Wolne hotelarstwo, czyli o gwałcie na języku

W turystycznych mediach głośno jest o sprawie ukarania hotelu (czy jak urzędowo-poprawni piszą) „obiektu” o nazwie Góral w Szczyrku. Sprawa jest głośna dlatego, że owych „obiektów hotelarskich” które nie mają urzędowo prawa nazywać się hotelem są w kraju tysiące, ale przypadki rzeczywistego karania za to nadzwyczaj rzadkie.

Sam hotelu nie posiadam, i posiadać nie zamierzam, ale jako organizator wycieczek z hoteli korzystam. Przedstawię państwu jak to praktycznie wygląda. Prowadzę biznes od 1990 r. i od początku nie miałem problemu z rozpoznaniem jakości owych obiektów – wiedziałem który jest luksusowy, który przeciętny, a w którym mogę – proporcjonalnie do niskiej ceny – spodziewać się np. starego, trzeszczącego łóżka albo urwanego prysznica. Nagle w 1997 roku politycy SLD musieli coś zrobić dla armii swoich wysiudanych po upadku komuny ze stołków, nikomu niepotrzebnych  PRL-owskich funkcjonariuszy turystycznych i uchwalili znaną nam wszystkim ustawę, tworząc dla nich setki państwowych etatów. Jedni wzięli się za „egzaminowanie” pilotów i przewodników, inni – za kategoryzację hoteli. Odtąd my – przedsiębiorcy i obywatele – staliśmy się za głupi na to, aby samodzielnie oceniać który hotel jest dobry albo zły, mało tego, zabroniono nam nawet swobodnie używać nazwy „hotel”, odtąd za nas zaczął to robić opłacany z naszych podatków urzędnik.

Jak każdy państwowy system, tworzony przez funkcjonariuszy dawnego reżimu, jak i młodszych skwapliwie ich mentalność przejmujących, działa to fatalnie. „Państwowe gwiazdki” nie są żadnym gwarantem jakości. Jak czytałem ostatnio w Rzeczpospolitej – system kategoryzacji jest mocno anachroniczny. Korzystam z różnych obiektów, ale problemy jak dotąd miałem jedynie w tych z urzędową koncesją. Działa to zapewne podobnie jak u przewodników – im więcej bumag, kwitów, pieczątek wszelkiego rodzaju, tym większa skłonność do nonszalancji, niedbalstwa i olewania klienta. A to raz w pewnym trzygwiazdkowym hotelu w Białowieży struła mi się grupa, po czym rozłoszczony właściciel bezprawnie usiłował wyrzucić kolejne zarezerwowane przeze mnie imprezy. A to region zwany „Sądecczyzną”, który tak kolorowo prezentuje się na targach turystycznych

jest wyjątkową hotelarską „czarną dziurą” gdzie państwowi kategoryzatorzy są ślepi na pourywane półki w pokojach, podarte pościele i oderwane wykładziny na korytarzach o które klienci się potykają od lat, choć gwiazdki wiszą. Być może ta wybiórcza „ślepota” jest sponsorowana przez jakiś system łapówek, na który też się wszyscy składamy, płacąc zawyżone ceny za nocleg. Podobnie jak za firanki w oknach, komplety do szycia i inne niezbyt potrzebne gadżety, które obowiązkowo muszą zapewnić hotelarze licencjonowani.

Sprawą, która mnie najbardziej w tym wszystkim bulwersuje, jest dokonany przez neokomuchów w 1997 roku  gwałt na języku polskim. Wyobraź sobie obywatelu, że jakiś używany przez stulecia wyraz, np. „stół” urzędową decyzją pewnego dnia przestaje oznaczać to co oznaczał. Coś co ma nogi i blat, od wejścia w życie jakiejś ustawy nie jest już „stołem” tylko „obiektem stołopodobnym”. A stół – jedynie z państwowym certyfikatem. Kolejna armia urzędników zostanie mianowana, opłacona i oddelegowana w teren aby ukarać np. jakiegoś wiejskiego cieślę, który zechce sprzedać na targu swojej produkcji wytwór bez certyfikatu, podobnie jak ukarano właściciela hotelu „Góral” w Szczyrku. A za wszystkim stałoby oczywiście jakieś meblarskie lobby.

Podobnego gwałtu dokonano na wyrazie „hotel” (a z rozpędu także „pensjonat”), który nie jest (jak np. „szynka parmeńska”) określeniem produktu o konkretnej recepturze i pochodzeniu, ale wyrazem potocznym, używanym w polszczyźnie co najmniej od 200 lat jako określenie domu z pokojami na dobowy wynajem. Niekoniecznie – jak to sobie wyobrazili urzędnicy – o określonym standardzie. W popularnym wyobrażeniu hotel może być luksusowy, jak i podrzędny. „Zatrzymywałam się w dość podłym hotelu”pisze lifestyle’owa dziennikarka z gazeta.pl. Nie wolno tak powszechnych słów zastrzegać albo czynić z nich znaki towarowe. Smaczku dodaje fakt, że wywodzący się z francuskiego wyraz „hotel” zrobił międzynarodową karierę i jak mało który jest znany i używany w kilkudziesięciu językach. W sąsiednich Niemczech, jak zapewne w większości zachodniego świata nazwa hotel nie jest zastrzeżona, a kategoryzacją zajmuje się nie państwo, tylko opłacana ze składek członków organizacja DEHOGA. Tymczasem w Polsce zaraza urzędowej nowomowy dopada nawet… rodzimych wikipedystów. Bo w polskiej Wikipedii pod hasłem hotel znajdziemy jedynie suchy spis paragrafów, a po rzeczowe informacje o historii hotelarstwa, różnych typach hoteli na świecie itp. trzeba  sięgnąć do wersji niemieckiej czy angielskiej.

W dobie globalizacji i internetu, skuteczność takiej lokalnej ustawowej pseudoregulacji jest  żadna. Popularny portal rezerwacyjny booking.com, którego centrala mieści się  w Amsterdamie, również w wersji polskiej wszystkie prezentowane obiekty nazywa „hotelami” i ma w nosie radosną twórczość naszych polityków. Podobnie czynią i muszą czynić – aby być skutecznymi – nasze portale np. e-holiday.pl który właśnie został zaatakowany przez Piotra Cybulę na blogu prawo turystyczne, za to że w Kołobrzegu wyszukał mu 29 pensjonatów, a w urzędniczym rozumieniu „miał prawo” tylko 4. Rozumiem, że gdyby Piotr Cybula prowadził biuro turystyczne, i organizował wycieczki do Kołobrzegu, korzystałby jedynie z państwowych wykazów obiektów. Dlatego domyślam się, dlaczego takiego biura nie prowadzi, a za państwową pensję, podobnie Z. Kruczkek i inni podobni „mądrale” wykłada na państwowej uczelni. O skuteczności i celowości owych wykładów mam się właśnie okazję przekonywać prowadząc rozmowy kwalifikacyjne z ich absolwentami na etat do mojej firmy, ale to osobny temat.

Niestety również i właścicielom owych niekategoryzowanych obiektów należy się zdrowy ochrzan. Są ich tysiące, dysponują niezłym kapitałem – mogliby się skrzyknąć, wynająć prawników-konstytucjonalistów, znanych ekspertów językoznawców typu np. Prof. Bralczyka i zaskarżyć ustawę. Ale nie – wolą kombinować z jakimiś nazwami typu hotelik, srelik, płacić łapówki albo po cichu liczyć że urzędnik przymknie oko. Też ciągle tkwią w epoce Gogola a nie google’a.

2 Komentarze

  1. Mam wrażenie, że nie do końca z pełnym zrozumieniem przeczytał Pan tekst p. Piotra. Nie atakuje wspomnianego serwisu, bo tak sobie wymyślił, tylko dlatego, że ów serwis, na swoim blogu sam porusza problem nadużywania nazewnictwa, a sam robi co innego.
    A z resztą wpisu zgadzam się jak najbardziej.

    • Zrozumiałem, ale jest też pewien repertuar uszczypliwości, który sobie tradycyjnie z P. Piotrem czynimy ;)