Cyrk medialny wokół flary na Giewoncie

„Z fajerwerkami na Giewont. Biuro głupoty ekstremalnej” – taki felieton Bartłomieja Kurasia przeczytałem w dzisiejszej Wyborczej. Na wstępie zaznaczam, że w żadnym wypadku nie popieram tego rodzaju wyczynów ani nie bronię melanżujących na szczycie turystów. Wspomnę pokrótce, że palenie nie „sztucznych”, ale jak najbardziej gorących ogni jest tradycją np. na najwyższym szczycie Niemiec i nie słyszałem o protestach tamtejszych ekologów.  Ale to co mnie w tym przypadku bulwersuje, to wyjątkowo głupi cyrk medialny jaki wokół tej sprawy się rozkręcił, przypominający zabawę w głuchy telefon czy starą tradycję Radia Erewań.

Pan Kuraś szybko znalazł głównego winnego, mianowicie jakieś domniemane, internetowe „Biuro Podróży Ekstremalnej”, któremu jego zdaniem należy zabronić działalności. Tak dosłownie napisane, z dużych liter, jako nazwa firmy. Panu Kurasiowi nie chciało się poświęcić kilku sekund na sprawdzenie, że owo „Biuro…” nigdzie nie istnieje, poza… medialnymi doniesieniami o samej aferze. W krajowym rejestrze biur podróży istnieje tylko jedna firma która ma „ekstremalność” w nazwie, jest to Biuro Holly-wood ze Stalowej Woli, z którego ekipa owszem, organizowała sylwestra za 599 zł tyle że po słowackiej stronie Tatr, na Chopoku (i jak zapewnili w korespondencji prywatnej – nie mieli ze świętowaniem na Giewoncie nic wspólnego). Nigdzie też nie ma i nie było (bo nawet po skasowaniu powinny zachować się kopie google) żadnych ofert – jak to pan Kuraś pisze – „płatnej wyprawy na Giewont w Sylwestra z fajerwerkami i szampanem”. Ale cóż, biura podróży są instytucjami które, według mediów lokują się w pierwszym rzędzie wrogów publicznych i trzeba po nich chłostać ile wlezie, choćby na ślepo.

Wszystko zaczęło się od przechwałek komendanta straży TPN Edwarda Wlazły, który opowiedział swoje luźno skojarzone dyrdymały i pogróżki Tomaszowi Mateusiakowi z Gazety Krakowskiej, po czym tekst, jako chwytliwy, zaczął żyć własnym życiem i trafił nawet na strony „Faktu”.  Pan Kuraś też tam powinien trafić – należałoby mu zabronić pisania do poważnej gazety skoro potrafi jedynie bezmózgowo przetwarzać papkę, zamiast weryfikować czytane w internecie treści.

Dziwne, że w swojej zajadłości na nieistniejące biuro podróży, nie zadał sobie pytania – co w czasie Sylwestra robili strażnicy Parku? Skoro proceder znany jest od lat, skoro wiadomo że w konkretnym miejscu o konkretnej godzinie istnieje wielkie prawdopodobieństwo popełnienia licznych wykroczeń, dlaczego ich tam nie było? Skoro fajerwerki są tak groźne dla zwierzyny to dlaczego strażnicy lekceważą swoje obowiązki?

Niestety wygląda na to, że w zimowe dni Edward Wlazło woli surfować po internecie niż wychodzić w tak przecież mroźny i nieprzyjemny teren. Niedawno wykrył tam straszną aferę – jacyś miłośnicy Tatr umieścili na portalu górskim zdjęcia Kominiarskiego Wierchu, który leży poza szlakami turystycznymi. Używając bardzo „profesjonalnego narzędzia”, czyli konta internetowego edward.wlazlo@interia.eu zbluzgał ich, zarzucił łamanie prawa i zażądał usunięcia zdjęć za co został wyśmiany. Dyskusja o tym tutaj i tutaj.

Obawiam się że mimo chojrackich pogróżek niewiele więcej może zrobić autorom filmików z Giewontu. Może założyć sobie konto na youtube np „youtube.com/edwardwlazlo” i przez skrzynkę wiadomości napisać do nich apel o dobrowolne poddanie się karze. W przeciwnym wypadku sam rozmazany filmik to trochę za słaby dowód. Ponadto należałoby wszcząć międzynarodowe policyjno-prokuratorskie śledztwo, otrzymać numery IP z siedziby youtube w USA (bardzo mało prawdopodobne, już widzę miny rozkochanych w strzelaniu Amerykanów ;) próbować ustalić autorów, wydobyć przyznanie się do winy itd. – spory społeczny koszt, bo strażnikom nie chce się ruszyć w góry i użerać z chuliganami. Wolą np. latem szykanować nauczycieli prowadzących szkolne grupy.

1 Komentarz

  1. Też jestem przeciwko takim fajerwerkom jednak obawiam się, że ocena iż odgłosy sylwestrowych wystrzałów dochodzące ze szczytu Giewontu są szkodliwe dla przyrody otaczającej ten masyw, a z położonego niżej Zakopanego już nie, wynika z wróżenia z fusów po kawie, a nie z konkretnych badań naukowych. A pan Wlazło zapewne uważa siebie za jakiegoś naukowca.