Kandydacie na pilota, ostrzegam przed szkołami dla frajerów!

Stan legislacyjnej niepewności jest źródłem niepokoju u wielu potencjalnych kandydatów do zawodu pilota-przewodnika. Zadają sobie pytanie – czy warto iść na kurs, zdobywać uprawnienia i licencje? Niepokój niepotrzebny, gdyż deregulacja niczego fundamentalnego tu nie zmieni, poza formalnym zniesieniem ich wymogu. I tak jak w setkach innych nieregulowanych profesji, tak i w tych dziedzinach odbywać się będą szkolenia. Jak odbywają się kursy zderegulowanych kilka lat temu instruktorów rekreacji, czy nigdy nie regulowanych rezydentów biur podróży.

Niemniej zauważam, że sama zapowiedź zmian ma pozytywny wpływ na rynek szkoleń i pozwala kandydatom oddzielić ziarno od plew. Owym „ziarnem” są szkoleniowcy zainteresowani sprawnym i szybkim przekazywaniem rzetelnej wiedzy – ci, jak np. Krzysztof Mamys od początku wyrażają zadowolenie z deregulacji i uwolnienia od uciążliwego gorsetu nieżyciowych przepisów. „Plewy” to podmioty, dla których absurdalnie rozbuchany system urzędowych wymagań jest na rękę, gdyż urządzanie wielomiesięcznych długich szkoleń wiąże się z pobieraniem wysokich opłat od kandydatów i zapewnieniem pensum zajęć dla wykładowców. Pewnie też jeszcze swoje można zarobić w komisjach egzaminacyjnych… przypuszczam, że jak wszędzie w systemie paternalistycznej biurokracji  rozbudował się przez ostatnie lata system układów i układzików. A jak – jak wiemy – żądania coraz większych i bardziej rozbudowanych kontroli były od lat postulowane przez to środowisko.

Jak odróżnić jednych od drugich? Bardzo prosto: Ci pierwsi reklamują się wyłącznie w stylu „nasz kurs jest gwarantem zdobycia wiedzy i praktyki”. I ani słowa o deregulacji. Cicho, sza, tak jakby jej w ogóle nie było!  Jeśli w ogóle w reklamie pojawi się słowo „deregulacja” powinno ci się zapalić, drogi kandydacie, ostrzegawcze czerwone światełko. A już niech wali po oczach i omijaj z daleka próby łapania frajerów na slogan typu „nasz kurs to ostatnia szansa zdobycia państwowych uprawnień, bez których nie będziesz mógł uprawiać zawodu”. Prosta logika podpowiada, że piszą to nieudacznicy, oferujący tak marny towar, że jedynie państwowy przymus „zrobienia uprawnień” pozwala utrzymać im się na rynku.

Zauważyłem też pewną prawidłowość – są to firemki których rzeczywista działalność touroperatorska jest mikra albo wręcz nie istnieje w ogóle, reklamują głównie szkolenia pilockie,  a potem z zarozumialstwem wypowiadają się w imieniu tych, którzy na dużą skalę imprezy organizują i tychże pilotów zatrudniają. Już w czerwcu  naśmiewałem się z Z. Kruczka który ma dwie wersje poderegulacyjnego scenariusza – osobną dla mediów i polityków, osobną dla kandydatów do swojej szkółki pilotów „Proksenia”. Wszystkich jednak przebija ostatnio Warszawskie biuro turystyki „Orion”, propagujące coś takiego:

To już nie jest śmieszne ale przerażające. Przede wszystkim jest to moim zdaniem nieuczciwa praktyka rynkowa, gdyż wypisane tam drobnym drukiem stwierdzenie, jakoby „wykonywanie  pracy w charakterze pilota wycieczek w wielu krajach UE było utrudnione albo wręcz niemożliwe bez państwowej licencji” jest kłamstwem, wprowadza klientów w błąd. Proszę ten dopisek natychmiast usunąć. A nie usuwać moich sprostowań które zamieściłem na facebookowym forum. Czy na kursie również uczą kłamstwa i siłowego uciszania np. niezadowolonych uczestników wycieczki? W takim razie niech jakikolwiek organizator nie waży się zatrudniać absolwentów tej szkoły.
Strona internetowa biura Orion siermiężna i skromniuteńka, żadnych konkretnych ofert wycieczek z terminami i cenami (w przeszłości widziałem jedynie sprzedaż agencyjną cudzych produktów) rozbudowana za to podstrona antyderegulacyjna z różnymi „opiniami” w histerycznym tonie. Spośród właścicieli biur wyraził się jedynie Włodzimierz Nowotorski, Prezes ATUT TOURIST  – firemka – podobnie jak „Orion”, jeśli chodzi o działalność touroperatorską mikroskopijna – można to sprawdzić po wielkości sumy gwarancyjnej na polisie, proporcjonalnej do obrotów  – zaledwie ok. 33 tys zł (moje biuro, firma też niewielka, ma polisę na 220 tys., gwarancje poważnych touroperartorów idą w dziesiątki i setki milionów). Na dowód rzekomej niemożności pracy polskich pilotów za granicą – cytuje wybrane od czapy fragmenty francuskiego dekretu dotyczącego… przewodników po muzeach.

Proszę też nie dać się zwieść jasnowidztwu  kierowniczki „Oriona” która niczym kasandra posiada tajemną wiedzę o tym, jakoby w 2014r. miano wprowadzić regulacje zaproponowane w sierpniu prze Konwent Marszałków – według stanowiska, które powtarza liczne błędy merytoryczne poprzednich anty-deregulatorów. Przypomnę że we wrześniu rząd przyjął projekt ustawy, 16 października został skierowany do pierwszego czytania w Sejmie, szczegóły tutaj.

Działalność pilotów wycieczek, poza Polską jest nie jest „państwowo licencjonowana” ani w Niemczech – światowym turystycznym gigancie, ani w większości krajów, skąd wyjeżdżają miliony turystów ze swoimi pilotami a „legitymacja pilota z orzełkiem” nie jest dla cudzoziemskich służb żadnym dokumentem mającym większą wartość od innych upoważnień do prowadzenia grupy.  I w ogóle unijna legislacja odnośnie wzajemnego uznawania uprawnień dotyczy głównie tych, którzy chcieliby się osiedlić w obcym kraju na stałe, a nie pilotów wyjeżdżających na krótko z grupą, z terenu Polski. Jak unowocześniona dyrektywa 2005/36/WE traktuje takie sytuacje – pisałem tutaj. A tak wypowiedzieli się w sprawie deregulacji poważni touroperatorzy.

Możliwość komentowania jest wyłączona.