Kandydacie, nie daj się zrobić w konia!

W Sejmie trwa właśnie pierwsze czytanie ustawy, tymczasem ktoś zwrócił mi uwagę na jeszcze jeden dziwny fakt: Bardzo długie vacatio legis artykułów dotyczących turystyki – przewodnictwo miałoby być legalnie „uwolnione” dopiero 1. stycznia 2014r. Wyjątkowo kuriozalne jest uzasadnienie, czytając je rozdziawiam gębę zastanawiając się, w jakim kraju żyję.

Najpierw czytamy, że „spadnie popyt na kursy i szkolenia i wiele firm szkolących ulegnie likwidacji” – aha, czyli Państwo przyznaje, że system szkoleń był tylko niepotrzebną formalnością, nie przynoszącym żadnej rynkowo użytecznej wiedzy. Dobre. Streszczając jego dalszą część – chodzi o to, że zarówno organizatorzy szkoleń jak i aktualnie szkolący się na nich kursanci ponieśli już spore koszty w nadziei na uzyskanie państwowych uprawnień i jeśli zmiana prawa im to uniemożliwi, poniosą straty i mogą zaskarżyć skarb państwa o odszkodowanie.

Ktoś musiał nieźle upaść na głowę. Każda ustawowa zmiana prawa gospodarczego może generować czyjeś zyski bądź straty. Jesienią zeszłego roku większość narodu demokratycznie wybrała partie stawiające na deregulację i powinna być świadoma konsekwencji. Ale skręcam się ze śmiechu czytając o rzekomej „dbałości” Państwa o aktualnie szkolących się. Państwo łaskawie przesunie na koniec roku 2013 zmiany legislacyjne, po to żeby mogło od nich pobrać frycowe - opłaty egzaminacyjne – zmusić do wysiłku i straty czasu na egzaminy, a w zamian wyda „papierek” ważny zaledwie kilka miesięcy!

Rzecz może dotyczyć – jak szacuję – co najmniej kilku tysięcy osób które rozpoczęły jesienią szkolenia aby wejść na rynek pracy w letnim sezonie. Na ich miejscu skrzyknąłbym się, utworzył np. grupę na facebooku, poprosił któregoś z posłów o pomoc w lobbingu, aby zmienić te punkty ustawy i jak najszybciej otworzyć zawód. Żeby po zakończeniu kursu, uzyskawszy certyfikat jego zaliczenia, bez biurokratycznych barier móc oferować swoje pilockie czy przewodnickie usługi. Właśnie teraz jest ku temu czas. Jeśli nic w tym kierunku nie uczynicie – cóż, pozostanie śmiać się w kułak z waszych drogo okupionych kilkumiesięcznych licencji.

Tym bardziej, że prawo i tak będzie martwe – po medialnej kompromitacji przewodników raczej nikt w przyszłym roku nie odważy się kontynuować „ulicznych łapanek” i szykanować osoby oprowadzające turystów. Już w tym roku o niczym takim nie słyszałem ani nie czytałem.

Kolejna ustawa dla kumpli posła van der Coghena?

Jutro w Sejmie pierwsze czytanie ustawy deregulacyjnej. Wśród zakulisowych załatwiaczy próbujących ją „zmiękczyć” nie wymienia się przewodników. Ja przypominam punkt, w którym należy ją „utwardzić”: całkowicie znieść regulacje zawodu przewodnika, również w odniesieniu do tak zwanych przewodników górskich. Opinię w tej sprawie opublikowałem 10. kwietnia.

Powiem tak: W listopadzie 2011 r. ze szczegółami przewidziałem histeryczną reakcję środowiska przewodnickiego na planowane zmiany, przekazałem pomocne materiały i argumenty. Dziś przewiduję co będzie dalej. Droga, zadowolona z siebie ekipo Gowina: utrzymując koncesję dla przewodników górskich – wydaje wam się, że kupiliście sobie spokój od ataków najbardziej uciążliwej grupki działaczy. Wydaje wam się, że taki drobiazg przejdzie niezauważony. Źle wam się wydaje, może to być bomba z opóźnionym zapłonem, która wybuchnie w najbardziej nieoczekiwanym momencie. I nie o jakieś sprawy górsko-turystyczne tu chodzi, ale o fakt że humbug ten jak w soczewce skupia najbardziej negatywne praktyki legislacyjne. PiS-owska opozycja z łatwością może go nagłośnić jako przykład „rządu kolesiowskich układów”, z mocno podejrzaną PRL-owską proweniencją, a nawet sięgnąć po retorykę „zdrady narodowej” i odebrać Platformie kilka punktów procentowych poparcia. .

Ale po kolei. Już w kwietniu okazało się że nie jestem sam ze swoimi wątpliwościami, podobne miał również poseł PO Marcin Święcicki, człowiek obeznany z górami.

W politycznej debacie jedynki 17 kwietnia dał do zrozumienia, że każdy kto się o bezpieczeństwo np. swojego dziecko obawia, może go posłać z kimś posiadającym certyfikat renomowanego stowarzyszenia przewodników. Szafowanie tutaj argumentem bezpieczeństwa jest zresztą kompletnie pozbawione sensu, w sytuacji gdy całkowicie dereguluje się np. zawody trenerów sportów wyczynowych, a jak przykład dobrze działającej rynkowej samoregulacji przedstawia się zawód instruktora nurkowania.

Za tym wywiadem poszły dalsze działania – Pan Poseł zadał Minister Sportu i Turystyki szereg pytań, na które odpowiedź została udzielona 22. czerwca. Szczególne rozbawienie na wielu forach wywołał fragment o tym, że: „Przewodnik górski powinien mieć dobrze opanowaną metodykę przewodnicką (…) także podczas przejazdów autokarem z grupą, którą dowozi do obszaru górskiego. Powyższa wiedza i umiejętności muszą być zatem zweryfikowane w trakcie egzaminu (…) Trudno o bardziej żenującą i głupią wpadkę, a tych piękna Pani Minister ma już trochę na swoim koncie. Dlaczego więc „zwykłego” pilota albo przewodnika grup autokarowych, z owej „metodyki” egzaminować nie będzie trzeba? Żałosna próba ukrycia faktów? Może szczera odpowiedź powinna wyglądać tak: „Ze względu na naciski lokalnych lobbystów i ich chęć ograniczania dostępu do zawodu poprzez zmuszanie kandydatów do przyswajania drobiazgowej wiedzy krajoznawczej, ugięliśmy się pozostawiając dotychczasowy system na znacznej powierzchni Polski”. Bardzo proszę posła Święcickiego i wszystkich, którym nieobojętny jest wizerunek rządzącej ekipy, o niezgodę na takie „wciskanie kitu” i reakcję podczas sejmowej debaty nad ustawą.

Doradca Mirosław Barszcz pytany przeze mnie o niemożność deregulacji przewodników górskich, tłumaczył się mgliście – po części też w tym wywiadzie – istnieniem jakichś „międzynarodowych umów” czy „regulacji” które rzekomo zabraniają uwolnienia zawodu. Od początku budziło to odruch sprzeciwu: Jakie umowy? Jakie regulacje??? Nie ma żadnych np.unijnych dyrektyw które by tę kwestię regulowały. Jest kilka międzynarodowych stowarzyszeń aspirujących do tego aby jakieś ogólnoświatowe standardy czy certyfikaty wypracowywać, ale są to prywatne organizacje!!! I jeśli rząd jakiegoś kraju ogranicza na swoim terytorium prawa własnych obywateli (zabraniając pod karą wykonywania zawodu) dając jednocześnie tę swobodę konkretnym zagranicznym firmom to jest po prostu hańba!

Jak czytamy w projekcie ustawy, ową uprzywilejowaną firmą, bez której certyfikatu prowadzenie wycieczek w górach może być zagrożone karą jest „Międzynarodowa Federacja Stowarzyszeń Przewodników Górskich UIAGM/IVBV/IFMGA” mająca siedzibę w Zermatt w Szwajcarii. Ciekaw jestem jak wygląda owa „umowa” podpisana z tą firmą przez Rząd RP, w ramach prawa dostępu do informacją publicznej – żądam jej przedstawienia.
Polskim przedstawicielem tej korporacji jest stowarzyszenie PSPW powstałe w latach 90-tych, w czasach uwolnionego rynku. Funkcjonują przedstawicielstwa np. w Wlk Brytanii, Norwegii, USA – krajach gdzie żadnych państwowych regulacji przewodnictwa górskiego nie ma. Cóż więc przeszkadzałby im podobny stan w naszym kraju? Nikt nie podważy przecież ich certyfikatów jako wskaźników jakości. Nikt im nie zabroniłby oprowadzać po górach. Oczywiście – należałoby się wtedy liczyć z większą konkurencją. Ale ktoś stwierdził że można potraktować Polskę jak „bananową republikę” i po cichu załatwić sobie z władzą przywileje zapisane w ustawie! Przywileje w bezczelny sposób dyskryminujące obywateli polskich. Choćby w ten sposób – że zagraniczny przewodnik z legitymacją IVBV będzie mógł oprowadzać po polskich górach gdzie chce i jak chce, a Polakowi zostanie ścisła rejonizacja, wkuwanie tysięcy krajoznawczych szczegółów i… egzaminowanie z „metodyki prowadzenia grup autokarowych” jak zapowiedziała Minister Mucha. Pachnie to skandalem na wysokim szczeblu.

A teraz co do tytułu notki: Posła van der Coghena dobrze znamy. Już w 2009 r. był bohaterem tabloidów, posądzających go o napisanie ustawy dla siebie i żony. Rok temu wybuchła sławetna Coghengate. A oto jaką ciekawostkę odkryłem niedawno na niszowym forum turystyki górskiej. Basia Z. (wzięta przewodniczka i autorka książek o górach, nie chce abym tu ujawniał jej pełne nazwisko) 24.października napisała taką relację:

Korzystając z uroczystości 45-lecia mojego koła przewodnickiego, które odbyło się z wielką pompą w ostatni weekend mieliśmy razem z mężem okazję porozmawiać dłuższy czas z posłem (a prywatnie naszym długoletnim znajomym i też przewodnikiem z naszego koła) – Piotrem VdC. No i co opowiadał nam pan poseł – prawo tworzą w większości osoby, które kompletnie nie znają się na górach, na bezpieczeństwie w górach, na specyfice usług turystycznych. Wobec tego na zebrania odpowiedniej komisji przychodzą lobbować osoby, które są zainteresowane utworzeniem takich a nie innych przepisów, gdyż to ułatwi im w jakiś sposób działalność, czy spowoduje większy zysk.(…) Podobnie na odpowiednią komisję przybyli przedstawiciele UIAGM, zaś całkowicie zabrakło przedstawicieli UIMLA, (inna, konkurencyjna korporacja – przyp. M.Z.) - stąd ich całkowite pominięcie w ustawie. O to mój małżonek miał pretensje do pana posła i wypomniał mu to przy śniadaniu, a ten się tłumaczył. Jednocześnie zauważył, że o swoje powinno się walczyć – a przedstawicieli UIMLA nie było.

Tak nadal tworzy się u nas prawo? I to ustawę, która miała być sztandarowym projektem tego rządu, z wielką pompą inaugurowanym przez Premiera pokazującego klucz do zawodów? Chcecie, róbcie tak dalej. Tylko żeby nie było, że nie ostrzegałem.

Maciej Zimowski

Karkołomna wolta Senatora Gorczycy

Pan warmińsko-mazurski Senator Stanisław Gorczyca

zapewne nie raz przyjmował w swoim gabinecie pielgrzymki przewodników-nieudaczników, bo od lat wykazywał się sporą aktywnością w (iluzorycznej) obronie ich interesów. Już w lipcu 2008 na posiedzeniu Senatu złożył oświadczenie (stenogram tutaj – patrz str. 193) o tym że „na alarm biją stowarzyszenia przewodników i pilotów…” w którym mniej więcej chodziło mu o to, aby kraj tysiąca jezior obstawić tyralierą szpicli pilnujących, czy przypadkiem zadania przewodnika lub pilota nie są wykonywane przez osoby „nieposiadające żadnej legitymacji”.

Kiedy projekt deregulacji został wstępnie ogłoszony, Pan Gorczyca był chyba pierwszym parlamentarzystą, który rozpoczął antyliberalny lament, i (niestety na spalonym) wybił się przed szereg, już 19 stycznia wystosowując Oświadczenie Senatorskie do J. Gowina, w którym m.in. powoływał się na złowróżbne informacje z mojego bloga.

Kilka dni temu w Ostródzie odbyła się „Międzynarodowa konferencja przewodnicka”. Jej międzynarodowość polegała na uczestnictwu przewodników z Austrii i Litwy. Ciekawe, czemu nie z Niemiec, skoro z tego kraju przybywa wciąż chyba z 90% zagranicznych turystów na Mazury. Pewnie – jako że w ich kraju zawód jest nieregulowany, i nie mają „legitymacji” nie zasłużyli na zaproszenie. Zaproszony został za to Pan Senator Gorczyca, który – jak czytamy na jego oficjalnej stronie„podkreślił wagę pracy przewodników, ich odpowiedzialności zawodowej oraz wskazał na nowe wyzwania w świetle deregulacji zawodu przewodnika turystycznego”.

No tak – pomyślałem sobie – Pan Senator tak poważa swą macierzystą Platformę Obywatelską, ku jej czci przeprowadza nawet sam ze sobą wywiady, że – aby być w zgodzie z oficjalną linią Partii – musiał w swoim podejściu do przewodnictwa turystycznego zrobić karkołomną woltę. Tylko cóż to za sztywna i obła konferencyjna nowomowa. Co to za „nowe wyzwania” dla przewodników: Pogodzenie się z prawami rynku, czy rozpoczęcie kolejnych żenujących protestów? Skoro Pan Senator (który sam jest blogerem) z taką powagą traktuje ten blog, to prosimy o wyjaśnienia – czy w komentarzach, czy też mailem albo na swoim blogu. Jeszcze a propos Pana obaw o prezentowanie „niezweryfikowanej wiedzy” przez przewodników grup zagranicznych to przypomnę po raz kolejny że – po pierwsze cenzurę zlikwidowano 22 lata temu, po drugie przyjazdowe wycieczki np. z Niemiec organizowane są przez biura zagraniczne, które działają w innych realiach prawnych i regulacje polskiej ustawy turystycznej ich nie dotyczą. Minął już na Mazurach złoty okres tzw. turystyki etnicznej, kiedy ich byli mieszkańcy przyjeżdżali masowo do dawnego Heimatu i godzili się na znoszenie różnych szykan, w tym przydzielanie przymusowych ‚opiekunów’. (Polecam ten wywiad). Dziś, gdy o klienta konkurować trzeba z dziesiątkami innych atrakcyjnych regionów w Europie, próby kontynuowania tych ‚esbeckich’ porządków odstraszają organizatorów i narażają na wielkie straty sektor gastronomiczny i hotelarski.

Jest jeszcze jeden parlamentarzysta Platformy Obywatelskiej – poseł Ziemi Gnieźnieńskiej Paweł Arndt

Który – być może pod namową groteskowej grupki wydającej pismo „Turystyka Kulturowa” w kwietniu 2011 wnioskował w Zapytaniu nr 9585 do Ministra Sportu i Turystyki o rozszerzenie „miejskiego przymusu przewodnickiego” na coraz to nowe miasta. Ciekawe, czy już przeszedł partyjne pranie mózgu i też się nawrócił na liberalizm, zgodnie z oficjalną, deregulacyjną polityką PO?