Pani Dalbiak też może zameldować się z kochankiem

Dr. Cybula na swoim blogu zamieścił wczoraj otrzymany jeszcze w marcu 2012 list z Ministerstwa Środowiska, podpisany przez Agnieszkę Dalbiak. List nie wnosi nic nowego do dyskusji, powtarza jedynie wyświechtaną formułkę, że „wymóg konieczności poruszania się grup zorganizowanych wyłącznie z przewodnikiem jest w pełni uzasadniony”.   Żadnej próby analizy aktualnej sytuacji prawnej, na ile tego rodzaju obowiązek jest w ogóle możliwy do sprecyzowania i egzekwowania. Poza tym nie ma tam odpowiedzi na postawiony przez Dr Cybulę problem, i nasuwa się dalsze pytanie – skoro akurat jakieś „grupy zorganizowane” wymagają opieki przewodnika dla dobra ochrony przyrody i ich bezpieczeństwa, to z jakiej racji nie wymagają tego inni turyści?

Odpowiadam krótko – uzasadnione jest również zakładanie ciepłej odzieży zimą, ale przymusu takiego nie ma. Nie ma też żadnej prawnej definicji odróżniającej  „grupy zorganizowane” od „niegrup niezorganizowanych”. Formułka przytoczona przez Panią Dalbiak pochodzi z PRL-u, kiedy organizacja wszelkich imprez turystycznych była kontrolowana przez aparat państwowy, na równi z np. ogólną moralnością społeczeństwa. Na tej samej zasadzie grupy turystyczne musiały posiadać przewodników, jak – co czytamy w książce o życiu erotycznym w PRL-u -

Pokój dwuosobowy w hotelu mogło wynająć tylko małżeństwo. Para bez ślubu nie miała, co w nich liczyć na intymne spotkanie. Rozwiązanie z wynajęciem dwóch jednoosobowych pokoi i potajemne spotkanie się, w którymś z nich, przez parę kochanków nigdy nie gwarantowało spokojnego spędzenia upojnej nocy. Obsługa hotelu pilnie obserwowała czy jakiś Pan nie odwiedza jakieś Pani i czy wszyscy spędzają noc w tych pokojach, w których powinni.

Być może i dziś trafiłby się na prowincji jakiś pruderyjny właściciel pensjonatu, który zechciałby wprowadzić podobne reguły. Niestety, jakakolwiek próba wtrącania się w tak prywatne sprawy gości jest niedopuszczalna. Podobnie dyrektor czy strażnik parku narodowego nie ma prawa wymagać informacji, jak, przez kogo i czy w ogóle został „zorganizowany” wyjazd na teren  jego obiektu, i uzależniać od tego możliwość wstępu czy konieczność poniesienia dodatkowych obciążeń. Tyle na dziś w tym temacie.

Obywatelu, nie daj się zmrozić!

Nie, bynajmniej nie chodzi mi o tę piękną zimową aurę za oknem ale ukuty przez amerykańskich prawników termin chilling effect (dosł. „efekt zmrożenia”). Ale po kolei.

Minęło wiele tygodni od opublikowania kpiarskiej notki „Pałacu Kultury nie pajacuj” w której w sposób rzekomo „niedozwolony” użyłem grafiki przedstawiającej budynek i wyśmiałem prawników tej instytucji. Jak dotąd nikt za to mnie nie pozwał ani nie zaprotestował. Niestety wprowadzająca w błąd notatka nadal wisi na stronach PKiN. I co gorsza, w mediach, które na początku grudnia nagłaśniały „zastrzeżenie wizerunku” Pałacu, nie pojawiły się żadne sprostowania. Jedynie na kilku niszowych portalach można było znaleźć polemiczne teksty. I to niezależnie od politycznych barw – przeciwko zawłaszczaniu popularnych symboli protestowała Krytyka Polityczna, a niedawno na prawicowym pch24.pl Marcin Jędrzejczak opublikował tekst – polecam – Paranoja znaków towarowych. Jest tam ciekawa konstatacja na temat afery z okładką książki „Wieża komunistów”:

Dlaczego zatem wydawnictwo ugięło się przed roszczeniami zarządu Pałacu Kultury? – Mamy tu, moim zdaniem, doskonały przykład tzw. „chilling effectu”; jakaś organizacja poprzez szerokie zastosowanie praw własności intelektualnej powoduje, że część całkiem legalnych działań nie ma miejsca w obawie przez narażeniem się na kosztowne procesy prawne (…) dochodzi do autocenzury.

Nadal pokutuje niewiedza czym właściwie „znak towarowy” jest. Jeżeli firma Procter&Gamble zastrzegła nazwę proszku do prania np. Vizir, to po to aby odróżnić go od innych proszków na półce. Ochrona tego znaku – jak sprawdziłem, dotyczy tylko zakresu chemii gospodarczej, więc teoretycznie można bez problemu pod nazwą Vizir sprzedawać np. serie odzieży albo odmianę tulipanów.  Jaki jest sens zastrzegania nazwy „Pałac Królewski w Wilanowie”? Czy w Wilanowie stoją rzędem pałace, jak proszki na półce w sklepie i turysta mógłby mieć problem z trafieniem do tego właściwego, królewskiego? A może jakiś nowobogacki inwestor kupił działkę obok pałacu i chce tam postawić jego kopię (teoretycznie może, projekt nie jest już chroniony prawem autorskim, musiałby ją tylko inaczej nazwać). Oczywisty absurd. Jeszcze większą aferę wykryła właśnie Fundacja Nowoczesna Polska – milion złotych za prawa do obrazu, który jest w domenie publicznej.

A wracając do naszego podwórka – tak samo jak zarządcy tego czy innego obiektu niesłusznie uzurpują sobie prawo do kontrolowania czy cenzurowania  jego „wizerunku” tak samo – licząc na chilling effect, postępują np. dyrektorzy parków narodowych narzucając bezprawnie „przymus przewodnicki” czy urzędnicy marszałkowscy urządzający uliczne łapanki na przewodników. Tyle że w tym przypadku naprawdę nie ma co obawiać się skomplikowanych i kosztownych procesów.

Wybiórcza poprawność Magdaleny Środy

Wyrok w sprawie „krzyża w Sejmie” sędziny Alicji Fronczyk można uzasadnić (…) dość powszechnym lekceważeniem konstytucji pisze Magdalena Środa

w najnowszym felietonie pt. „Pomidorowa pod Krzyżem”, pomstując na fakt, że władze publiczne nie zachowują bezstronności w sprawach religijnych, do czego zobowiązuje je artykuł 25 konstytucji.

Sam w tej sprawie prezentuję poglądy dość podobne, ale akcja „Wolne Przewodnictwo” jest społeczna i apolityczna, i nie zamierzam ich tu prezentować. Trudno jednak nie zauważyć pewnej prawidłowości. Choć wolność uprawiania zawodów, wolność gospodarcza itp. nie jest bynajmniej zapisana w Biblii, to właśnie środowiska prawicowe, konserwatywne, przywiązane do tradycyjnej religijności są w awangardzie walczących o deregulację. Z kolei tzw. lewica, gębami Kalisza i Jońskiego deregulacji się ostro przeciwstawia, broni interesów mafii i korporacji zawodowych, ukazując wredną twarz niereformowalnego betonowego komucha i antywolnościowca. Pomimo że, jak już pisałem, nawet mocno radykalne frakcje lewicowe w Niemczech walczą dokładnie po drugiej stronie barykady. Może, Pani Magdaleno, przypomni Pani swoim czytelnikom, i przede wszystkim politykom, z którymi Pani sympatyzuje, że wszelkie regulacje zawodowe, wprowadzone głównie przez rządy SLD, drastycznie łamią art 31. ustęp 3 Konstytucji? Od miesięcy bardzo dużo pisze o tym blog deregulacja.blogspot.com.

Rozumiem że nadmierna obecność religijnych symboli w przestrzeni publicznej może kogoś denerwować. Musi Pani jednak przyznać, że  po ulicach nie grasują patrole świętej inkwizycji, nakazujące wszystkim przechodniom padać na kolana przed krucyfiksami. Chodzą natomiast patrole tych, którzy zabraniają bez „państwowego papierka” opowiadać o zabytkach, także religijnych. Łamiąc dodatkowo art 54 Konstytucji, ten o wolności słowa.

Przeszkadza Pan krzyż w Sejmie, a nie przeszkadza to, że jakiś były orbisowski bezpieczniak, tym razem nie z legitymacją SB ale z papierkiem z Urzędu Marszałkowskiego, jak dawniej inwigiluje ludzi na ulicach, podsłuchuje rozmowy, następnie wszczyna awantury i z asystą policją wystawia mandaty za opowiadanie o mieście? Jak czytam „Dawniej obrona krzyża była aktem pewnej odwagi przeciwko ateizowanemu państwu”. Również i dziś trzeba mieć dużo determinacji i odwagi aby walczyć z zawodowymi mafiami i neokomunistycznymi urzędnikami. Niechby i pod tym starym, dobrze sprawdzonym symbolem.

Ile jeszcze ofiar pochłonie reglamentacja zawodu?

Proponuję najpierw przypomnieć sobie mój artykuł sprzed roku. „Przewodnicy beskidzcy prowadzą (prawie) na śmierć?”. Na przykładzie ówczesnych wypadków na Babiej Górze wykazałem, że obecność licencjonowanych przewodników nie gwarantuje bezpieczeństwa. Pisałem to przede wszystkim w kontrze do ciągle przypominanej historii śmierci licealistów prowadzonych na Rysy przez nauczyciela geografii Mirosława Szumnego. Choć od tego lawinowego wypadku minęło już 10 lat, bez przerwy, także i w mijającym roku był wykorzystywany przez lobby przewodnickie jako argument na rzecz zamknięcia ich zawodu i wprowadzenia „przymusu przewodnickiego”.

Tymczasem nie minął rok i doszło do kolejnej, znacznie drastyczniejszej kompromitacji „państwowych” przewodników, tym razem w Sudetach. 3 stycznia trafił do sądu akt oskarżenia przeciwko przewodnikowi wycieczki szkolnej, któremu zarzuca się „umyślne doprowadzenie do zagrożenia życia lub zdrowia grupy 24 osób”.

Proponuję porównać oba wypadki. Nauczyciel w Tatrach powędrował szlakiem turystycznym – trudnym i niebezpiecznym, ale otwartym dla wędrowców. Zejście lawiny było nie do przewidzenia, było związane z ryzykiem jakie zawsze niesie z sobą zimowa wędrówka w wysokich górach. Sąd wziął to pod uwagę i pomimo śmiertelnego żniwa wymierzył stosunkowo niską karę (rok odsiadki w zawieszeniu).

Przewodnik PTTK w Górach Kruczych wprowadził grupę dzieci na przestarzałą drewnianą konstrukcję, która od początku nie służyła jako taras widokowy dla grup turystycznych (a jedynie jako podest dla skoczków), była w stanie opłakanym, wstępu na nią broniły tabliczki z zakazem. Podest zawalił się, dzieci pospadały z kilkumetrowej wysokości, część z nich trafiła do szpitala. Ciekaw jestem jaki będzie wyrok w tym procesie.

Wypadek miał miejsce na początku września 2012, aby poczytać o nim więcej odsyłam do artykułu stronie naszesudety.pl. Włos się jeży na głowie, kiedy czytam o reakcjach organizatorów. Wycieczkę zaplanował Prezes Kamiennogórskiego PTTK Kazimierz Majewski, a przewodnikiem był… jego syn. Obaj od początku aż do teraz wypierają się wszelkiej odpowiedzialności.

„Takie wypadki się zdarzają (…) przewodnik odmówił rozmowy z naszym dziennikarzem. Jak twierdzi jego ojciec Kazimierz Majewski, który jest jednocześnie prezesem kamiennogórskiego PTTK, syn nie kazał wchodzić dzieciom na podest. – A dzieci, jak to dzieci. Nie ma tu jego winy. (…) Jeśli tak uzna, grozi mu nagana ze strony PTTK. Państwowych uprawnień nie jesteśmy mu w stanie odebrać”

Z kolei Gazeta Wrocławska pisała:

Jak udało się nam ustalić, 36-letni przewodnik dopiero od kilku miesięcy miał uprawnienia państwowe do prowadzenia grup w górach. (…)- Jest mocno zestresowany, bardzo przeżywa ten wypadek – powiedział nam Kazimierz Majewski,  prezes kamiennogórskiego oddziału PTTK. Dla niego to też trudna sytuacja osobista, bo za grupę był odpowiedzialny jego syn.

Słyszycie Państwo!!! Ani słowa skruchy, przeprosin, co tam jakieś głupie i nieznośne bachory. Ważne że Jaśnie Pan Prezes  ma trudną sytuację a jego synek jest zestresowany. Na szczęście już około 20 września mógł sobie poprawić humor odbierając liczne podziękowania od całego orszaku funkcjonariuszy i samorządowców.

W środowisku górsko-przewodnickim panuje jakaś dziwna zmowa milczenia na temat tego najnowszego wypadku. W dyskusjach – np. tutaj pojawiają się głosy, że należy pozwolić czasem na odrobinę szaleństwa, bo są i tak o niebo bezpieczniejsze niż sytuacje, które stwarza dzieciarnia bez opieki.

Słyszę też od dawna i inne głosy – państwowy system szkoleń i nadawania uprawnień przewodnickich jest tak skonstruowany, że kwestie bezpieczeństwa są na drugim planie, a programy przeładowuje się gigantyczną ilością historyczno-krajoznawczych szczegółów. Po to żeby komisje egzaminacyjne mogły łatwo eliminować niewygodnych kandydatów, pozostawiając monopol w rękach tych co mają znajomości czy – jak widzimy w tym przypadku – rodzinne koneksje. Wpływy tych mafii sięgają tak daleko, że nawet w planowanej ustawie  Gowina wyłączono przewodników górskich z deregulacji. Szkoły nadal będą zmuszone do korzystania z usług niebezpiecznych partaczy, którym nie można odebrać państwowych uprawnień.

Niedawna deregulacja zawodów związanych z turystyką wodną znakomicie poprawiła bezpieczeństwo.  Jak czytaliśmy w kwietniu – dzięki złamaniu monopolu WOPR, łatwiej było znaleźć władzom Olsztyna ratowników do obsługi miejskich plaż. W przypadku wycieczek górskich ruch taki jest niemożliwy. Zastanawiam się, ile jeszcze ofiar musi zginąć lub zostać poturbowanych, tak jak dzieci z Lubawki. Jaka kolejna „odrobina szaleństwa” jest w stanie otworzyć oczy ustawodawcom. Czy czekają na moment, kiedy jakiś synalek lokalnego prezesa PTTK przyprowadzi grupę dzieciaków nad przepaść, po czym każdemu da solidnego kopniaka?

Póki nie nadejdzie zdrowa konkurencja, pozostaje tylko przestrzec przed korzystaniem z usług monopolistów z g… wartymi „państwowymi uprawnieniami” i zdać się raczej na własny rozsądek.

Internauci kpią z pogróżek Skawińskiego

Dodatek do poprzedniej notki. Dyrektor TPN Paweł Skawiński nadal stroi miny dzielnego tropiciela internetowych złoczyńców. Na prawo i lewo udziela wywiadów np. dla Radia Plus i Radia Kraków. Czytamy: „Turyści ci mogli w nocy wejść na Giewont, ale absolutnie nie wolno puszczać tam fajerwerków”

I to jest pewne novum, w wielu dyskusjach czytałem, że za sam fakt pobytu w nocy na Giewoncie grozi kara, bo na tatrzańskich szlakach nie wolno przebywać po zmroku. Czyżby 31 grudnia zrobiono wyjątek, tak jak reżim Jaruzelskiego zawieszał tzw. godzinę milicyjną Stanu Wojennego na czas Wigilii, Sylwestra i Wielkanocy?  Nie, wystarczy zajrzeć do źródłowego zarządzenia – ów zakaz dotyczy tylko… okresu od 1 kwietnia do 30 listopada. Czyli nocne wycieczki nie przeszkadzają zwierzynie w ciężkiej porze zimowej, a w półroczu letnim tak? Na zdrowy rozum wydawałoby się że jest dokładnie odwrotnie. Ponadto parkowcy informując o tym np. tutaj czy tutaj dziwnie przemilczają fakt sezonowości tego zakazu. Celowa dezinformacja?

Dalej czytamy: „Turyści którzy urządzili sobie Sylwestra na Giewoncie sfilmowali swoje ekscesy i umieścili je na znanym portalu społecznościowym. Dzięki szczegółom znajdującym się na nagraniu udało się ustalić personalia osób, które sztucznymi ogniami witały Nowy Rok na Giewoncie. Park zapowiada że będzie żądał maksymalnej kary dla całej grupy.”

Rzeczywiście, nie trzeba być do tego Sherlockiem Holmesem. Poprzez google łatwo znaleźć np. galerię Stanisława Kamińskiego na facebooku, która jest publicznie dostępna, a jej autor kpi sobie w żywe oczy z medialnych pogróżek:

I dalej, jak z kolei czytamy na stronie Radia Wawa: „Turyści, którzy uwiecznili swoją wyprawę na Giewont, pochodzą z Warszawy. Straż Parku wysłała im wnioski o stawienie się w Zakopanem. Czeka ich pouczenie i mandat.”

Cóż, jeżeli ktoś wykaże patriotyczną, obywatelską postawę i swoimi kilkoma tysiącami złotych pośpieszy ratować dziurę budżetową – nie można mu tego zabronić. Ale obowiązku takiego nie ma. Może nie przyjąć mandatu i odmówić zeznań. Nie wdając się w szczegóły, uważam że sądowne skazanie kogoś na wysoką karę grzywny, wyłącznie na podstawie tak marnej poszlaki jak jakiś rozmazany internetowy filmik jest nierealne.

Tym bardziej, że kiedy poznaję kolejne szczegóły giewontowego sylwestra mam szczere wątpliwości czy… W ogóle do jakiegokolwiek wykroczenia doszło. Skoro turystom wolno chodzić po Tatrach w nocy, to chyba wolno im oświetlać sobie teren? W Ustawie o Ochronie Przyrody jest zapis o ograniczeniu używania otwartego ognia, a nawet palenia tytoniu (sic!) na terenie parku narodowego. Ale – po pierwsze – nie jest to wymienione wśród wykroczeń zagrożonych karą grzywny. Po drugie – to oczywiste, że ustawodawcy chodziło nie o siłę światła, tylko o zagrożenie pożarowe, a o tym na grubym śniegu raczej nie ma mowy. Z wszelkich nagrań, zdjęć i relacji wynika że jedynym odpalanym na szczycie „fajerwerkiem” były nie „puszczane” ale trzymane w ręku race,

a głośna kanonada, która niewątpliwie mogła przepłoszyć tatrzańskie kozice dochodziła z Zakopanego.

I tym – wyjaśniam redaktorowi Kurasiowi –  sprawa różni się od historii zabicia niedźwiadka. Wtedy mieliśmy fakt ewidentnego kłusownictwa, corpus delicti, konkretnych sprawców, konkretny przepis prawa. Nie ma zaś przepisu precyzującego siłę światła jaką może posługiwać się górski wędrowca. A udowodnienie że  to akurat od tych kilku rac na Giewoncie poszkodowane zostały jakieś zwierzęta  jest niemożliwe.

Nie namawiam do łamania prawa, nie strzelam w sylwestra, nie kontestuję kar za niszczenie przyrody. Ale trzeba znać jakieś proporcje – najwyższe grzywny za szkody w TPN mogą być za kłusownictwo, kradzieże, wandalizm a nie za to że sobie ktoś przez kilka minut poświeci. Cały cyrk jest według mnie dowodem na co innego – Pan Skawiński, który nie panując nad emocjami popełnia publicznie jedną gafę za drugą,  nie nadaje się do dyrektorowania tak poważnej instytucji.

Dyskusja także na stronie wykop.pl

Cyrk medialny wokół flary na Giewoncie

„Z fajerwerkami na Giewont. Biuro głupoty ekstremalnej” – taki felieton Bartłomieja Kurasia przeczytałem w dzisiejszej Wyborczej. Na wstępie zaznaczam, że w żadnym wypadku nie popieram tego rodzaju wyczynów ani nie bronię melanżujących na szczycie turystów. Wspomnę pokrótce, że palenie nie „sztucznych”, ale jak najbardziej gorących ogni jest tradycją np. na najwyższym szczycie Niemiec i nie słyszałem o protestach tamtejszych ekologów.  Ale to co mnie w tym przypadku bulwersuje, to wyjątkowo głupi cyrk medialny jaki wokół tej sprawy się rozkręcił, przypominający zabawę w głuchy telefon czy starą tradycję Radia Erewań.

Pan Kuraś szybko znalazł głównego winnego, mianowicie jakieś domniemane, internetowe „Biuro Podróży Ekstremalnej”, któremu jego zdaniem należy zabronić działalności. Tak dosłownie napisane, z dużych liter, jako nazwa firmy. Panu Kurasiowi nie chciało się poświęcić kilku sekund na sprawdzenie, że owo „Biuro…” nigdzie nie istnieje, poza… medialnymi doniesieniami o samej aferze. W krajowym rejestrze biur podróży istnieje tylko jedna firma która ma „ekstremalność” w nazwie, jest to Biuro Holly-wood ze Stalowej Woli, z którego ekipa owszem, organizowała sylwestra za 599 zł tyle że po słowackiej stronie Tatr, na Chopoku (i jak zapewnili w korespondencji prywatnej – nie mieli ze świętowaniem na Giewoncie nic wspólnego). Nigdzie też nie ma i nie było (bo nawet po skasowaniu powinny zachować się kopie google) żadnych ofert – jak to pan Kuraś pisze – „płatnej wyprawy na Giewont w Sylwestra z fajerwerkami i szampanem”. Ale cóż, biura podróży są instytucjami które, według mediów lokują się w pierwszym rzędzie wrogów publicznych i trzeba po nich chłostać ile wlezie, choćby na ślepo.

Wszystko zaczęło się od przechwałek komendanta straży TPN Edwarda Wlazły, który opowiedział swoje luźno skojarzone dyrdymały i pogróżki Tomaszowi Mateusiakowi z Gazety Krakowskiej, po czym tekst, jako chwytliwy, zaczął żyć własnym życiem i trafił nawet na strony „Faktu”.  Pan Kuraś też tam powinien trafić – należałoby mu zabronić pisania do poważnej gazety skoro potrafi jedynie bezmózgowo przetwarzać papkę, zamiast weryfikować czytane w internecie treści.

Dziwne, że w swojej zajadłości na nieistniejące biuro podróży, nie zadał sobie pytania – co w czasie Sylwestra robili strażnicy Parku? Skoro proceder znany jest od lat, skoro wiadomo że w konkretnym miejscu o konkretnej godzinie istnieje wielkie prawdopodobieństwo popełnienia licznych wykroczeń, dlaczego ich tam nie było? Skoro fajerwerki są tak groźne dla zwierzyny to dlaczego strażnicy lekceważą swoje obowiązki?

Niestety wygląda na to, że w zimowe dni Edward Wlazło woli surfować po internecie niż wychodzić w tak przecież mroźny i nieprzyjemny teren. Niedawno wykrył tam straszną aferę – jacyś miłośnicy Tatr umieścili na portalu górskim zdjęcia Kominiarskiego Wierchu, który leży poza szlakami turystycznymi. Używając bardzo „profesjonalnego narzędzia”, czyli konta internetowego edward.wlazlo@interia.eu zbluzgał ich, zarzucił łamanie prawa i zażądał usunięcia zdjęć za co został wyśmiany. Dyskusja o tym tutaj i tutaj.

Obawiam się że mimo chojrackich pogróżek niewiele więcej może zrobić autorom filmików z Giewontu. Może założyć sobie konto na youtube np „youtube.com/edwardwlazlo” i przez skrzynkę wiadomości napisać do nich apel o dobrowolne poddanie się karze. W przeciwnym wypadku sam rozmazany filmik to trochę za słaby dowód. Ponadto należałoby wszcząć międzynarodowe policyjno-prokuratorskie śledztwo, otrzymać numery IP z siedziby youtube w USA (bardzo mało prawdopodobne, już widzę miny rozkochanych w strzelaniu Amerykanów ;) próbować ustalić autorów, wydobyć przyznanie się do winy itd. – spory społeczny koszt, bo strażnikom nie chce się ruszyć w góry i użerać z chuliganami. Wolą np. latem szykanować nauczycieli prowadzących szkolne grupy.

Odpowiedź MEN

W sprawie prób przywrócenia obowiązku przewodnickiego w Tatrach (patrz notka z 20 listopada) Również i ja dostałem odpowiedź – oto skan listu…>

Dziękuję. Jak widzicie Państwo – sprawa jasna. Osoby odpowiedzialne za wycieczkę powinny być zainteresowane a nie zmuszone do wynajęcia usługodawców. A „górskie parki narodowe” które zarządcy uważają za pępek świata, nie są w żaden sposób uprzywilejowane względem innych terenów na których uprawia się sport, turystykę  czy rekreację.

Zderegulowanego Nowego Roku!

Z podsumowującego artykułu, który w ostatni dzień mijającego roku opublikowała PAP, chciałbym zacytować końcówkę: „Za deregulacją opowiada się 65 proc. respondentów CBOS – głównie młodzi ludzie. Przeciwnego zdania jest 17 proc. respondentów, a 18 proc. nie ma opinii”. Na wykresie wygląda to tak:

Dedykuje go tym, którzy uważają że za deregulacją stoi wyłącznie „jedna osoba” czyli Zimowski a przeciwko jest cała reszta narodu, bo tak dużo protestów spłynęło do Rządu i Sejmu.

Tymczasem (dziękuję Panu Romanowi Hrynykowi za podrzucenie linka) – w grudniu na zachodnich kresach naszego kraju zdarzyło się coś, na co czekaliśmy od dawna: Precedensowy proces, w którym szykanowany niemiecki przewodnik wygrał przed polskim sądem!  Informacja – na razie tylko po niemiecku tutaj, więcej linków na fanpage, natychmiast zabieram się za szczegółowe zbadanie i zrelacjonowanie tej sprawy.