Jak to jest z tą cenzurą i „regulacją na zawsze”?

Mój sieciowy kolega Adam zamieścił wczoraj na swoim deregulacyjnym blogu notkę „Regulation now – regulation forever” z której szczegółami nie do końca się zgadzam. Np. kwestia konieczności „cenzury” przewodnickich opowiadań pojawiła się dopiero niedawno, w momencie rozpaczliwego szukania uzasadnień do utrzymania przywilejów. Postanowiłem więc przypomnieć – zwłaszcza licznym nowym czytelnikom – jak to z tą regulacją usług przewodnickich i pilockich było. To modelowy przykład do jakich nadużyć, absurdów i przeinaczeń prawa może doprowadzić zła reglamentacja.

Przed 1989r. nie było czegoś takiego jak „państwowe licencje”. Można było zostać przewodnikiem wzgl. przodownikiem PTTK, przewodnikiem studenckim albo pilotem  jednego z kilku państwowych biur turystycznych. Koncesjonowane przez państwo agendy czy organizacje miały własne systemy certyfikowania, rynek komercyjny jaki dziś znamy nie istniał, nie istniał też problem wykonywania zawodu przez „wolnych przewodników”. Turystyka, zwłaszcza zagraniczna była za to pod ścisłym nadzorem SB.

Reforma Wilczka uwolniła przedsiębiorczość – także turystyczną, a wykonywanie wszelkich związanych z tym zawodów było całkowicie niereglamentowane. Co nie znaczy że zaprzestano kursów czy szkoleń, wydawania nowych certyfikatów. Ależ skąd! PTTK, koła studenckie działały nadal prężnie, (sam posiadłem w 1991 r. taką sympatyczną legitymacyjkę), w wolnorynkowych warunkach zaczęły się tworzyć nowe stowarzyszenia – np. PSPW.

W połowie lat 1990-tych rozpoczęto prace nad ustawą turystyczną. Prowadzenie biur podróży wymaga licencji i gwarancji ubezpieczeniowych – od tego nie uciekniemy, jest to wymagane prawem unijnym. Niestety do owej ustawy, na wniosek przewodnickich działaczy wpisano rozdział dotyczący pilotów i przewodników. I tak przepisy wewnętrzne organizacji społecznej działającej w ramach państwowego, PRL-owskiego monopolu, z całym bagażem biurokracji, komplikacji i „bizantyjskich” współzależności stały się podstawą prawa państwowego. I tutaj był pierwszy wielki zgrzyt, gdyż nijak nie pasowało to do całkowicie prywatnego, kapitalistycznego rynku konkurujących ze sobą podmiotów. Inna bezczelność – uznawano uprawnienia tych, którzy zdobyli je w czasach komuny, a kto w warunkach wolnorynkowych samodzielnie nauczył się zawodu, musiał zdawać egzaminy przed esbeckimi aparatczykami!

Dziś by do takiej hucpy z pewnością nie doszło, ale w tamtych latach nie był powszechny internet, nie istniał dyskurs publiczny w dzisiejszej formie. Pamiętam artykuł jakiegoś eksperta w prasie branżowej, który wyjaśniał, że zapisy ustawy są niepotrzebne, bo w zachodniej Eruropie przewodnik jest zawodem wolnym. Niestety rządzący wtedy towarzysze z SLD mieli takie opinie głęboko gdzieś i dziś nadal – jak wiemy, ostatnia ich garstka usiłuje zatrzymać deregulację w Sejmie! I to mi się nie podoba w reformie Gowina że coś tam próbuje „kosmetycznie” pozmieniać zamiast postąpić po męsku – wyrzucić z ustawy cały niepotrzebny rozdział o przewodnikach i kropka.

Po uchwaleniu ustawy w 1997 r. wolny rynek szybko obnażył nieżyciowość przepisów. Ktoś kto z własnej kieszeni płaci za wycieczkę niekoniecznie ma ochotę zwiedzać miasto w towarzystwie starego, otyłego babsztyla ględzącego trzypotrzy, albo wędrować po górach z niekorzesanym, chamskim alkoholikiem. Może przejaskrawiam ale nieprzypadkowo takie właśnie indywidua tworzą dziś forpocztę agresywnych antygowinistów. Działacze przypomnieli sobie wtedy, że w krajach południowych i w trzecim świecie policja chroni lokalne przewodnickie gildie szykanując przyjezdnych. I ten pokraczny włosko-neoesbecki model zaczęto realizować w Polsce wysyłając na ulice patrole przewodników wspartych służbami mundurowymi, aby kontrolować i karać.

I tu nastąpił kolejny zgrzyt i postawienie prawa na głowie, bo intencją polskiej ustawy jest ochrona klienta a nie ochrona usługodawcy i zapewnienie mu klienteli drogą przymusu, a biur zagranicznych organizujących przyjazdy swoich klientów do Polski ustawa ta w ogóle nie może dotyczyć. I każdy rozsądny musi się puknąć w głowę słuchając niedawnych przewodnickich lamentów. Państwo nie chroni rodzimych, jak najbardziej uczciwych i płacących podatki handlowców przed konkurencją międzynarodowych sieci dyskontów, tysiące sklepów osiedlowych, firm rodzinnych pada, ludzie tracą pracę, więc z jakiej racji ma chronić specjalnie jakąś garstkę przewodników?  Państwo nie cenzuruje prasy, książek, telewizji, internetu, a ma cenzurować gadanie na ulicy do grupki turystów? Oczywisty absurd, ale niestety powtarzany w oficjalnych pismach z Urzędów Marszałkowskich czy z Ministerstwa. Do jakich wynaturzeń doszło, jaka kiepska jest kondycja naszej służby publicznej! Brak napiętnowania tych procesów bardzo przeszkadza mi w deregulacyjnej debacie, odnoszącej się jedynie do arytmetyki spodziewanego przyrostu miejsc pracy czy potanienia usług. Tak jakby Polacy nie mieli wyższych potrzeb.

I tyle na ten temat, pół archiwów bloga jest o tym, kto chce niech poszpera.

Nie podzielam z kolei pesymizmu kolegi że regulation forever… Tak źle u nas nie jest, co najmniej od 2007 – historię przypomniałem tutaj. Także deregulacja zawodów okołosportowych już w 2009 r. jest przykładem, że nawet bez głośnego medialnego zadęcia i udziału czołowych polityków można odwrócić proces, o ile znajdzie się dobrze zorganizowana grupa nacisku – na przykład taka. Problem w tym że ludziom się nie chce, albo po cichu ignorują istnienie przepisów które stają się martwym  prawem.

Ważniejsze w tym momencie – uważam – jest jak najszybsze wprowadzenie ustawy w życie, choćby i w nie do końca doskonałej i wymarzonej formie, gdyż najgorszy jest taki właśnie stan zawieszenia i niepewność wśród kandydatów do zawodu, jaki mamy obecnie.

Kontr-polemika i dalsza dyskusja pod notką z 26. listopada

Możliwość komentowania jest wyłączona.