Skontrolować dziki rynek przewodników książkowych!

Deregulacyjna debata trwa już rok i w trakcie jej trwania moi adwersarze co nieco się nauczyli. Raczej nie powtarzają już głupot w stylu „na całym świecie zawód jest regulowany”. Zastanawiające jest w tym kontekście ciągłe apelowanie do Rządu i posłów aby wyłączyli przewodnictwo turystyczne spod powszechnej wolności, jaką cieszy się w naszym kraju np. prywatna działalność wydawnicza czy edukacyjna. Skoro – nawet według Sekretarza Generalnego PiT egzaminowane powinny być osoby oprowadzające po miejscowościach terenach i obiektach szczególnie ważnych dla „dziedzictwa narodowego” – logicznym się wydaje, że podobną kontrolę należałoby przecież zastosować wobec innych form przekazywania informacji o nich. Zwłaszcza że przyjeżdżający turyści, zamiast wydać kikaset złotych na przewodnika, chętniej wysupłują kilkanaście czy -dziesiąt na przewodnik książkowy, których najrozmaitsze wersje, w różnych językach wystawione są w każdym krakowskim butiku.

Niejaki Armin Mikos von Rohrscheid, o którym pisałem już kiedyś, miał wystąpienie na niedawnym warszawskim Forum. Z wykładu tego aroganckiego i nieprzyjemnego zarozumialca, po raz kolejny wyniosłem wrażenie, że Polacy to nacja upośledzona, a wolność świadczenia usług na wzór np. Niemiec nie powinna u nas mieć racji bytu. Deregulację porównał do wybuchu bomby atomowej, po którym rynek przejmą karaluchy, prusaki czy inne robactwo, jak  przedstawił na tej – przyznacie – genialnej grafice (całość prezentacji tutaj).

Niestety wygląda na to, że owe pstrokate kolorowe książeczki z napisem Krakau czy Cracovia takimi „karaluchami” już są. Przyjrzałem im się, na żadnej nie znalazłem informacji, że treść zaaprobował Marszałkowski, ani żaden inny WAŻNY PAŃSTWOWY URZĄD. Ich rynek jest zupełnie dziki i niekontrolowany. Zgodnie z ostrzeżeniami anty-deregulatorów, przewodnikami staną się osoby niefachowe, wszelkiej maści uzurpatorzy. Cóż, dzisiaj wydając  książeczkę o Krakowie, też do jej  napisania nie muszę zatrudnić renomowanego historyka sztuki. Taki z pewnością sporo by sobie policzył za swoją robotę. Taniej wynająć jakiegoś studenta albo nawet sprzątaczkę. Jeśli w treści będą same bzdury, co kto mi zrobi? Może najwyżej skrytykować książkę w negatywnej recenzji. Ale czy turysta przed przyjazdem czyta recenzje książek? Gdzie tam. Ładnie oprawiam, wystawiam na straganie, i niech się interes kręci!

Sprawdziłem kto te bohomazy wydaje. Niestety nie żadne szanowane państwowe wydawnictwa jak PWN czy PIW. Ani żadne sprywatyzowane ale z długą państwową tradycją jak Znak czy WL. Ani nawet prywatne, ale z wyraźną kulturotwórczą misją jak WAB albo Słowo/obraz terytoria. Na naszym wspaniałym dziedzictwie narodowym zarabiają drugo- i trzeciogarniturowe oficyny, drukujące przewodniki obok książek kucharskich, kalendarzyków, karnetów i tym podobnej masowej papierowej konfekcji. Dam kilka przykładów: Kier, Festina, Parma Press, Tessa, Gauss, a nawet zagraniczne (o zgrozo!) Edizioni Kina Italia. Napisałem do nich krótki list z prośbą o opinię, czy nie uważają, aby powinni treść swoich publikacji oddawać do kontroli.

A co państwo (moi czytelnicy) i Państwo (Rzeczpospolita Polska) na to powiedzą?

5 Komentarze

  1. Przepraszam za ignorancję. W nawale obowiązków nie doczytałem dokładnie artykułu i nie złapałem jego ironicznego sensu. Choć być może stało się też dlatego, że wymowa treści artykułu nie jest dla mnie tak jednoznacznie akceptowalna. Jestem niewątpliwie za wolnością rynku, ale nie według zasad klasycznego liberalizmu, lub tzw. neoliberalizmu. Ta koncepcja polityczna lub ekonomiczna polegająca na samoregulacji rynku pomaga być może w zwiększeniu jego dynamiki, ale kompletnie nie bierze pod uwagę społecznych jego aspektów. W gruncie rzeczy społeczeństwo jest zbiorowością ludzi funkcjonujących na zasadach swoistej umowy, która ma służyć przede wszystkim ludziom, a nie wykoncypowanym ideologiom. Okazuje się, że czasami pojęcie wolności może być tylko sloganem służącym partykularnym interesom, a umowa społeczna mówi o interesie wspólnym.
    Sytuacja z przewodnikami jest takim właśnie przypadkiem, w którym ścierają się różnorakie interesy. Z jednej strony ludzie, którzy poszukują pracy i chcieliby w jak najprostszy sposób ją zdobyć. Z drugiej strony turyści, którzy wynajmując przewodnika, który miałby ich oprowadzić po mieście, zabytku itp. chcą mieć usługę na przyzwoitym poziomie. Jak rozstrzygnąć, która ze stron ma większe prawa, a przecież pogodzić się ich nie da. Jeśli rynek uwolnimy zupełnie, bardzo szybko pojawią się przewodnicy, którzy przy całkowitym braku wiedzy mogą robić wrażenie wszechstronnie wykwalifikowanych. Z drugiej strony możemy zrozumieć trudy zdawania skomplikowanych i kosztownych egzaminów. A co z przewodnikami, którzy już zdali takie egzaminy i cieszą się względnym brakiem konkurencji w swoim fachu.
    Podobne problemy mamy z wieloma sferami życia społecznego. Każda ma swoistą specyfikę. Taksówkarze chyba nie potrzebują olbrzymiej wiedzy, aby wozić pasażerów, ale prawnicy, notariusze, aptekarze, nie mówiąc już o lekarzach potrzebują wyznaczenia standardu, aby nie dochodziło do niebezpiecznych sytuacji lub chociażby takich, które niezadowalającą klientów.
    Wydaje się, że każda z tych sfer powinna być rozpatrywana indywidualnie i dla każdej z nich powinien zostać znaleziony złoty środek. Wszechogarniający skrajny liberalizm jest złem tak samo jak obwarowanie każdego aspektu życia sztywnymi zasadami. Każda z tych sfer życia, która wykazuje kontrowersje powinna być regulowana na zasadach konsensusu społecznego. Tylko w drodze kompromisu można wypracować najmniej kontrowersyjne regulacje, a i wówczas nie zadowoli się wszystkich. Kuriozalne są natomiast sytuacje, w których decyzje arbitralnie podejmowane są przez jedną z zainteresowanych stron. Przykładem może być zawód adwokata, w którym korporacje adwokackie mają prawo decydować kto ma zastać adwokatem, lub radcą prawnym. Nie wystarczają np. zaliczone studia. Podobnie jest z egzaminem na kierowcę. Zakres wiedzy potrzebny do stania się kierowcą daleko wykracza obecnie poza konieczne informacje dla kierowania pojazdem – słynne pytanie do przyszłego kierowcy samochodu osobowego o długość wystawania towaru z tyłu samochodu ciężarowego.
    Wracając do problemu przewodników. Jestem z wykształcenia historykiem sztuki i być może dlatego uważam, że całkowita liberalizacja rynku przewodnickiego nie byłaby właściwa. Rzeczywistym kontrargumentem mogłaby być sarkastyczna konstatacja pierwotnego artykułu, że w podobny sposób jak przewodników należałoby regulować wydawców przewodników. Być może tak, jeśli uznajemy, że informacje w nich zawarte powinny być na pewnym poziomie. Choć można by uznać, że to rynek łatwo wyeliminuje tych wydawców, którzy ewidentnie zaniżają poziom. Posiadają oni poza tym pośredników (hurtownie, sklepy), którzy sami mogą tej eliminacji dokonać. W wypadku przewodników zachodzi obawa, że dostęp nieuczciwych, niewykwalifikowanych przedstawicieli tego zawodu może być nieograniczony i nie podlegający ograniczeniu. Turysta jeśli nie korzystałby z oficjalnych przewodników jakiejś organizacji, miasta, muzeum itp. nie byłby w stanie zweryfikować jakości usług. Choć z drugiej strony jeśli turysta chce mieć gwarancje dobrej jakości informacji przewodnickiej może korzystać z takich właśnie organizacji, które jakość gwarantują. Być może po uwolnieniu rynku powstałyby takie korporacje, na wzór chociażby taksówkowych.
    Problem polega na dyskusji, której chyba u nas nie ma zbyt wiele. Władze państwowe dokonuje wyboru dość arbitralnie wyrażając właściwe dla nich koncepcje polityczne. Wpadamy z jednej prawicowej skrajności w drugą liberalną. Sami zainteresowani mają chyba w tym procesie decyzyjnym najmniej do powiedzenia. Warto takimi dyskusjami to zmieniać.
    Powodzenia
    Rafał Jabłoński

  2. Jestem właścicielem wydawnictwa Festina i chętnie odniosę się do powyższych zarzutów, mimo że autor tego listu nie odważył się na podanie swej tożsamości.
    Mam wrażenie, że autor tekstu nie bardzo wie o czym mówi i należy do tego, specyficznego grona ludzi, którzy wszystko chcieliby mieć pod absolutna kontrolą i reglamentacją ponieważ uważają, że wiedzą lepiej. Wiem z obserwacji tego rynku, że większość właścicieli tego typu firm jest zawodowo związana z tematyką, którą się zajmuje, Jest wśród nich wielu historyków, historyków sztuki oraz fotografików. Często są to wydawnictwa autorskie, podobnie jak moje. Do pisania tych tekstów wynajmowani są zazwyczaj fachowcy, choć być może nie ci z najwyższej półki, ale bardzo często z tej tylko przyczyny, że tamci po prostu nie chcą uczestniczyć w tak „niepoważnych” projektach. Tak rzeczywiście, tego typu wydawnictwa są traktowane z dużą dozą niechęci, szczególnie przez tę cześć świata naukowego, która zajmuje się „wyższymi” celami – pisze pozycje stricte naukowe. Wspaniale, jestem również czytelnikiem takich publikacji. Warto byłoby jednak zdać sobie sprawę, że nasza planeta nie kończy się na świecie, który nas interesuje. Istnieją również ludzie innych zawodów i zainteresowań, dla których sztuka lub historia jest tylko elementem otaczającego ich świata i to nie najważniejszym. Tacy ludzie, na szczęście, chcą podróżować, zwiedzać, ale nie są zainteresowani szczegółowymi badaniami naukowymi nad zabytkami, które oglądają. Nasi turyści, ponieważ są pokoleniem „obrazowców” potrzebują przede wszystkim zdjęć jako pamiątki ze swoich wojaży, ale również podstawowych, łatwo przyswajalnych informacji, które będzie można przypomnieć sobie szybko, leząc na sofie, dłuższy czas po zakończeniu podróży. Takie wydawnictwa nie są wymysłem polskim. Są one stałym elementem większości bardziej lub mniej znanych zabytków na całym świecie. Wydawnictwa polskie nie odkrywają niczego nowego, a wręcz przeciwnie wzorują się na rynkach zachodnich. Takie po prostu jest zapotrzebowanie.
    Deprecjonowanie tego typu wydawnictw tylko dlatego, że służą celom nienaukowym jest nie na miejscu. Moim zdaniem służą one świetnie czytelnikom o węższym zakresie zainteresowania tematem.
    Jeśli chodzi natomiast o fotografie zawarte w tego typu publikacjach. Uważam, że są one generalnie na wysokim poziomie. Wiem co mówię ponieważ od dwóch pokoleń moja rodzina zajmuje się tego typu fotografią, a ja sam specjalizuje się od 30 lat w fotografii architektury. Są publikacje z fotografią estetyczną i artystyczną, ale są publikacje gdzie fotografia dokumentacyjna musi spełniać swoje podstawowe funkcje. Poza tym wielu wydawców publikuje pozycje dużo bardziej ambitne fotograficznie. Albumy deprecjonowane przez autora powyższego artykułu są często tylko częścią działalności publikujących je wydawnictw, ale częścią konieczną, ponieważ przynoszącą zysk. Sam posiadam w swoim wydawnictwie książki lub pocztówki, które były realizacją moich ambicji twórczych, ale niestety w całości lub dużej części poszły na przemiał: http://www.festina.org.pl/index.php?cPath=20_28. Czasami nie dlatego, że nikt ich nie chciał kupować, a dlatego, że nie przysparzały dostatecznych zysków księgarni lub hurtowni.
    Autor powyższego tekstu nie ma racji, że tego typu wydawnictwami nie zajmowały się „szanowane państwowe wydawnictwa”. Oczywiście, że tak, ale nie sprostały konkurencji. Miały grafikę, jak za króla ćwieczka, a zdjęcia kupione od fotografów pół wieku temu. Proszę pokazać mi szacowne wydawnictwo, które umieści w małym albumiku ponad 500 zdjęć. Proszę pokazać mi fotografów, którzy dla cudzego wydawnictwa, za 30 zł wyczekają na właściwe ujęcie kilkanaście mroźnych poranków. Takie wyrzeczenia można znaleźć tylko w małych, autorskich wydawnictwach, które czasami może nie są perfekcyjne, może robią błędy, najczęściej dlatego, że nie mają pieniędzy na bardzo profesjonalne działania, ale wnoszą pasję, różnorodność i takie wartości, które obce są bogatym konsorcjom, których jedynym celem są zyski. Deprecjonowanie tych małych wydawnictw, które próbują znaleźć swoją niszę na rynku i dołożyć swoją kolorową cegiełkę jest podcinaniem gałęzi na której siedzimy.
    Mam jednak wrażenie, że autor tego tekstu nie musi się martwić. Za chwilę małe, autorskie wydawnictwa znikną z rynku. Małe księgarnie, ze względu na wysokie czynsze, znikają. Zglobalizowane sieci księgarskie i duże hurtownie stawiają tak nieuczciwe warunki, że przetrwają tylko duże firmy. Miasta, w imię minimalizmu przestrzeni architektonicznej czyszczone są dokumentnie ze stelaży sprzedających te, jak Pan nazwał „karaluchy” wydawnicze.
    W muzeach sklepiki z tego typu publikacjami są również likwidowane. W zamian wystawiane są wyłącznie książki naukowe, których sprzedaż jest absolutnie znikoma.

    Z poważaniem

    Rafał Jabłoński

    • Panie Rafale, chyba nie do końca zrozumiał Pan ironiczną wymowę tego artykułu. Na ile ja to zrozumiałem retoryką karaluchów posługiwał się ten von Rohrscheid.

    • Panie Rafale!
      Czy tak trudno zrozumieć, że autor bloga wyśmiewa absurdalną sytuację w naszym kraju, gdzie w wydawnictwach przewodnikowych panuje wolny rynek, a żeby móc to samo co opisuje ilustrowany przewodnik pokazać w terenie turystom trzeba ukończyć drogie, wielomiesięczne kursy, zdać karkołomne egzaminy przed państwową komisją i uzyskać urzędową legitymację z pieczątką z orzełkiem, upoważniającą do przekazywania informacji jako przewodnik?

      Czy to jest normalne dla kraju, gdzie rzekomo panuje wolny rynek i obowiązuje konstytucyjny zakaz cenzury, że dajmy na to autor przewodnika nie ma formalnie prawa oprowadzić wycieczki po opisywanych przez siebie miejscach i przekazywać turystom informacji krajoznawczych, jeśli nie ma urzędowego pozwolenia?

      Czy to nie jest de facto już nawet nie zakamuflowana, a jawna cenzura?

    • Panie Rafale, ja nie ukrywam swej tożsamości, mail wysłany wczoraj – także podpisałem imieniem i nazwiskiem, może coś „ucięło” na łączach :)

      Bardzo serdecznie dziękuję za tę piękną wypowiedź która oczywiście potwierdza to o czym myślimy – wolny rynek i wolność wypowiedzi nie oznacza „złej jakości” i dobrze, aby przewodnicy „mówiący” też sobie to uświadomili.

      Może jeszcze któryś z wydawców się wypowie, spróbuję zainteresować tym media.