TPN nie może zmusić do wynajmowania przewodnika

Sprawa „przymusu przewodnickiego” w Tatrach wraca ponownie. Paweł Skawiński, dyrektor Tatrzańskiego Parku Narodowego nie daje za wygraną i jak czytamy w dzisiejszym artykule Barbary Suchy zapowiada „zakazanie wycieczkom szkolnym ruszania w góry bez przewodnika”.
Na początku wielkie gratulacje dla Minister Edukacji Narodowej Krystyny Szumilas. Przypomnę że w październiku TPN wystąpił do niej z pismem (zniekształcając nazwisko) z prośbą o wydanie resortowego rozporządzenia zapewniającego łatwą kasę przewodnikom. Sam również interweniowałem w tej sprawie przysyłając do MEN obszerne dossier. W tej sprawie mamy sukces, bo odpowiedź Ministerstwa brzmi:

„istniejące przepisy są wystarczające, bo nakładają na organizatora wyjazdu obowiązek powierzenia dzieci pod opiekę specjaliście w danej dziedzinie”.

I koniec, kropka. Niestety, wbrew temu co czytamy w artykule, nie jest możliwe wydanie skutecznego prawnie zarządzenia o takiej treści, aby na wybraną grupę swoich klientów firma TPN nałożyła dodatkowe obciążenia za możliwość wędrówki po publicznie udostępnionych szlakach. Oczywiście że takie zapisy istnieją od lat w różnych regulaminach, a parki i przewodnicy tradycyjnie liczą na niską świadomość zwiedzających, i na to że organizatorzy „dla świętego spokoju” wynajmą i opłacą figuranta. Z tym jednak jest coraz lepiej ostatnio, o czym świadczą listy i telefony, które dostaję.

Nie istnieje możliwość zdefiniowania czym jest, a czym nie jest „wycieczka szkolna”. Regulamin TPN nie jest „prawem państwowym”, ale częścią umowy, jaką klient zawiera z zarządcą terenu kupując bilet. Jeżeli umowa taka zawiera niedozwolone postanowienia (a takim byłby wybiórczy przymus przewodnicki), nie ma obowiązku stosowania się do nich. Pisałem o tym tutaj, pisałem też tutaj o absurdalności nakładania dodatkowych obciążeń właśnie na młodzież. Z innymi absurdami wypowiadanymi przez Skawińskiego po raz chyba dziesiąty dyskutować nie zamierzam, jak kto ciekawy – niech sobie poszpera w archiwum bloga.

Muszę jednak wrócić do sprawy która wydawała się już zamknięta. W styczniu br. zasugerowałem że praktyki upartego przywracania przymusu przewodnickiego mogą wskazywać na korupcję – uleganie wpływom przewodników (korupcja z definicji niekoniecznie musi wiązać się z przyjmowaniem jakichś materialnych gratyfikacji) oraz niegospodarność, gdyż uzależnianie sprzedania usługi własnej (wstępu do TPN) od zakupu usługi w firmie zewnętrznej (od przewodnika)  naraża zarządzaną jednostkę na straty. Paweł Skawiński wielce obraził się na te insynuacje, i zażądał  ode mnie odwołania tych zarzutów i przeprosin. Wykazując się dobrą wolą (nie musiałem, gdyż uważam że mieściło się to w granicach dozwolonej krytyki osób publicznych – więcej o tym tutaj)  przeprosiny zamieściłem, licząc że krytykowany pójdzie po rozum do głowy i więcej nie wygłupi się podobnymi działaniami. Niestety – jak czytamy, nadal się ośmiesza, a jak jego działania są postrzegane, można przeczytać na forum pod artykułem.

Walki na froncie niemiecko-włoskim

A propos zapowiedzianego na dziś „końca świata”. Pamiętam taki dowcip z czasów PRL-u, kiedy nasi rodacy masowo wozili po demoludach kontrabandę . „Nastąpił koniec świata… Żydzi prowadzą wojnę, Niemcy walczą o pokój, a Polacy handlują…” Niemcy (kajzerowskie) i Włochy (królewskie) przed niespełna stu laty walczyły po dwóch stronach barykady, ci ostatni znaleźli się potem w obozie zwycięskim. Oby tam razem stało się odwrotnie, kiedy też na froncie niemiecko-włoskim tyle że w Europarlamencie trwa zacięta walka. Kibicujmy dzielnym teutońskim lewicowym liberałom, żeby rozgromili mentalnych spadkobierców Mussoliniego.

DRV czyli największa niemiecka organizacja przedsiębiorców turystycznych – opublikowała właśnie na swoich stronach prezentację o najnowszych zagadnieniach  politycznych, w które jest zaangażowania. Wśród kilku najważniejszych jest walka o całkowitą wolność transgranicznego świadczenia usług pilocko-przewodnickich, co szczegółowo przedstawiono w tym artykule. Jest tam taka obrazowa grafika, którą przetłumaczę:

Chodzi w niej o to o czym pisałem w lutym – unowocześnienie doktryny uznaniowej 2005/36/WE. Jedynym bowiem sensem jej stosowania jest ochrona dóbr konsumenta (!!!) a nie miejscowego oferenta usług, a już tym bardziej nie jakaś polityczna cenzura treści. Chodzi więc o to, aby np. polski hydraulik który naprawia zlew Francuzowi nie zrobił fuszerki. Powyższa grafika właśnie przedstawia – to o czym też pisałem w poprzedniej notce: Przyjezdny pilot/przewodnik obsługuje wyłącznie swoich klientów w oparciu o umowę zawartą w swoim kraju i nie uczestniczy w lokalnym rynku usług, lokalny (włoski) konsument  w ogóle z jego usług nie korzysta (tak jak korzystałby np. z usług przyjezdnego hydraulika). Dlatego wymaganie potwierdzenia kwalifikacji wobec miejscowych urzędów jest kompletnie bez sensu. Jest natomiast wykorzystywane wbrew zjednoczeniowym europejskim ideom do szykan, kar albo nawet nie wpuszczania przyjezdnych do poszczególnych obiektów. I o to teraz trwa zażarta walka w Europarlamencie z posłami włoskimi.

Jak się w tym widzą nasi Europosłowie – podejrzewam że o niczym nie mają pojęcia albo nadal sympatyzują z komunofaszystami.  Można by ich o to zapytać. Pamiętacie żenującą interpelację Sonika? Tymczasem na wysłuchaniu publicznym w Sejmie sekretarz generalny PIT Tomasz Rosset

Po raz kolejny skompromitował swoją organizację wypowiedzią w której postulował wprowadzenie egzaminów i lokalnych licencji na oprowadzanie po terenach i obiektach w oparciu o dyrektywę… Szczerze mówiąc jest to taki bełkot, że nawet ja nie rozumiem o co w nim chodzi i co ma tutaj jedno z drugim wspólnego.

Skontrolować dziki rynek przewodników książkowych!

Deregulacyjna debata trwa już rok i w trakcie jej trwania moi adwersarze co nieco się nauczyli. Raczej nie powtarzają już głupot w stylu „na całym świecie zawód jest regulowany”. Zastanawiające jest w tym kontekście ciągłe apelowanie do Rządu i posłów aby wyłączyli przewodnictwo turystyczne spod powszechnej wolności, jaką cieszy się w naszym kraju np. prywatna działalność wydawnicza czy edukacyjna. Skoro – nawet według Sekretarza Generalnego PiT egzaminowane powinny być osoby oprowadzające po miejscowościach terenach i obiektach szczególnie ważnych dla „dziedzictwa narodowego” – logicznym się wydaje, że podobną kontrolę należałoby przecież zastosować wobec innych form przekazywania informacji o nich. Zwłaszcza że przyjeżdżający turyści, zamiast wydać kikaset złotych na przewodnika, chętniej wysupłują kilkanaście czy -dziesiąt na przewodnik książkowy, których najrozmaitsze wersje, w różnych językach wystawione są w każdym krakowskim butiku.

Niejaki Armin Mikos von Rohrscheid, o którym pisałem już kiedyś, miał wystąpienie na niedawnym warszawskim Forum. Z wykładu tego aroganckiego i nieprzyjemnego zarozumialca, po raz kolejny wyniosłem wrażenie, że Polacy to nacja upośledzona, a wolność świadczenia usług na wzór np. Niemiec nie powinna u nas mieć racji bytu. Deregulację porównał do wybuchu bomby atomowej, po którym rynek przejmą karaluchy, prusaki czy inne robactwo, jak  przedstawił na tej – przyznacie – genialnej grafice (całość prezentacji tutaj).

Niestety wygląda na to, że owe pstrokate kolorowe książeczki z napisem Krakau czy Cracovia takimi „karaluchami” już są. Przyjrzałem im się, na żadnej nie znalazłem informacji, że treść zaaprobował Marszałkowski, ani żaden inny WAŻNY PAŃSTWOWY URZĄD. Ich rynek jest zupełnie dziki i niekontrolowany. Zgodnie z ostrzeżeniami anty-deregulatorów, przewodnikami staną się osoby niefachowe, wszelkiej maści uzurpatorzy. Cóż, dzisiaj wydając  książeczkę o Krakowie, też do jej  napisania nie muszę zatrudnić renomowanego historyka sztuki. Taki z pewnością sporo by sobie policzył za swoją robotę. Taniej wynająć jakiegoś studenta albo nawet sprzątaczkę. Jeśli w treści będą same bzdury, co kto mi zrobi? Może najwyżej skrytykować książkę w negatywnej recenzji. Ale czy turysta przed przyjazdem czyta recenzje książek? Gdzie tam. Ładnie oprawiam, wystawiam na straganie, i niech się interes kręci!

Sprawdziłem kto te bohomazy wydaje. Niestety nie żadne szanowane państwowe wydawnictwa jak PWN czy PIW. Ani żadne sprywatyzowane ale z długą państwową tradycją jak Znak czy WL. Ani nawet prywatne, ale z wyraźną kulturotwórczą misją jak WAB albo Słowo/obraz terytoria. Na naszym wspaniałym dziedzictwie narodowym zarabiają drugo- i trzeciogarniturowe oficyny, drukujące przewodniki obok książek kucharskich, kalendarzyków, karnetów i tym podobnej masowej papierowej konfekcji. Dam kilka przykładów: Kier, Festina, Parma Press, Tessa, Gauss, a nawet zagraniczne (o zgrozo!) Edizioni Kina Italia. Napisałem do nich krótki list z prośbą o opinię, czy nie uważają, aby powinni treść swoich publikacji oddawać do kontroli.

A co państwo (moi czytelnicy) i Państwo (Rzeczpospolita Polska) na to powiedzą?

Niemiecka lewica walczy z regulacjami zawodów, polska je chce zaostrzać!

„Deregulujmy, ale te zawody, które są zderegulowane w całej Unii Europejskiej. Tymczasem minister chce zderegulować w Polsce zawody, które gdzie indziej, nie bez powodu, są regulowane.” Powiedział rzecznik SLD Dariusz Joński. Świetnie. W takim razie nie zderegulujemy żadnego, bo dla każdego z obecnie otwieranych zawodów da się znaleźć jakiś przykład jednego czy kilku unijnych krajów, w którym się go reglamentuje. Rozwijając tę filozofię, skoro z jakiegoś niewątpliwie ważnego powodu regulowany jest np. zawód pszczelarza w Słowenii, dziennikarza we Włoszech albo organisty w Finlandii to uregulujmy go i u nas. Będziemy mieć ponad 1000 regulowanych zawodów (bo tyle mniej więcej figuruje w regulated professions database) i zapanuje powszechna szczęśliwość i bezpieczeństwo.

Pan Joński troszczy się  przewodników pisząc że nasz przewodnik, który pojedzie do Austrii, Hiszpanii czy Portugalii i będzie chciał oprowadzać, na przykład, po Wiedniu, zostanie natychmiast powstrzymany. W takich miastach nie można prowadzić wycieczki bez stosownych uprawnień! - Jakbym słyszał dowcip z radia Erewań. Przypomnę, że Sejm RP tworzy prawo na terenie Polski a nie np. Austrii. Krótkoterminowe transgraniczne wykonywanie czynności przewodnickich celem realizacji umowy zawartej w Polsce powinno być dozwolone w każdym publicznym miejscu na terenie Unii i posiadanie formalnych polskich „uprawnień” nie ma tu nic do rzeczy. Problem w tym, że w kilku miejscach Europy prawo to jest nagminnie łamane. W Wiedniu – przez klikę miejscowych polskojęzycznych przewodniczek, które donoszą na rodaków magistrackim służbom. Ale to jest anomalia, z którą intensywnie walczą politycy… z czerwonymi krawatami. Tyle że nie nasi – a ci zza Odry.

Cieszę się, panie Dariuszu że Pan podjął temat i mam nadzieję że polityk tej klasy – nawet jeżeli pozwolił się wprowadzić w błąd, czym prędzej go sprostuje. Wokół problemu oprowadzania turystów za granicą i rzekomej  konkurencji zagranicznych przewodników narosło już tyle mitów i „miejskich legend” że aż głowa pęka. Najlepiej zasięgnąć wiedzy u niezależnych ekspertów. Przeczytałem, że w czerwcu spotkał się Pan z liderem niemieckiej lewicy, szefem SPD, Sigmarem Gabrielem i zadeklarował „chęć wymieniania się doświadczeniami i pomysłami”. W takim razie bardzo proszę skontaktować się z rzecznikiem do spraw polityki turystycznej (jest taki!) SPD Panem Hansem-Joachimem Hackerem. W marcu 2010 złożył on – wraz z kilkoma innymi posłami lewicowego skrzydła partii- m.in. Iris Gleicke i Andreą Nahles

Zapytanie do rządu federalnego jakie środki planuje podjąć przeciwko szykanowaniu niemieckich przewodników we Włoszech i Hiszpanii. Nie ma tam bynajmniej żadnych sugestii żeby uregulować ten zawód w Niemczech, ale przywołać do porządku krnąbrnych południowców i wymusić na nich poszanowanie unijnych wolności. W efekcie ich lobbingu trwają prace nad unowocześnieniem dyrektywy uznaniowej, w tym kierunku aby świadczenie usług takich jak przewodnickie nie było niczym skrępowane ani nie wymagało żadnych „uprawnień”. Szczegółowo pisałem o tym tutaj.

O obciachowości SLD-owskiej, antyderegulacyjnej batalii pisałem już kilka dni temu, pisze też dziś o tym pokrewny blog.

No i wciąż jestem ciekaw, kiedy coś na ten temat oznajmi Krytyka Polityczna.

Videoblog i nieudacznicy w Sejmie

Choć jest to nieco bardziej pracochłonne niż pisanie bloga, postanowiłem nagrać również kilka filmików informacyjnych. Oto pierwszy z nich>>>

Jeszcze dodam – na takie szkolenia pilockie jak wspomniane w Wlk Brytanii również przyjeżdżają Polacy i na równych zasadach konkurują z innymi. To nie jest tak jak przedstawia Wojciech Huk, dodając jakiś bełkot o dyrektywach uznaniowych, że zagraniczne biuro musi zatrudnić swojego krajana do pilotowania całej wycieczki – to było regułą 10-20 lat temu, dziś jest dla wielu nieopłacalne i niepotrzebne. Równie dobrze może to być Polak, bez żadnych „państwowych papierów” – oczywiście musi wykazać się odpowiednią znajomością języków i poziomem kultury. I de facto wielu Polaków oprowadza samodzielnie grupy np. brytyjskie nie tylko w Polsce ale i innych krajach europejskich czy egzotycznych, zwykle płacąc od tej działalności podatki w Polsce. Szkolenia zresztą organizowane są także i w Polsce – tutaj wywiad zrobiony przy okazji jednego z nich w 2008 r.

Natomiast miernoty i nieudacznicy przychodzą do Sejmu bezczelnie lamentować, żeby posłowie wprowadzili „policyjny” nakaz wynajmowania ich do ględzenia, jeszcze w dodatku z nutą politycznej indoktrynacji!!! Posłuchajcie nagrania…>

Pałacu Kultury, nie pajacuj!

Gdy byłem w Warszawie wpadł mi w ręce artykuł „Licencjonowane wariacje z pałacem”. Szybko znalazłem w sieci kolejne doniesienia – np. tutaj, tutaj czy tutaj a na oficjalnej stronie PKiN błędną informację prawną, jakoby za komercyjne wykorzystanie „wizerunku” (sic!) należało płacić. Do tego magistraccy urzędnicy planują podobną „ochroną” objąć kolejne co atrakcyjniejsze budowle Warszawy.

Wielokrotnie na tym blogu piętnowałem radosną legislacyjno-interpretacyjną twórczość państwowych czy samorządowych urzędników, jak np. próby uprawiania politycznej cenzury przewodników turystycznych (tutaj i tutaj) czy też stosowanie nielegalnego przymusu zakupu  usług (tutaj) ale to o czym teraz piszą warszawskie media przekracza wszelkie wyobrażalne pojęcie. I co gorsza piszą, publikują wypowiedzi hochsztaplerów bez cienia krytycznej analizy czy fachowego komentarza.

Konieczność płacenia zarządcom publicznych budowli za publikacje ich zdjęć w celach komercyjnych… Byłby to koszmar dla każdego organizatora turystyki, który zdjęć takich umieszcza setki w katalogach wycieczkowych ofert. Oczywiście to nonsens, bo „ochrona wizerunku” w polskim prawie autorskim dotyczy wyłącznie żyjących osób, a ochrona znaku towarowego – tylko w jego konkretnej, opatentowanej treści (jak np. w przypadku PKiN – grafik) i w kontekście oznaczania sprzedawanych produktów. Publikacja widoków publicznych i ich twórczych remiksów żadnej zgody ani opłat nie wymaga, co szczegółowo wytłumaczyła jedna z kancelarii na przykładzie Stadionu Narodowego. Zaś próba urzędniczego zakazu umieszczania ich „w niewłaściwym kontekście” to po prostu kolejne zakusy na uprawianie konstytucyjnie zabronionej cenzury.

Niestety z tego co czytam wynika, że proceder trwa już jakiś czas a wielu ignorantów kupiło ściemę. Na przykład pewne duże wydawnictwo. Jeśli to prawda co czytam, że ponieśli jakieś koszty to sorry – ale mogą zmienić nazwę na „Frajer i ferajna”. Cóż, skoro wszyscy tylko pusto dywagują, i się boją a nikt nie działa – postaram się zrobić małą prowokację. Właśnie wysyłam do Zarządu PKiN list następującej treści:

Szanowni Państwo,

Z zainteresowaniem przeczytałem informację o „wykorzystaniu wizerunku Pałacu Kultury” jak też Wasze wypowiedzi prasowe na ten temat. Z przykrością stwierdzam że są one błędne.
Osobiście – jako właściciel małego biura turystycznego „wykorzystuję wizerunek” administrowanego przez was budynku w celach jak najbardziej „komercyjnych czy zawodowych” czyli reklamowania wycieczek do Warszawy - link1 link2 link3

Nie zamierzam jednak płacić ani w jakikolwiek sposób konsultować z Wami sposobu publikacji moich  zdjęć wykonanych w miejscach publicznych.
Informuję jednocześnie, że rozpowszechnianie takich błędnych informacji w celu wzbogacenia się jest nieuczciwą praktyką rynkową w rozumieniu Ustawy o przeciwdziałaniu nieuczciwym praktykom rynkowym z dnia 23 sierpnia 2007 r. (tekst jednolity Dz.U. 2007 nr 171 poz. 1206). Zgodnie z Art. 12. 1. tej ustawy, jako konsument którego interes został zagrożony, żądam zaniechania tej praktyki i złożenia publicznego oświadczenia o błędnej interpretacji prawa technicznego i autorskiego. Wspomniana strona internetowa winna być usunięta albo treść na niej poprawiona. W szczególności, aby nie wprowadzać konsumentów w błąd, nie powinna się na niej znajdować fotografia budynku, tylko rzeczywiście zastrzeżone znaki towarowe.

Z poważaniem – Maciej Zimowski, właściciel biura bird.pl

I tyle mogę zrobić ja jako ten, którego „interes został jedynie zagrożony”. Natomiast ci którzy rzeczywiście mieli problemy, mogą zgodnie z Art. 12. 1. 4. wspomnianej ustawy zażądać naprawienia wyrządzonej szkody i zwrotu niesłusznie pobranej kasy.

A już zupełnie rozbawiła mnie wypowiedź Dyrektora Biura Prawnego PKiN Jacka Nyca: „Odmówiliśmy też studentom, którzy z Pałacu chcieli zrobić w internecie kurczaka. Wizerunek gmachu ma być pozytywny.” Kiepski ze mnie grafik, ale spróbuję na szybko zrobić z Pałacu ptaka, którego uwielbiam w szczególności:

A zdolniejszych artystów zapraszam do publikowania kolejnych remiksów!

Teatr upiorów ze starej szafy

„Jesteśmy na scenie, ale pilot i przewodnik jest trochę jak aktor” – tymi słowy zagajono obrady warszawskiego VIII Forum Pilotażu i Przewodnictwa.

Widowisko, który potem nastąpiło można zaliczyć do kategorii horrorów buffo klasy C. Jednak kilka dobrych humorystycznych gagów było, i na nich, jako największej wartości spektaklu, skupmy się najpierw.

Do rękoczynów na szczęście nie doszło, ale po raz kolejny musiałem znosić zaczepki i wykrzykiwanie pod moim adresem odzywek żebym „zdał egzaminy” – nie wiem za bardzo z czego, i przed kim a wykrzykiwały je osoby, których wiedza o społeczeństwie, polityce i zasadach demokracji była na poziomie przedszkolnym. Zabawny był moment na końcu, kiedy proponowano zrobić głosowanie „kto jest za deregulacją” i zapisać je w protokole. Ja bym raczej zrobił ankietę kto na jakie partie głosował rok temu. Jedna z zaczepiających mnie pań przewodniczek warszawskich zapytana przyznała, że na PiS. No i bardzo dobrze, bo deregulacja to przede wszystkim ich inicjatywa. To Pan Prezes tej partii najgłośniej i najkonkretniej mówił przed wyborami o konieczności otwierania dalszych zawodów. NB dziękuję za zaproszenie do biura Posła Wiplera, będziemy współpracować przy redagowaniu materiałów informacyjnych w ramach akcji „Otwórz system”.

Okazało się też, że środowisko które tak przestrzega przed rozrostem szarej strefy, same niezwykle ochoczo tę strefę tworzy. Padały wzajemne oskarżenia, o to że przewodnicy jeśli tylko mogą unikają wystawiania rachunków. Sam typowych przewodników miejskich zatrudniam rzadko, ale też się z tym spotykam, np. tłumaczenie „nie wystawię bo zawiesiłem działalność” itp.

Tomasz Herdzin, pilot z Torunia i współorganizator poprzedniego Forum (z którego materiały – ocenzurowane z mojego referatu! – zostały rozdane uczestnikom) skonsternował salę opowieścią o swojej niedawnej zawodowej przygodzie. Pilotował wycieczkę krajoznawczą, na którą prywatnie, incognito z żoną wybrał się… wiceminister gowinowskiego Ministerstwa Sprawiedliwości. Praca pilota została oceniona dobrze, ale przewodnicy których mu przydzielono byli – jak się krygująco wyraził „co najwyżej przeciętni…” co utwierdziło przedstawiciela Rządu w przeświadczeniu o konieczności otwarcia zawodu.

Reportażyk z Forum autorstwa Anny Kłossowskiej ukazał się w Rzeczpospolitej. Zostałem w nim przedstawiony jako właściciel biura, czego nie lubię, bo oddzielam sprawy Akcji W.P. od spraw biznesu. Ale inaczej się nie dało. Kiedy przedstawiłem się jako „działacz wolnościowy i dziennikarz  obywatelski” otrzymałem ostrą ripostę „dziennikarzem to tu jestem JA!!!”. No tak, kontynuuję, jest to zawód nieregulowany, każdy może nim być. „Ale ja mam dyplom renomowanej szkoły dziennikarskiej” po czym nastąpił wykład, jak to rynek powoduje spsienie mediów.  Oczywiście o tym że przedstawiciele zawodów wolnych na przykład fotografowie ślubni też chcą być „państwowo regulowani”, wiemy nie od dziś. Moja  uwaga, że wielu anty-deregulatorów których kariery wywodzą się  z PRL-u może mieć niezbyt ciekawą przeszłość agenturalną, została nazwana „naruszeniem zbiorowego wizerunku” (hihi, o „wizerunkowych” kuriozach w Warszawie będzie zaraz druga notka…). Sorry, ale na łamach Rz zrobił to wcześniej Dr Gontarczyk z IPN, przypominam tekst „Przewodnicy z bastionu socjalizmu”.  Ale reportaż jest rzetelny, dobrze oddaje poziom prezentowanego oszołomstwa „Gdy każemy szewcowi upiec chleb, co z tego wyjdzie?” nie wiem ile razy trzeba tłumaczyć zakutym łbom, że zawody rzemieślnicze nie potrzebują dziś państwowej pieczątki identyfikatora z orzełkiem (to jest pilocki gadżet-talizman otaczany niemal religijną czcią).

A teraz krótko o największym zaskoczeniu na plus. Ciekaw byłem referatu „Ocena skutków deregulacji dla przewodnictwa  górskiego”. Jego autor Stanisław Kawęcki, wcześniej  na stronie przewodnicy.pttk.pl publikował chyba najbardziej ekstremalne bogoojczyźniano-hurrapatriotyczne bonmoty. Spodziewałem się czegoś podobnego.

Tymczasem usłyszałem wykład zawierający potwierdzenia wielu moich tez z wpisów na forach turystyki górskiej albo w tej opinii: Utrzymanie enklawy regulacyjnej dla „przewodników górskich” tworzy niezliczone absurdy i stawia ich samych w bardzo niekorzystnej sytuacji wobec kolegów z miast czy województw „nizinnych”. O tym nagram niedługo instruktażowy flmik na youtube.

Tymczasem przewodnicko-pilocki cyrk na kółkach przenosi się do Sejmu na wysłuchanie publiczne 10. i 11. grudnia – śledźcie i słuchajcie, to może być ciekawe.

Antyspołeczny amok SLD

Towarzysze z SLD nie na żarty zaczęli walczyć. Z racji, że są najmniejszą siłą w parlamencie media interesują się nimi słabo, trzeba sporo się natrudzić aby coś na ten temat wyszperać. Wczoraj znalazłem takiego newsa na tvn24.pl - aż podskoczyłem z wrażenia. Obrazkiem w deregulację… Ależ się dzieje.

I niby wszystko w porządku, jedni za drudzy przeciw, tylko jest jednak kilka „ale…”

Po pierwsze – kampania jest tak prymitywna że jej wyśmianie będzie proste – już wczoraj na tym blogu pojawiły się przeróbki „złowieszczego obrazka”.

Po drugie – towarzysze chyba nie wiedzą, że deregulacja cieszy się sporym poparciem społecznym. Nawet jeśli wszyscy przewodnicy, notariusze, trenerzy itp. jak jeden mąż zagłosują  na SLD, będą wciąż garstką wobec masy tych, którzy na liberalizacji rynku skorzystają. Nigdy jeszcze żadna partia nie wygrała wyborów pod hasłem zwiększania biurokratyzacji czy utrudniania dostępu do zawodu. Ustawy regulacyjne wprowadzano chyłkiem i po cichu, bez żadnych społecznych konsultacji. Potem obywatel budził się z przysłowiową ręką w nocniku, z szokiem dowiadując się że np. nie może spokojnie oprowadzić prywatnych znajomych po krakowskim rynku, bo grozi mu za to wściekły atak trójki przewodników wspieranych przez straż miejską, w najlepszym wypadku publiczny lincz, pogróżki, atakowanie pytaniami o sprawy prywatne („gdzie pani mieszka, ile pani zarabia…”) straszenie mandatami i wręczanie protokołów kontroli – tak jak to się przydarzyło Marii Kantor w sierpniu 2009.

Po trzecie i najważniejsze – owszem, można budować kapitał polityczny na niepopularnych tezach, popieranych przez mniejszość, za to uważanych za słuszne i nowoczesne. Ale tu jest niestety potężny zgrzyt. Bo SLD usiłuje przedstawić się jako nowoczesna lewica, walcząca o więcej wolności w takich dziedzinach jak polityka narkotykowa, prawa mniejszości seksualnych, relacje państwo – kościół, aborcja itp. chyba zapominając że rządy krajów ukazywanych za wzór postępowości i liberalizmu, są jednocześnie przeciwne  nadmiernym regulacjom zawodowym, a już nie ma mowy żeby licencjonować tam np. zawód  przewodnika. Pod tym względem SLD-owcy naśladują politykę krajów skorumpowanych, totalitarnych czy i paternalistycznych, czyli dokładnie zaprzeczają sami sobie. Już nie mówiąc o tym że jest to w naszych warunkach jest to zwyczajne przywracanie komuny, czyli konserwowanie obrazu SLD-owca jako niepoprawnego betonowego neokomunisty.

To tyle na dziś. Jutro i pojutrze będę na Forum w Warszawie. Zapraszam do rozmów, kontakt ze mną 604 446233. Na facebook.com/wolneprzewodnictwo wrzucę też coś od czasu do czasu.

Zakneblować Daniela Odiję!

Przypomnę że dokładnie rok temu (patrz notka z 12 grudnia 2011), Elżbieta Wyrwicz, Z-ca Dyrektora Departamentu Turystyki  MSiT

powołując się na – także i dziś -  obowiązujące zapisy prawne, stwierdziła, że treści wypowiadane turystom zagranicznym przez przewodników muszą być kontrolowane przez urzędników państwowych, ponieważ: „Pozostawienie bez nadzoru osób będących tak silnym przekaźnikiem wiedzy niesie za sobą ryzyko budowania błędnego, czasem wręcz szkodliwego wizerunku Polski i Polaków. Zaś dbanie o wizerunek, prawdę historyczną i poprawne rozumienie zagadnień społeczno-kulturowo-historycznych przez obywateli naszego i innych państw leży w interesie państwa polskiego.”

Wczoraj polski (?) pisarz Daniel Odija

pochwalił się na facebooku, że jego książka „Ulica” została przetłumaczona na język niemiecki,

od września sprzedaje się dobrze na tamtejszym rynku i zbiera świetne recenzje, jak na przykład ta w Berliner Zeitung, gdzie uznano ją wręcz za najważniejszą polską powieść ostatniego dziesięciolecia!

O czym jest to „dzieło” i jak przedstawia Polskę i Polaków? Jak „zachwala” jej wydawca – jej bohaterami są wyłącznie „Bezrobotni, robotnicy najemni, zwyczajne lumpy, żebracy, chuligani, ich matki, żony i kochanki, prostytutki.” A w pierwszej z brzegu znalezionej polskiej recenzji czytamy: „każdy jest bowiem mniej lub bardziej zaawansowanym alkoholikiem, prawie każdy pije, no chyba, że ma wszyty esperal. (…) Na ulicy znane są siostry Cebulowe, dające każdemu i o każdej porze. Oprócz nich poznamy również Żabę, który dorobił się na kradzieżach w Niemczech oraz Muchę – najbardziej szerokiego w barach mieszkańca, do którego nikt nie podskoczy, a jeśli nawet, to będzie tego żałować do końca życia. (…) Język książki wzbudza niekiedy obrzydzenie, bo czytając „zalatywało od niego sfermentowanymi jabłkami, suchym wapnem, mieszaniną zgniłego ścierwa i wyżartych kwasem szmat” może rzeczywiście człowieka zebrać na wymioty. A to jeden z lżejszych tego typu opisów”.

Słowem konserwacja najgorszych, i najpodlejszych stereotypów – Polak to brudas, nierób, złodziej i rozbójnik, Polka to tania dziwka. A przecież Daniej Odija nie mówi do grupki osób w autokarze, tylko wspomagany potężnymi koncernami medialnymi sprzedaje swoje pożal się Boże wypociny tysiącom Niemców! I leję wodę na młyn polakożercy Haralda Schmidta i innych autorów złośliwych Polenwitze.

Czy w interesie państwa polskiego leży budowanie tak szkodliwego wizerunku i niepoprawne przedstawianie „zagadnień społeczno-kulturowo-historycznych”?  dlaczego „tak silny przekaźnik wiedzy” pozostaje bez nadzoru i nie został np. objęty zakazem druku?  Proszę o natychmiastową interwencję w tej sprawie stosownych organów państwa!