Ile jeszcze ofiar pochłonie reglamentacja zawodu?

Proponuję najpierw przypomnieć sobie mój artykuł sprzed roku. „Przewodnicy beskidzcy prowadzą (prawie) na śmierć?”. Na przykładzie ówczesnych wypadków na Babiej Górze wykazałem, że obecność licencjonowanych przewodników nie gwarantuje bezpieczeństwa. Pisałem to przede wszystkim w kontrze do ciągle przypominanej historii śmierci licealistów prowadzonych na Rysy przez nauczyciela geografii Mirosława Szumnego. Choć od tego lawinowego wypadku minęło już 10 lat, bez przerwy, także i w mijającym roku był wykorzystywany przez lobby przewodnickie jako argument na rzecz zamknięcia ich zawodu i wprowadzenia „przymusu przewodnickiego”.

Tymczasem nie minął rok i doszło do kolejnej, znacznie drastyczniejszej kompromitacji „państwowych” przewodników, tym razem w Sudetach. 3 stycznia trafił do sądu akt oskarżenia przeciwko przewodnikowi wycieczki szkolnej, któremu zarzuca się „umyślne doprowadzenie do zagrożenia życia lub zdrowia grupy 24 osób”.

Proponuję porównać oba wypadki. Nauczyciel w Tatrach powędrował szlakiem turystycznym – trudnym i niebezpiecznym, ale otwartym dla wędrowców. Zejście lawiny było nie do przewidzenia, było związane z ryzykiem jakie zawsze niesie z sobą zimowa wędrówka w wysokich górach. Sąd wziął to pod uwagę i pomimo śmiertelnego żniwa wymierzył stosunkowo niską karę (rok odsiadki w zawieszeniu).

Przewodnik PTTK w Górach Kruczych wprowadził grupę dzieci na przestarzałą drewnianą konstrukcję, która od początku nie służyła jako taras widokowy dla grup turystycznych (a jedynie jako podest dla skoczków), była w stanie opłakanym, wstępu na nią broniły tabliczki z zakazem. Podest zawalił się, dzieci pospadały z kilkumetrowej wysokości, część z nich trafiła do szpitala. Ciekaw jestem jaki będzie wyrok w tym procesie.

Wypadek miał miejsce na początku września 2012, aby poczytać o nim więcej odsyłam do artykułu stronie naszesudety.pl. Włos się jeży na głowie, kiedy czytam o reakcjach organizatorów. Wycieczkę zaplanował Prezes Kamiennogórskiego PTTK Kazimierz Majewski, a przewodnikiem był… jego syn. Obaj od początku aż do teraz wypierają się wszelkiej odpowiedzialności.

„Takie wypadki się zdarzają (…) przewodnik odmówił rozmowy z naszym dziennikarzem. Jak twierdzi jego ojciec Kazimierz Majewski, który jest jednocześnie prezesem kamiennogórskiego PTTK, syn nie kazał wchodzić dzieciom na podest. – A dzieci, jak to dzieci. Nie ma tu jego winy. (…) Jeśli tak uzna, grozi mu nagana ze strony PTTK. Państwowych uprawnień nie jesteśmy mu w stanie odebrać”

Z kolei Gazeta Wrocławska pisała:

Jak udało się nam ustalić, 36-letni przewodnik dopiero od kilku miesięcy miał uprawnienia państwowe do prowadzenia grup w górach. (…)- Jest mocno zestresowany, bardzo przeżywa ten wypadek – powiedział nam Kazimierz Majewski,  prezes kamiennogórskiego oddziału PTTK. Dla niego to też trudna sytuacja osobista, bo za grupę był odpowiedzialny jego syn.

Słyszycie Państwo!!! Ani słowa skruchy, przeprosin, co tam jakieś głupie i nieznośne bachory. Ważne że Jaśnie Pan Prezes  ma trudną sytuację a jego synek jest zestresowany. Na szczęście już około 20 września mógł sobie poprawić humor odbierając liczne podziękowania od całego orszaku funkcjonariuszy i samorządowców.

W środowisku górsko-przewodnickim panuje jakaś dziwna zmowa milczenia na temat tego najnowszego wypadku. W dyskusjach – np. tutaj pojawiają się głosy, że należy pozwolić czasem na odrobinę szaleństwa, bo są i tak o niebo bezpieczniejsze niż sytuacje, które stwarza dzieciarnia bez opieki.

Słyszę też od dawna i inne głosy – państwowy system szkoleń i nadawania uprawnień przewodnickich jest tak skonstruowany, że kwestie bezpieczeństwa są na drugim planie, a programy przeładowuje się gigantyczną ilością historyczno-krajoznawczych szczegółów. Po to żeby komisje egzaminacyjne mogły łatwo eliminować niewygodnych kandydatów, pozostawiając monopol w rękach tych co mają znajomości czy – jak widzimy w tym przypadku – rodzinne koneksje. Wpływy tych mafii sięgają tak daleko, że nawet w planowanej ustawie  Gowina wyłączono przewodników górskich z deregulacji. Szkoły nadal będą zmuszone do korzystania z usług niebezpiecznych partaczy, którym nie można odebrać państwowych uprawnień.

Niedawna deregulacja zawodów związanych z turystyką wodną znakomicie poprawiła bezpieczeństwo.  Jak czytaliśmy w kwietniu – dzięki złamaniu monopolu WOPR, łatwiej było znaleźć władzom Olsztyna ratowników do obsługi miejskich plaż. W przypadku wycieczek górskich ruch taki jest niemożliwy. Zastanawiam się, ile jeszcze ofiar musi zginąć lub zostać poturbowanych, tak jak dzieci z Lubawki. Jaka kolejna „odrobina szaleństwa” jest w stanie otworzyć oczy ustawodawcom. Czy czekają na moment, kiedy jakiś synalek lokalnego prezesa PTTK przyprowadzi grupę dzieciaków nad przepaść, po czym każdemu da solidnego kopniaka?

Póki nie nadejdzie zdrowa konkurencja, pozostaje tylko przestrzec przed korzystaniem z usług monopolistów z g… wartymi „państwowymi uprawnieniami” i zdać się raczej na własny rozsądek.

5 Komentarze

  1. Ciekawe czy był z nimi przewodnik?? a może uwierzyli już, że byle kto może łazić po górach z grupami turystycznymi… Ciekawe ile jeszcze ofiar pochłoną góry, zanim autor tego bloga zrozumie, że aby prowadzić innych, trzeba udowodnić, że się zna teren i zasady bezpieczeństwa.

    „Szkoła przetrwania wezwała GOPR na pomoc w Bieszczadach

    Beata Terczyńska

    Ratownicy bieszczadzkiej grupy GOPR wyruszyli na pomoc grupie młodych ludzi, którzy znajdują się w okolicach Bukowego Berda w Bieszczadach – poinformował dzisiaj naczelnik grupy Grzegorz Chudzik.

    (gopr.bieszczady.pl)

    Ok. 10-osobowa grupa młodzieży ze szkoły przetrwania we Wrocławiu poprosiła o pomoc telefonicznie – dodał Chudzik. Rozbili oni obóz w okolicy Bukowego Berda.

    Natychmiast do akcji włączył się śmigłowiec LPR, jednak z powodu trudnych warunków panujących na Bukowym Berdzie został zawrócony.

    - Powiadomiliśmy wszystkich ratowników m.in z Ustrzyk Dolnych, Cisnej i Sanoka. W akcję zaangażowała się także Straż Graniczna i pracownicy Lasów Państwowych. Na pomoc ruszyło w sumie kilkadziesiąt osób – relacjonuje Grzegorz Chudzik, naczelnik grupy GOPR.

    - Licealiści znajdują się w najtrudniejszym, jeśli chodzi o dotarcie miejscu w Bieszczadach. Wiemy, że mają odmrożenia. Istnieje realne zagrożenie utraty życia. Dotarcie do młodzieży zajmie ratownikom nawet godzinę.

    W Bieszczadach powyżej górnej granicy lasu leży średnio pół metra śniegu. Jest siedem stopni mrozu, a prędkość wiatru dochodzi do 70 km/godz. W górnych partiach Bieszczadów obowiązuje drugi stopień zagrożenia lawinowego.

    Bukowe Berdo to masyw górski w Bieszczadach, którego najwyższy szczyt wynosi 1311 m n.p.m. Jest położone kilka kilometrów na wschód od Ustrzyk Górnych, niedaleko granicy z Ukrainą. Prowadzą tu dwa szlaki turystyczne: niebieski (Pszczeliny – Widełki – Bukowe Berdo – Krzemień) oraz żółty – z Mucznego.

    Jak podkreślają ratownicy, dotarcie tu w warunkach zimowych jest bardzo trudne.

    Aktualizacja, godz. 11:21

    Jak poinformował nas dyżurny GOPR-u pierwsi ratownicy dotarli już do 10-osobowej grupy młodzieży. Udzielają im pomocy. Wkrótce na miejsce dojdą kolejni ratownicy. Ewakuacja potrwa kilka godzin.”

  2. Kolejna demagogia w wydaniu MZ.
    Ten sam artykuł mógł tak wyglądać
    „Kolejne ofiary niedouczonych i nierozważnych nauczycieli”
    1. Kto idzie w teren lawiniasty w Tatrach w styczniu???? Kazdy taternik, miłośnik Tatr, o ratownikach i przewodnikach nie wspominając, wie że w styczniu jest najbardziej niestabilna pokrywa śnieżna w Tatrach. Wszędzie się mówi że styczeń to miesiąc w którym nie planuje się (szczególnie z grupami turystycznymi) wyjść szczytowych. Co innego 2 pol lutego, marzec czy poczatek kwietnia – ale nigdy styczeń.
    Taternicy wspinajacy sie od 20-30 lat na palcach 1 reki wymieniaja przypadki gdy w styczniu byly odpowiednie warunki na wyjscia czczytowe w Tatrach Wysokich. I KTO W TAKICH WARUNKACH WYCHODZI W GÓRY? KTO NARAŻA MŁODZIEŻ CO NAJMNIEJ NA UTRATE ZDROWIA, A JAK SIĘ OKAZAŁO NA ŚMIERĆ? KTO LEKCEWAZY KOMUNIKATY TOPR?
    OCZYWISCIE WSZYSTKOWIEDZĄCY PAN NAUCZYCIEL

    I nie mówcie że lawiny nie da się przewidziec – kazdy taternik Wam powie, że jak w styczniu grupa wedruje Kotłem Pod Rysami – to szansa że nie spuszczą lawiny to jakies 10-15%. Ale oczywiście nauczyciele są w naszym kraju najmądrzejsi – lepiej od samych lawin wiedzą gdzie one schodzą.
    2. Zajście w Lubawce. A gdzie podczas wycieczki byli nauczyciele? Którzy mają obowiązek opieki nad uczniami podczas wycieczek? Dlaczego nie zabronili swoim podopiecznym wejścia na tą konstrukcję?
    Poza tym przewodnik jednoznacznie wypowiada się że mówił żeby na
    podest nie wchodzić. Pewnie w tym czasie nauczycie zajeci sobą zupełnie nie zwracali uwagi na milusińskich. W końcu płacone mają za odbębnianie lekcji (często trudno nazwać ten „proceder” nauką), a nie za opiekę nad „bachorami” – w ten sposób myśli coraz więcej nauczycieli.
    Pozostaje tylko przestrzec przed korzystaniem z usług monopolistów z g… wartymi „dyplomami ukończenia kierunków pedagogicznych ” i zdać się raczej na własny rozsądek – samemu uczyć dzieci jeśli ich zdrowie, życie i bezpieczeństwo jest nam miłe.

    PS
    Oczywiście prowokuję, ale celem tego wpisu jest pokazane jak jednostronne jest myślenie MZ. Nalęzy potępiać jednostki jeśli działają źle: nauczyciel z Tych, przewodnik w Lubawce, nauczyciele opiekujący się grupą w Lubawce – ale nie znaczy to że od razu należy piętnować całe grupy zawodowe.
    To że zdarzają się wypadki autokarów nie oznacza ze nalezy zlikwidowac kierowcow zawodowych bo ich umiejetnosci i uprawnienia to zwykly świstek, a jest przeciez w Polsce wielu ambitnych mlodych ludzi ktorzy maja prawo jazdy i od czasu do czasu mogliby poprowadzic autokar.

  3. Chciałeś, to masz przykład, na to , ze nie masz pojęcia w sprawach, w których zabierasz głos- cytuję cię : „powędrował szlakiem turystycznym trudnym, ale otwartym dla wedrowców” G….prawda, w tym czasie ogłoszony był II stopien zagrożenia lawinowego! Jesli wg ciebie wtedy jest otwarty szlak dla wedrowców, to sam wybierz sie na Rysy w takich warunkach. Pewnikiem uwolnimy sie wtedy na zawsze od twojej niekompetencji !

    • Szlak był niebezpieczny, co nie oznacza że był formalnie zamknięty. A skocznia w Lubawce była.