Wysłuchanie publiczne

Fundacja Republikańska stworzyła stronę www.deregulacja.org i zachęca do zgłoszenia się w zaplanowanym w Sejmie na 10-11 grudnia „wysłuchaniu publicznym”. Dziś mija termin. Pomimo wahań, nie zgłosiłem się, gdyż nie uważam żeby poza jakąś przygodą czy prestiżem cokolwiek by  to zmieniło. A mój głos, blog, opinie itp. doskonale są znane wszystkim deregulacyjnym politykom – zarówno z ekipy Gowina, jak i kół prawicowych, skupionych wokół posła Wiplera.

Warto jednak zauważyć, z jaką elegancją i czułością Rząd i Parlament „pochylają się” nad problemem. Każdy ma prawo powiedzieć swoje, jego głos zostanie w annałach odnotowany. Jak na przykład tutaj. Nie było tego wszystkiego za rządów SLD w latach 1993-97, kiedy większość regulacji  zawodowych wprowadzono, a „konsultacje” ograniczały się tylko do tych, którzy ich uchwaleniem byli zainteresowani.

Ale hucpa! Chcą mnie wyrzucić z warszawskiego Forum!!!

Od pewnego czasu na wielu branżowych stronach, chociażby tutaj czy tutaj widnieją informacje i zaproszenia na „VIII Forum Pilotażu i Przewodnictwa” w Warszawie. Ponieważ uczestniczyłem w poprzednim takim Forum – w Toruniu, i uznałem je za imprezę wielce ciekawą, pożyteczną, tudzież pouczającą, także tym razem wysłałem w wymaganym terminie kartę zgłoszeniową i składkę 170 zł wpisowego na konto organizatorów.

Wielkież było moje zdziwienie, kiedy dziś w skrzynce mailowej pojawiło się następujące pismo:

„Szanowny Panie,

W imieniu Komitetu Organizacyjnego VIII Forum Pilotażu i Przewodnictwa z przykrością zawiadamiam Pana, że Pańskie zgłoszenie na Forum nie może zostać przyjęte.  Zdaniem Zarządu Polskiej Federacji Pilotażu i Przewodnictwa Pańska obecność na VIII Forum wydaje się niewskazana i niecelowa.  Pańskie poglądy na temat deregulacji są szeroko znane , lecz sposób ich prezentacji i argumentacji przez Pana nie gwarantują odpowiedniej atmosfery dyskusji w tak ważnej dla  środowiska pilotów i przewodników sprawie (…)
Z poważaniem

Prezes PSPWZ Piotr Zubrzycki”

Niezwłocznie odpowiedziałem, co następuje:

Szanowny Pan
Prezes PSPWZ  Piotr Zubrzycki
W odpowiedzi na otrzymany dziś list, stwierdzam, że zaszło chyba jakieś nieporozumienie.
Oficjalne zaproszenie na forum jest skierowane m.in do „organizatorów turystyki” bez żadnego kryterium co do wyznawanych poglądów na temat deregulacji. Nie rozumiem jakie można mieć zastrzeżenia co do „sposobu prezentacji i argumentacji”. Pragnę przypomnieć, że na poprzednim forum w Toruniu w sposób kulturalny przedstawiłem swój referat. Tym razem zresztą nie zgłaszam żadnych chęci „prezentacji” czegokolwiek, bardziej zależy mi na posłuchaniu innych prelegentów, więc nie rozumiem w czym problem. Ponadto, a propos „ważnych dla środowiska spraw” – chciałem dodać, że od miesięcy otrzymuję listy i telefony od pilotów proszących o porady i wsparcie w sprawach m.in. problemów prawnych za granicą, istniejące stowarzyszenia wykazują w tej kwestii indolencję i niewiedzę i dlatego mój udziałw w Forum uważam za potrzebny.

Zgodziłbym się z Pana decyzją, gdyby chodziło o zamkniętą imprezę jakiegoś prywatnego klubu, czy partii politycznej. Ale zarówno nazwa „forum” jest zobowiązująca, jak też – przede wszystkim – imprezę firmuje Wojewoda Mazowiecki, Marszałek Województwa Mazowieckiego, i Mazowiecka Regionalna Organizacja Turystyczna.

Jest rzeczą nie do pomyślenia, aby w demokratycznym kraju wyrzucać z publicznego forum osobę – w moim przypadku działacza społecznego i dziennikarza obywatelskiego, tylko dlatego, że prezentuje niewygodne dla kogoś poglądy na politykę gospodarczą. Organizacja, która tak postępuje kompromituje się i nie może być wiarygodnym partnerem dla władz państwowych i samorządowych.
Wzywam Pana do cofnięcia swojej decyzji i potwierdzenia mojego udziału w Forum. Jeśli nie otrzymam go do piątku 30.11. Wyślę pisma protestacyjne do urzędów i instytucji patronujących imprezie, także do mediów z prośbą o wsparcie i adekwatną reakcję. Jestem zdania że uprawianie tego rodzaju hucpy, jest w waszym przypadku daleko bardziej „niewskazane i niecelowe”

Z poważaniem
Maciej Zimowski
Koordynator Akcji Wolne Przewodnictwo”

A wy patrzcie i czekajcie co będzie dalej.

Jak to jest z tą cenzurą i „regulacją na zawsze”?

Mój sieciowy kolega Adam zamieścił wczoraj na swoim deregulacyjnym blogu notkę „Regulation now – regulation forever” z której szczegółami nie do końca się zgadzam. Np. kwestia konieczności „cenzury” przewodnickich opowiadań pojawiła się dopiero niedawno, w momencie rozpaczliwego szukania uzasadnień do utrzymania przywilejów. Postanowiłem więc przypomnieć – zwłaszcza licznym nowym czytelnikom – jak to z tą regulacją usług przewodnickich i pilockich było. To modelowy przykład do jakich nadużyć, absurdów i przeinaczeń prawa może doprowadzić zła reglamentacja.

Przed 1989r. nie było czegoś takiego jak „państwowe licencje”. Można było zostać przewodnikiem wzgl. przodownikiem PTTK, przewodnikiem studenckim albo pilotem  jednego z kilku państwowych biur turystycznych. Koncesjonowane przez państwo agendy czy organizacje miały własne systemy certyfikowania, rynek komercyjny jaki dziś znamy nie istniał, nie istniał też problem wykonywania zawodu przez „wolnych przewodników”. Turystyka, zwłaszcza zagraniczna była za to pod ścisłym nadzorem SB.

Reforma Wilczka uwolniła przedsiębiorczość – także turystyczną, a wykonywanie wszelkich związanych z tym zawodów było całkowicie niereglamentowane. Co nie znaczy że zaprzestano kursów czy szkoleń, wydawania nowych certyfikatów. Ależ skąd! PTTK, koła studenckie działały nadal prężnie, (sam posiadłem w 1991 r. taką sympatyczną legitymacyjkę), w wolnorynkowych warunkach zaczęły się tworzyć nowe stowarzyszenia – np. PSPW.

W połowie lat 1990-tych rozpoczęto prace nad ustawą turystyczną. Prowadzenie biur podróży wymaga licencji i gwarancji ubezpieczeniowych – od tego nie uciekniemy, jest to wymagane prawem unijnym. Niestety do owej ustawy, na wniosek przewodnickich działaczy wpisano rozdział dotyczący pilotów i przewodników. I tak przepisy wewnętrzne organizacji społecznej działającej w ramach państwowego, PRL-owskiego monopolu, z całym bagażem biurokracji, komplikacji i „bizantyjskich” współzależności stały się podstawą prawa państwowego. I tutaj był pierwszy wielki zgrzyt, gdyż nijak nie pasowało to do całkowicie prywatnego, kapitalistycznego rynku konkurujących ze sobą podmiotów. Inna bezczelność – uznawano uprawnienia tych, którzy zdobyli je w czasach komuny, a kto w warunkach wolnorynkowych samodzielnie nauczył się zawodu, musiał zdawać egzaminy przed esbeckimi aparatczykami!

Dziś by do takiej hucpy z pewnością nie doszło, ale w tamtych latach nie był powszechny internet, nie istniał dyskurs publiczny w dzisiejszej formie. Pamiętam artykuł jakiegoś eksperta w prasie branżowej, który wyjaśniał, że zapisy ustawy są niepotrzebne, bo w zachodniej Eruropie przewodnik jest zawodem wolnym. Niestety rządzący wtedy towarzysze z SLD mieli takie opinie głęboko gdzieś i dziś nadal – jak wiemy, ostatnia ich garstka usiłuje zatrzymać deregulację w Sejmie! I to mi się nie podoba w reformie Gowina że coś tam próbuje „kosmetycznie” pozmieniać zamiast postąpić po męsku – wyrzucić z ustawy cały niepotrzebny rozdział o przewodnikach i kropka.

Po uchwaleniu ustawy w 1997 r. wolny rynek szybko obnażył nieżyciowość przepisów. Ktoś kto z własnej kieszeni płaci za wycieczkę niekoniecznie ma ochotę zwiedzać miasto w towarzystwie starego, otyłego babsztyla ględzącego trzypotrzy, albo wędrować po górach z niekorzesanym, chamskim alkoholikiem. Może przejaskrawiam ale nieprzypadkowo takie właśnie indywidua tworzą dziś forpocztę agresywnych antygowinistów. Działacze przypomnieli sobie wtedy, że w krajach południowych i w trzecim świecie policja chroni lokalne przewodnickie gildie szykanując przyjezdnych. I ten pokraczny włosko-neoesbecki model zaczęto realizować w Polsce wysyłając na ulice patrole przewodników wspartych służbami mundurowymi, aby kontrolować i karać.

I tu nastąpił kolejny zgrzyt i postawienie prawa na głowie, bo intencją polskiej ustawy jest ochrona klienta a nie ochrona usługodawcy i zapewnienie mu klienteli drogą przymusu, a biur zagranicznych organizujących przyjazdy swoich klientów do Polski ustawa ta w ogóle nie może dotyczyć. I każdy rozsądny musi się puknąć w głowę słuchając niedawnych przewodnickich lamentów. Państwo nie chroni rodzimych, jak najbardziej uczciwych i płacących podatki handlowców przed konkurencją międzynarodowych sieci dyskontów, tysiące sklepów osiedlowych, firm rodzinnych pada, ludzie tracą pracę, więc z jakiej racji ma chronić specjalnie jakąś garstkę przewodników?  Państwo nie cenzuruje prasy, książek, telewizji, internetu, a ma cenzurować gadanie na ulicy do grupki turystów? Oczywisty absurd, ale niestety powtarzany w oficjalnych pismach z Urzędów Marszałkowskich czy z Ministerstwa. Do jakich wynaturzeń doszło, jaka kiepska jest kondycja naszej służby publicznej! Brak napiętnowania tych procesów bardzo przeszkadza mi w deregulacyjnej debacie, odnoszącej się jedynie do arytmetyki spodziewanego przyrostu miejsc pracy czy potanienia usług. Tak jakby Polacy nie mieli wyższych potrzeb.

I tyle na ten temat, pół archiwów bloga jest o tym, kto chce niech poszpera.

Nie podzielam z kolei pesymizmu kolegi że regulation forever… Tak źle u nas nie jest, co najmniej od 2007 – historię przypomniałem tutaj. Także deregulacja zawodów okołosportowych już w 2009 r. jest przykładem, że nawet bez głośnego medialnego zadęcia i udziału czołowych polityków można odwrócić proces, o ile znajdzie się dobrze zorganizowana grupa nacisku – na przykład taka. Problem w tym że ludziom się nie chce, albo po cichu ignorują istnienie przepisów które stają się martwym  prawem.

Ważniejsze w tym momencie – uważam – jest jak najszybsze wprowadzenie ustawy w życie, choćby i w nie do końca doskonałej i wymarzonej formie, gdyż najgorszy jest taki właśnie stan zawieszenia i niepewność wśród kandydatów do zawodu, jaki mamy obecnie.

Kontr-polemika i dalsza dyskusja pod notką z 26. listopada

Agresja wrocławskich przewodników

Do sieci wypłynął niedawno wywiad Jarosława Gowina dla studenckiego pisma „Spectrum”. Jest na tyle ciekawy że warto go jak najszerzej cytować i powielać. Minister „pociągnięty za język” pozwolił sobie na nieco obszerniejszą opowieść o doświadczeniach deregulatora. Oto fragmenty odnoszące się do naszych „ulubieńców”:

- Czyli nie było żadnych momentów grozy, nikt Pana nie wyzywał, nikt Panu nie groził?
- Nie. (…) Zaskoczyła mnie też niezwykła aktywność przewodników turystycznych. Ze wszystkich grup zawodowych tylko ta posunęła się do agresji.

- Czyli jednak. Na czym polegała ta agresja?
- Na przerywaniu spotkań, wykrzykiwaniu pod moim adresem mało przyjemnych słów, a także  groźbach wobec ich własnych kolegów, którzy opowiadają za deregulacją.

- A nie obawia się Pan tego, że – na przykład –amatorzy będą oprowadzać turystów po Krakowie?
- Nie obawiam się dlatego, że jeśli to będą ludzie z pasją, zrobią to ciekawiej niż obecni przewodnicy. A jeżeli będą słabi, to po prostu nie znajdą klientów (…) jeżeli zderegulujemy ten zawód i spotkam się z Panem Redaktorem za trzy lata to będziemy mogli powiedzieć, iż ogólny poziom przewodnictwa turystycznego w Krakowie i w Polsce wyraźnie się podniósł.

- Miejmy nadzieję. A jakich argumentów, poza tymi agresywnymi, używali przewodnicy w trakcie swoich protestów ?
- Najbardziej poruszyło mnie to, że nagle wszyscy okazali się gorącymi patriotami, wręcz nacjonalistami. Przestrzegali przed tym, że jak ktoś inny, prócz nich, będzie oprowadzać turystów zagranicznych, to – przykładowo – na świecie zacznie się utrwalać nieprawdziwy stereotyp polskiego antysemityzmu. Ale to był nieuczciwy argument, bo przecież to nie jest tak, że każdy może oprowadzać po Auschwitz, że każdy może oprowadzać po Wawelu. Dostęp do danego zawodu powinien być maksymalnie otwarty, ale poszczególne instytucje np. obóz w Auschwitz czy muzeum na Wawelu mogą określać swoje kryteria, niezbędne by móc tam oprowadzać turystów.

- Mimo wszystko przewodnicy bronili swoich racji i to na wszelakie sposoby.
- Pamiętam zwłaszcza takie spotkanie we Wrocławiu, gdzie o mało nie doszło do rękoczynów pomiędzy przewodnikami turystycznymi, bo pojawili się tam też zwolennicy deregulacji. Szczególnie dobrze pamiętam wystąpienie właściciela biura turystycznego, który – słysząc bardzo ostre ataki na deregulacje – podniósł się, powiedział, że nie miał zamiaru zabierać głosu, ale tak go ci przewodnicy wyprowadzili z równowagi, że musi coś zrobić. Mówił, że czeka z utęsknieniem na deregulację, bo dzisiaj jest skazany na usługi tych, którzy na tej sali krzyczą, którzy są niekompetentni, a on jest w stanie przyjąć młodych ludzi, w krótkim czasie dobrze ich przeszkolić, aby mogli dużo lepiej oprowadzać turystów po Wrocławiu niż obecni przewodnicy turystyczni. Warto też spojrzeć na dane Polskiej Organizacji Turystycznej. Badania za rok 2011 pokazują, że Polska jest postrzegana przez turystów jako kraj atrakcyjny, ale fatalnie oceniane są dwie rzeczy: drogi i jakość usług świadczonych przez przewodników turystycznych. Opinia wystawiana przez klientów to jest najlepszy dowód na to, że trzeba otworzyć ten zawód.

Uwagę do Pana Ministra mam tylko jedną: Oczywiście – zawodowe oprowadzanie po muzeach – jak teren byłego obozu Auschwitz jest regulowane wewnętrznymi przepisami tych instytucji. Ale nie o to tutaj chodzi, tylko o ważniejszą zasadę – konstytucyjnego zakazu prewencyjnej cenzury. Z poważnym, a nie wyłącznie „dekorycyjnym”  traktowaniem zapisów konstytucyjnych są w naszym kraju bezustanne problemy, o czym świadczy choćby niedawna głośna historia Grzegorza Gilewicza.

Także z czystego rozsądku… Turyści przyjeżdżający do nas zza granicy, jeśli już są zainteresowani czymś więcej niż tanim piwem, zabawą  i zakupami – historię polskich Żydów, ich dawny folklor traktują jako jedną z atrakcji, odwiedzają synagogi i festiwale,  słuchają klezmerów. Ktoś chcący zarobić jako przewodnik musiałby upaść na głowę żeby głosić jakieś antysemickie czy inne radykalne poglądy.  Niestety problemy z głową i to solidne ma większość protestujących przeciw deregulacji „licencjonowanych krzykaczy”. Banda awanturników, która dopiero fatalnie reprezentuje nasz kraj. Na spotkaniach, na których ja miałem okazję, nawet >barczyści i krótko ostrzyżeni panowie< z korporacji taksówkarskich prezentowali większą kulturę. Szkoda że nie byłem na tym wrocławskim (12 marca) – może ktoś ma dokładniejsze relacje albo nagrania?

Pamiętnik licencjonowanej pilotki

Dziś wpis nieco lżejszego kalibru. Przedstawiciele PFPiP i innych pilockich stowarzyszeń biadolą o tym, jak to się obniży standard usług pilockich po wprowadzeniu deregulacji. A jak wygląda obecnie? Poczytajmy, jak o tym relacjonują sami przedstawiciele owego zawodu. Na przykład Joanna Szczepaniak, autorka bloga „Pani pilot bloguje” (vsp.blox.pl). Dostęp do tego bloga jest obecnie zahasłowany, ale jak wiadomo – co raz zostało opublikowane w internecie – zostanie w nim na wieki i umiejętnie używając usługi google cache…

…bez problemu przeczytamy wszystkie wpisy. Na przykład ten z 2. lutego 2011:

„k***a nie chce, nie chce mi się k***a… No i ch*j. I mam to w d**ie oraz oczy mi wypadają, mentalnie rzygam, realnie z przyjemnością bym się upiła.”

Tu wyjaśnienie: Używam na swoim blogu wielu dosadnych sformułowań, są jednak pewne granice, dlatego wygwiazdkowałem co wulgarniejsze słowa (w oryginale wpisane są w całości).

Oczywiście blog ów nie jest tylko zapisem stanów świadomości autorki, ale jak najbardziej dokumentacją zawodowych doświadczeń. Wpis z 6.10.2011:

„Wróciłam ze zlecenia (czas jakiś temu, co by nabrać anonimowości). Nie ważne gdzie. Miałam w grupie stado buraków. Dosłownie BURAKÓW!!!”
„Nosz… Przecież to nie była Grecja i nie trza było tłumaczyć, że papier z resztką tego co wyleciało wcześniej z d**y to raczej do kosza obok muszli, a nie do muszli…”
„Otóż… To miasto ma obwodnicę… Cóż… Wiem to i ja, ale debil z tyłu, który nie ma pojęcia o robieniu turystyki zawsze musi wtrącić swoje 3 grosze. Nie wspominając o tym, że… do k***y nędzy… firmom przewozowym za kilometr się płaci, a nie za zużyte paliwo, jak myślą niektórzy turyści.”

No ale cóż, mam tego orzełka na legitymacji więc mi k***a ch**u nie podskoczysz!

Wcześniej, blogująca pilotka Szczepaniak podsumowała rok 2010 jako „wyjątkowo wk**wiający zawodowo i prywatnie” a to co ją wk… najbardziej to m. innymi:

„DZIECI. Zwłaszcza w wieku gimnazjalnym. Nie wiem czy MEN planuje jakąkolwiek reformę edukacji, ale powinien… Bo rośnie nam potencjał wieprzowy… Z takim bydłem nigdzie się nie da jeździć (…)”
„GRECJA. Bo to brudny, brzydki i przereklamowany kraj, do którego nie lubię pilotować i zrobię to po raz kolejny, tylko za podwójną stawkę”

To i tak wszystko stosunkowo łagodne, wobec „Listu otwartego”  do w d… j… klienta, pozwolę sobie więcej wulgaryzmów nie cytować, jak ktoś ma mocne nerwy, niech zajrzy tutaj.
Nie wiem jak inni, ale ja nie mam ochoty płacić „podwójnej stawki” chamstwu. Niestety z podobnymi przypadkami wśród tzw. licencjonowanych przewodników (pilotów z tzw. państwową licencją staram się w ogóle nie zatrudniać) spotkałem się wcześniej, niektóre przypadki opisując. „Dochodzę do wniosku, że wśród moich klientów jest coraz więcej idiotów” pisała Joanna Szczepaniak w listopadzie 2010. A może było ich więcej wśród tych, którzy wymyślili ograniczenia w dostępie do zawodu?  Czy ktoś jeszcze ma wątpliwości, że zawód powinien być zderegulowany?

P.S. Dyskusja nad pamiętniczkiem także na serwisie wykop.pl

TPN kontra nauczyciele – show must go on!

A teraz zapraszam Państwa na kolejny odcinek serialu martyrologiczno-humorystycznego  pt. „Obrona przymusu przewodnickiego w Tatrach”

Streszczenie poprzedniego odcinka:  W maju br. Dyrektor TPN Paweł Skawiński za pośrednictwem mediów oznajmił, że cyt: „wycieczki mają obowiązek znajdować się pod opieką przewodnika tatrzańskiego” i „zapowiedział, że „po wygaśnięciu rozporządzenia o obowiązku przewodnickim, ponownie wprowadzi ten przepis. – To będzie zarządzenie dyrektora parku, który też ma prawo regulować ruch turystyczny”. Mój ówczesny komentarz do przeczytania tutaj.

Wspomniane rozporządzenie wygasło (według ministerialnej interpretacji) 16. października i… pomimo wcześniejszych deklaracji Pan Dyrektor nie wprowadził swoim zarządzeniem owego przepisu,  dziś TPN jest jednym z niewielu parków narodowych w Polsce w którym go nie ma. To dobry i ważny sygnał przede wszystkim dla dyrekcji innych parków (tak górskich jak i nizinnych) które różnorako sformułowany „przymus przewodnicki dla grup zorganizowanych” od lat w regulaminy wpisują. Widać nie na darmo były moje – zarówno pismo z listopada 2011, jak i kolejne blogowe publikacje i polemiki. Domniemam, że dyrekcja przyjrzała się dokładnie stronie prawnej zagadnienia i odkryła to samo, o czym pisałem niedawno – że ustawa o ochronie przyrody nie daje aż takich uprawnień, aby wybiórczo nakładać na zwiedzających dodatkowe obciążenia.

Ale całkiem broni nie złożono, nie nie, serial musi trwać. Jak wynika z tego pisma

(upublicznionego na spotkaniu przewodnickim, całość obrazka tutaj) o wprowadzenie przymusu przewodnickiego do prawa państwowego poproszono tym razem… „Minister Edukacji Krystynę Szumalis„. Co prawda nasza Minister od szkół nazywa się Szumilas, ale kto by się tam przejmował (podobnie jak nieistnieniem sądów grodzkich) takimi szczegółami.

Nie wiem niestety czy to dobry adres, jeszcze we wrześniu Minister Szumilas wstawiała się za rodzicami nie chcącymi płacić różnych „haraczy” na komitety rodzicielskie itp., wątpliwe aby z entuzjazmem wprowadzała nakaz płacenia haraczu przewodnikom-figurantom. Organizację wycieczek szkolnych (i to tylko takich pod egidą placówki oświatowej a nie całość młodzieżowego ruchu turystycznego) reguluje Rozporządzenie z 2001 r., (a także w sprawie bhp z 2002) – to bardzo ogólne dokumenty, trudno wyobrazić sobie aby dodawano do nich szczegółowe zapisy dotyczące akurat „górskich parków narodowych” – po to jest właśnie ustawa o bezpieczeństwie w górach. A o bezsensie regulowania turystyki „tylko dla młodzieży” pisałem tutaj.

Z jednej strony TPN chce pokazać jaki to jest nowoczesny i wprowadza na swoim terenie elektroniczne przewodniki na smartfony, z drugiej – wysyła takie żenujące pisma. Skoro dany szlak jest upubliczniony, może wejść nań każdy turysta po zakupie biletu, to jeżeli nauczyciel z grupą podopiecznych miałby obligatoryjnie płacić za dodatkową asystę – uznajemy wszystkich nauczycieli za debili nie potrafiących zachować się w górach. Z zasady jestem przeciwny używaniu w dyskursie złośliwych prztyczków ad personam, ale tym razem nie wytrzymam i retorycznie zapytam – może ten Skawiński ma jakiś uraz z dzieciństwa, np. był bity rózgą przez złego belfra, że teraz musi się tak odgrywać na nauczycielach, co roku przed sezonem wycieczkowym straszyć ich „mandatami” i „sądami grodzkimi”?

Na wszelki wypadek wysłałem Pani Minister relację z drugiej strony:

List do Minister Edukacji Narodowej

Tak czy owak warto śledzić jak to się dalej potoczy – w kontekście wyrażanych często (i moim zdaniem niesłusznie) obaw, że zniesioną regulację państwową zastąpią różne dzikie regulacje lokalne.

Minister Gowin o instruktorach nurkowania

A teraz przypomnijmy i przypominajmy jeszcze po wielokroć słowa Ministra Gowina (w stenogramie 25 posiedzenia Sejmu na stronach 209-210)  w których tak pięknie broni wolnego rynku usług i rozsądku Polaków:

„Wielu z państwa wyraża obawę, czy na przykład poszerzenie dostępu do zawodu trenera, ale też innych zawodów nie obniży jakości usług albo wręcz nie zagrozi zdrowiu czy życiu klientów, odbiorców tych usług. Proszę państwa, trudno wskazać zawód bardziej bezpośrednio wiążący się z zagrożeniem dla życia klienta niż zawód instruktora nurkowania. A tak się składa, że ten zawód jest zawodem nieregulowanym ani w Polsce, ani nigdzie indziej. I jakoś nie słychać o tym, żeby Polacy masowo tonęli podczas lekcji instruktażu nurkowania. Dlaczego nie słychać? Dlatego że reguluje to rynek, o którym tutaj z lewej strony słyszałem tyle krytycznych uwag, i reguluje to zdrowy rozsądek Polaków. W jaki sposób? Ano w taki, że teoretycznie rzecz biorąc, instruktorem nurkowania może być każdy z nas, nawet jak nie umie pływać, z formalnego punktu widzenia. Ale w praktyce klienci zachowują się w sposób racjonalny, szukają ludzi, którzy mają potwierdzone kwalifikacje. Jest dobrowolny międzynarodowy certyfikat, którego zdobycie jest niezwykle trudne. Jeżeli ktoś ma ten certyfikat, to znaczy, że jest naprawdę wybitnym instruktorem nurkowania. I to właśnie ci instruktorzy nurkowania znajdują klientów. Jestem przekonany, że tak będzie też z certyfikowanymi pośrednikami nieruchomości, zarządcami nieruchomości itd., pod warunkiem że certyfikaty, które będą nadawać ich korporacje, dobędą sobie renomę poświadczoną jakością pracy osób posiadających te certyfikaty.”

Dlaczego więc pod wodę wybrać można się, zdaniem Pana Ministra z nielicencjonowanym instruktorem, a aby zabrać kogoś na spacer  po polskich górach, trzeba być koncesjonowanym przez Państwo? Bo jak uzasadniała Elżbieta Wyrwicz na posiedzeniu komisji 26.04. br:

„W przypadku przewodnika turystycznego, górskiego regulacje zostaną utrzymane z uwagi na zależność bezpieczeństwa, zdrowia i życia turystów w górach od rzetelnej wiedzy o topografii, zasadach bezpieczeństwa poruszania się po obszarze górskim, istniejących tam zagrożeniach, umiejętności udzielenia pierwszej pomocy i postępowania w przypadku zagrożenia bezpieczeństwa zdrowia i życia turystów.”

Poruszanie się pod wodą powoduje nie powoduje „zagrożeń zdrowia i życia” uzasadniającą kontrolę państwa nad szkoleniem kadr, a spacerek na świeżym powietrzu, tyle że w „terenie pofałdowanym” już tak? Proszę się nie ośmieszać! Powoli wypływają na wierzch kolejne szczegóły tego bezczelnego szwindlu, typowej tzw. „wrzutki” dokonanej na samym początki tworzenia projektu ustawy przez tych, którym grozi utrata zysków z dopuszczania do zawodu nowych kandydatów. Liczyli pewnie że „nikt się nie skapnie” a przewodnictwo nie będzie przedmiotem wielkiego zainteresowania. Powołana Komisja Nadwyczajna pod przewodnictwem A. Szejnfelda powinna zająć się tym w pierwszej kolejności!

Do Posła Rackiego

Przeglądam stenogram z wczorajszego posiedzenia Sejmu i nawet trochę mi jest przykro, że nikt się nie upomniał o „biednych przewodników”, co do których bardzo chciałem aby byli „twarzą deregulacji”.  No, może jeden tylko Poseł Józef Racki z PSL

wyraził zdziwienie, że w 2011 zaostrzono kryteria zdobywania kwalifikacji pilotów i przewodników, a teraz się je znosi. Reszta jego wystąpienia była generalnie przeciwko reformie, dziwne, skoro niby PSL to koalicjant.

Panie Pośle, ja opowiem jeszcze zabawniejszą historyjkę: Elżbieta Wyrwicz, Z-ca Dyr. Departamentu Turystyki MSiT – jeszcze w grudniu 2011 pisała do mnie, że „nie można pozostawić bez nadzoru osób opowiadających turystom o Polsce” i tym podobne farmazony, a już w kwietniu 2012 – naprostowała sobie światopogląd, i na posiedzeniu komisji sejmowej głosiła pochwałę deregulacji, twierdząc że to biura podróży – czyli np. ja – będę mógł dokonywać weryfikacji. Cóż – każdemu pilotowi zdarza się pomylić drogę, trzeba wtedy grzecznie przeprosić i naprawić błąd, tak jak zrobił nasz Premier, zaalarmowany latem 2011 raportem Fundacji Republikańskiej, i zorientowawszy się że deregulacja może przynieść mu w społeczeństwie sporo sympatii. Dotąd „siłą inercji” na poziomie ministerialnym przykręcano śrubę regulacji, a apetyty lobbystów z PFPiP były wręcz niepohamowane. Mi też groziło, że pewnego dnia nie będę mógł już organizować swojej turystyki rowerowej, bez pieczątki jakiegoś „leśnego dziada”.

Przypomnę też, że to Pana Partia jest winna tego zamieszania, bo współrządząc z SLD w 1997 wpakowaliście do ustawy turystycznej jedne z najbardziej absurdalnych regulacji pilotażu i przewodnictwa i teraz ma Pan i Pana partyjni koledzy szansę naprawy tego, polepszając przy okazji wizerunek PSL nadszarpnięty niedawnymi aferami. Tym bardziej, że w najnowszym sondażu jesteście już pod 5%-owym progiem.

Nie skorzystało z tej okazji 20 posłów SLD, organizując żenującą i nieudaną próbę odrzucenia projektu ustawy w pierwszym czytaniu, ukazując tym samym twarze betonowych, niereformowalnych komuchów. Ich imienną listę znajdziecie tutaj.

Poseł van der Coghen jak Kmicic!

Na gorąco relacjonujemy z Sejmu… Nasz ulubiony Pan Poseł przeszedł przemianę duchową godną Kmicica. Przydała się wczorajsza notka – jako pierwszy zabrał głos po oświadczeniach klubów parlamentarnych zadał pytanie – proszę posłuchać:

Całość zapytania w formie tekstowej…>

Gratulujemy i mamy nadzieję że szabla dziarskiego wojownika się nie stępi!

W odpowiedzi Min. J. Gowin odpowiedział krótko: „Co do uwag Posla v.d.C. przyjrzymy się im w toku prac komisji”. Po czym znów przypomniał o tym,  że mimo braku regulacji zawodu instruktora nurkowania – Polacy masowo nie toną.

Pocieszające, że oprócz tego strzału, nie pojawiały się w zasadzie nigdzie wzmianki na temat przewodników (choć posłowie protestowali tradycyjnie w imieniu np. notariuszy, trenerów, zarządców nieruchomości).  Stenogram z posiedzenia tutaj.