Obywatelu, nie daj się zmrozić!

Nie, bynajmniej nie chodzi mi o tę piękną zimową aurę za oknem ale ukuty przez amerykańskich prawników termin chilling effect (dosł. „efekt zmrożenia”). Ale po kolei.

Minęło wiele tygodni od opublikowania kpiarskiej notki „Pałacu Kultury nie pajacuj” w której w sposób rzekomo „niedozwolony” użyłem grafiki przedstawiającej budynek i wyśmiałem prawników tej instytucji. Jak dotąd nikt za to mnie nie pozwał ani nie zaprotestował. Niestety wprowadzająca w błąd notatka nadal wisi na stronach PKiN. I co gorsza, w mediach, które na początku grudnia nagłaśniały „zastrzeżenie wizerunku” Pałacu, nie pojawiły się żadne sprostowania. Jedynie na kilku niszowych portalach można było znaleźć polemiczne teksty. I to niezależnie od politycznych barw – przeciwko zawłaszczaniu popularnych symboli protestowała Krytyka Polityczna, a niedawno na prawicowym pch24.pl Marcin Jędrzejczak opublikował tekst – polecam – Paranoja znaków towarowych. Jest tam ciekawa konstatacja na temat afery z okładką książki „Wieża komunistów”:

Dlaczego zatem wydawnictwo ugięło się przed roszczeniami zarządu Pałacu Kultury? – Mamy tu, moim zdaniem, doskonały przykład tzw. „chilling effectu”; jakaś organizacja poprzez szerokie zastosowanie praw własności intelektualnej powoduje, że część całkiem legalnych działań nie ma miejsca w obawie przez narażeniem się na kosztowne procesy prawne (…) dochodzi do autocenzury.

Nadal pokutuje niewiedza czym właściwie „znak towarowy” jest. Jeżeli firma Procter&Gamble zastrzegła nazwę proszku do prania np. Vizir, to po to aby odróżnić go od innych proszków na półce. Ochrona tego znaku – jak sprawdziłem, dotyczy tylko zakresu chemii gospodarczej, więc teoretycznie można bez problemu pod nazwą Vizir sprzedawać np. serie odzieży albo odmianę tulipanów.  Jaki jest sens zastrzegania nazwy „Pałac Królewski w Wilanowie”? Czy w Wilanowie stoją rzędem pałace, jak proszki na półce w sklepie i turysta mógłby mieć problem z trafieniem do tego właściwego, królewskiego? A może jakiś nowobogacki inwestor kupił działkę obok pałacu i chce tam postawić jego kopię (teoretycznie może, projekt nie jest już chroniony prawem autorskim, musiałby ją tylko inaczej nazwać). Oczywisty absurd. Jeszcze większą aferę wykryła właśnie Fundacja Nowoczesna Polska – milion złotych za prawa do obrazu, który jest w domenie publicznej.

A wracając do naszego podwórka – tak samo jak zarządcy tego czy innego obiektu niesłusznie uzurpują sobie prawo do kontrolowania czy cenzurowania  jego „wizerunku” tak samo – licząc na chilling effect, postępują np. dyrektorzy parków narodowych narzucając bezprawnie „przymus przewodnicki” czy urzędnicy marszałkowscy urządzający uliczne łapanki na przewodników. Tyle że w tym przypadku naprawdę nie ma co obawiać się skomplikowanych i kosztownych procesów.

Możliwość komentowania jest wyłączona.