posiadam uprawnień na przewodnika miejskiego, co tym samym czyni mnie wrogiem publicznym numer jeden, kryminalistą, który powszechnie znany jest pod nazwą NIELEGALNY PRZEWODNIK!

Jedna rzecz jest pewna, rozpoczynając prace nad projektem What’s up Wrocław nie specjalnie zdawałem sobie sprawę, że to właśnie ustawa tak pokrzyżuje mi szyki. Myślałem, że misja sygnowana hasłami promowania własnego miasta, uprawiania aktywnej turystyki, wymiany międzykulturowej wystarczy, aby założyć wspaniałą firmę. Dopiero, gdy wszystko było gotowe okazało się, że przeciez nie mam plakietki PTTK więc nie mam pojęcia o własnym mieście, co czyni mnie co najwyżej heretykiem a nie przewodnikiem.

Mimo to nie zrezygnowałem i rozpocząłem projekt. Dogadałem się  z hostelami, do których o dziwo żaden z setek przewodników PTTK nie miał okazji zajrzeć, żeby zaproponować swoje usługi (no bo przecież mają monopol, więc po co emeryt ma się męczyć i gdzieś chodzić i zabiegać o potencjalnych klientów). Wywiesiłem swoje plakaty, rozłożyłem ulotki. O dziwo, choć nie znałem żadnego managera czy recepcjonisty w tym mieście, wszyscy od początku dali wyrazy wielkiego poparcia dla mojego pomysłu mówiąc, że choć Wrocław to miasto wielkie, to trudno im wskazać i polecić jakąś fajną młodzieżową firmę co by się zajęła młodymi turystami w dobry sposób. Moje wycieczki działały codziennie od czerwca do października o godzinie jedenastej z placu solnego, który jest centralnym punktem miasta. Codziennie chodziłem z małymi grupkami i odkrywałem z nimi Wrocław. Mój marketing, z racji tego, że działałem nielegalnie nie mógł być rozwinięty gdyż musiałem ukrywać swoją tożsamość. Ludzie chętni na spacer na placu solnym nie wiedzieli kogo szukać, bo nie mogłem przecież mieć nawet koszulki z logo firmy czy jakiegoś rozpoznawalnego gadżetu. Zaczepiałem ich jak tajniak wyjaśniając, że to właśnie ja jestem ich przewodnikiem. Czyż nie jest to absurdalne?

Byłem jednak na tyle szczęśliwy, że patrole tropiące nielegalnych przewodników nie działają tak aktywnie niczym w Poznaniu czy Krakowie i udało mi się „przejść” cały sezon be kontroli. Cóż z tego, skoro ja chcę się rozwijać. Założyć tę przeklętą firmę, promować moje miasto, zapłacić za to PODATEK! Nielegalna działalność w 2009 była przymusem, a nie chęcią.

W tym roku również nie odpuszczę. Pokochałem tą robotę i wiem, że się w niej sprawdzam. Sprawia mi przyjemność jak nic innego. Mam plany na rozwój. Chęć rozwinięcia tego biznesu zmusiła mnie nawet do przystąpienia na kurs PTTK na przewodnika miejskiego. Koszt -  1790zł. Nauka – w KAŻDY piątek, sobotę, niedzielę od października do czerwca, kończąca się 4-etapowym egzaminem, którego zdawalność jest niezbyt wysoka. (…) Ale czy ten kurs musi być konieczny do tego żebym w ogóle działał w lokalnej branży turystycznej? Czy nie mógłbym po prostu go zrobić w ramach rozszerzenia moich kwalifikacji i otrzymania dodatkowej wiedzy o Wrocławiu? Czy aby zostać przewodnikiem po Wrocławiu, muszę spędzić SETKI godzin na wykładach (…) Kurs PTTK robię wbrew sobie i gdy dostanę tę cholerną plakietkę przewodnika, schowam ją w czeluści mojej najgłębszej kieszeni spodni. Kiedy widzę tych wszystkich „speców” od oprowadzania -  z wadą wymowy, fatalną znajomością języka obcego i potworną nadwagą to płakać mi się chce, bo to oni są symbolami polskiej turystyki.

Jednocześnie chciałbym zapytać Pana o radę. Przygotowuję się do nowego sezonu letniego. Szczerze mówiąc nie wiem co mam zrobić. Licencję PTTK dostanę najwcześniej w sierpniu. W tej chwili, z racji tego że uczę się w PTTK jestem przez nich rozpoznawalny. W tym roku z łatwością połączą fakt, że w maju idę z grupką ludzi w ramach oprowadzania, choć jeszcze nie otrzymałem licencji. Nie martwię się o mandat. Martwię się, że wykluczą mnie ze swojej kliki i postarają się o to żebym w ramach kary nigdy nie dostał licencji. Co tu robić? (…)

Na szczęście nie muszę już dziś odpowiadać na tak dramatyczne pytania. Firma prosperuje świetnie, czego dowodem są przede wszystkim znakomite notowania na tripadvisor – na 38 ocen, aż 37 jest „excellent” i jedna „very good”. Tak Panie Papiernik, takimi wskazówkami a nie wydawanymi przez urzędy blachami czy medalami kierują się turyści i Pana organizacja powinna takie firmy wspierać, promować np. w ramach wydawnictw targowych, a nie fundować posadki w komisjach,  dla „symboli polskiej turystyki”.

W górach po staremu nie będzie

Polecam przesłuchanie reportażu Piotra Słowińskiego, „Przewodnik górski musi mieć papier” jaki 8.10. ukazał się na stronach Radia Wrocław. Pan Słowiński

ma u mnie plus, jako jeden z niewielu dziennikarzy (przypomnę – jest to zawód wolny i nielicencjonowany…) który nie dołączył się do lamentów ale skwitował je dowcipną puentą.

Sprawę egzaminów i „certyfikatów” DOT omówię w osobnej notce. Teraz chciałbym zwrócić uwagę na niewłaściwie użyte sformułowania i przestrzec innych przed powielaniem błędnych skrótów myślowych. Otóż właśnie, Panie Słowiński, w górach nie będzie po staremu.

Po pierwsze, do zmienionej Ustawy o Usługach Turystycznych nie są znane jeszcze żadne nowe przepisy wykonawcze które sprecyzują czym jest, a czym nie jest „obszar górski” na którym przewodnictwo turystyczne będzie wymagało państwowej licencji. Jak znam życie, uchwalanie rozporządzeń pociągnie się miesiącami i związane będzie z istnym cyrkiem i kabaretem. Ponieważ precyzyjnie „gór” od „nie-gór” oddzielić się nie da, ustawa w tej części jest bublem i prędzej czy później takie kulawe zapisy muszą z niej zniknąć. Nota bene większość tzw. przewodników górskich z wysokimi górami ma dziś niewiele wspólnego, a oprowadza głównie po kurortach czy zabytkach w podgórskich miejscowościach, czyli są de facto przewodnikami „terenowymi” a ci deregulacji podlegają.

Po drugie, zwracam uwagę na Art. 1 ustawy deregulacyjnej.  Bardzo istotnie zmienia się zapis w Kodeksie Wykroczeń: naganne będzie odtąd jedynie odpłatne wykonywanie zadań przewodnika górskiego. Tej odpłatności brakowało w poprzednim brzmieniu kodeksu.

Tak więc np. nauczyciel, opiekun kolonii czy ktokolwiek inny będzie mógł zupełnie legalnie oprowadzać wycieczkę po górach, np. społecznie, jeśli nie zostanie zawarta umowa na płatne usługi przewodnictwa górskiego. Nie będzie można jedynie formalnie oferować takich usług komercyjnie, bez licencji wydanej przez państwowego monopolistę, czyli okopane w lokalnych układach kliki i mafijki.

Proszę więc zauważyć wyjątkowe cwaniactwo lobbystów którzy takie właśnie brzmienie nowych zapisów zmanipulowali. Nie chodzi wcale o bezpieczeństwo turystów, tylko o bezpieczeństwo własnej kiesy, i nie dopuszczenie konkurencji i złamania monopolu na odpłatne świadczenie usług.

W wywiadzie słyszę, że – jak zwykle – chętnie używa się trupów tych, co zginęli w górach w charakterze argumentów za utrzymaniem owego monopolu. Tym razem przywołany jest zimowy wypadek na Pilsku, który miał miejsce w… 1980 roku! No chwilę, wtedy za komuny wszystko pięknie regulowało państwo, więc dlaczego właściwie do niego doszło?

Proponuję przyjrzeć się nowszym historiom, o których wcześniej wspominałem na blogu, i przeczytać moje artykuły: O przewodnikach beskidzkich którzy prowadzą „prawie na śmierć” w styczniu 2012. O wypadku na dolnośląskiej Lubawce we wrześniu 2012 kiedy przewodnik „z papierami” wprowadził grupę dzieci na zawalającą się skocznię. O tym że w samym tylko 2011 roku zginęło ośmiu przewodników tatrzańskich.

I nie dalej jak wczoraj media doniosły o kolejnym takim wypadku, bynajmniej nie w ekstremalnych zimowych warunkach zginął ktoś, kto – jak czytam „Był surowym i wymagającym egzaminatorem wielu pokoleń przewodników tatrzańskich” – co twierdzi… inny przewodnik tatrzański.

No przepraszam, czy ktoś, kto nie potrafi zapewnić bezpieczeństwa samemu sobie, ma być wyrocznią który w imieniu strzeżonego przez państwo i Kodeks wykroczeń monopolu egzaminuje czy też zapewnia bezpieczeństwo innym? Coś tu chyba nie tak. Co znamienne, w dyskusjach na forach górskich, kiedy dochodzi do wypadku bez udziału opłaconego przewodnika „z papierem” czytam o głupocie, nieodpowiedzialności, kiedy ginie ktoś „z naszych” jedynie o sile losu, majestacie gór i tym podobne frazesy.

Przypomnę po raz kolejny dyskutantowi „Tomek” z notki poniżej i innym niedoukom, że deregulacja nie oznacza zastąpienia „fachowców” – „niefachowcami”, tylko zastąpienie jednego – państwowego monopolu, wielością podmiotów oferujących usługi. Również w dziedzinach związanych z bezpieczeństwem ma to przełożenie na ich lepszą jakość i dostępność, o czym wspominałem na przykładzie ratownictwa wodnego – tu jeszcze raz odsyłam do notki:  Całkowita deregulacja = więcej bezpieczeństwa w górach.

I tyle na dziś w tym temacie, kto chce niech docieka dalej.

Certyfikatów „Wolnego Przewodnictwa” nie będzie, ale…

Po dłuższej przerwie znów wracam do blogowania. Dziękuję za cierpliwość i proszę o częstsze zaglądanie – ciekawych, ważnych tematów się nazbierało i co kilka dni będą nowe, obszerne wpisy.

Komentator „janek” swoim wpisem z 21. lipca zaproponował coś takiego:

Pan jako organizator turystyki – wraz z akcją „Wolne przewodnictwo” mógłby pójść tą drogą, promując odpowiednie (niezależne, ale renomowane i sensowne) certyfikaty, lub nawet wydając własne certyfikaty, które być może będą „poważane” wśród innych organizatorów podobnej turystyki.

Czytając to najpierw oburzyłem się. Jak można mnie o coś takiego posądzać, że co, niby po to walczyłem o wywalenie od koryta tych wszystkich aparatczyków, kombinatorów, wydawców pseudonaukowych skryptów, żeby teraz zająć ich miejsce?  I jeszcze może pobierać kasę za jakieś „certyfikaty”? Wolne żarty. Deregulacja oznacza, że każdy obywatel ma ów „certyfikat do oprowadzania turystów” z definicji, jako prawo obywatelskie. Natomiast ja mogę sobie „certyfikować” oceniając przydatność kandydatów w ramach swojej firmy, i tylko tyle. Nie uważam też żeby jakiekolwiek „uniwersalne” certyfikaty dla pilotów czy przewodników w dzisiejszych realiach miały sens. Tak jakby wydawać jednakowe certyfikaty „artysty muzyka” np. garażowym punkowcom i śpiewakom operowym.

Ponieważ jak wiecie, swoją akcją „Wolne przewodnictwo” wyprzedziłem rządową deregulację o całe 6 lat, również i teraz spoglądam w przyszłość i widzę konkretne zadanie, o którym wspomniałem wcześniej – stworzenie silnej reprezentacji politycznej osób, uprawiających zawód w nowych realiach. Kolejne wybory parlamentarne już w 2015 roku. Według aktualnych sondaży spore szanse na wygranie ma PiS. Zwyżkują akcje od początku anty-dereglacyjnego SLD. PiS co prawda generalnie jest za deregulacją, ale akurat jeśli chodzi o przewodnictwo turystyczne to z właśnie z jego ciemnogrodzkiego, kato-zaściankowego skrzydła wywodzą się kreatury w stylu posła Dziuby, na których działają kretyńskie argumenty w stylu „oficerów KGB” czy rzekomych neonazistów oprowadzających turystów po Polsce w „nieprawomyślny” sposób. A nasze leśne dziadki, dopóki nie wymrą, będą kombinować, wisieć u klamek w biurach poselskich, lobbować jak się tylko da za przywróceniem regulacji. Bo całe ich życie traci sens, jeśli zabierze im się prawo decydowania o tym kto może oprowadzać, a kto nie.

Nawet jednak zakładając najczarniejszy scenariusz, mamy przed sobą co najmniej 3-4 lata, gwarantowanej wolności, kiedy do zawodu wejdą tysiące nowych (niekoniecznie młodych) Polaków, i będą go z powodzeniem uprawiać śmiejąc się jakie to idiotyczne procedury musieli przechodzić ich poprzednicy. Przykłady – z niedawnej prasy – choćby tutaj.

I teraz wyobraźmy sobie że PiS do spółki z postkomuchami z SLD w jamimś tam 2016 czy 17 roku próbuje przeforsować państwowe regulacje zawodu na nowo. Zrobić powtórkę z roku 1997. Zmienić legislację tak, że owe tysiące osób nagle z dnia na dzień stracą prawo do uprawiania zawodu pod warunkiem poddania się szeregowi upokarzających, kosztownych procedur. Odsiedzenia długich miesięcy na „kursach” i wykładach ględziarzy, zdawania egzaminów przed komisjami geriatryków nie mających pojęcia o współczesnym turystycznym biznesie itp.

W 1997 roku nie liczono się z nami zupełnie. Towarzysze z rządzącej SLD załatwili, Sejm klepnął. Nie było żadnej debaty, wysłuchań publicznych, zainteresowania mediów, którymi to bonusami obdarzano lamentujących przewodnickich mafiozów w ciągu ostatniego roku nadzwyczaj obficie.

I co, chcecie powtórki? Tym razem nie może im się udać. Naszego zdecydowanego głosu nie może zabraknąć, musimy się lepiej zorganizować. Nie ma  póki co wielkiego pośpiechu, ale na wszelkie inicjatywy jestem otwarty. Tymczasem zapraszam do polubienia fanpage facebook.com/wolneprzewodnictwo nie tylko ludzi z branży turystycznej, ale także wszystkich, których wolność uprawiania zawodu może być zagrożona.

Maciej Zimowski, Koordynator Akcji