Witamy nowego deregulacyjnego blogera!

Właśnie zauważyłem, że od sierpnia br. działa nowy blog poświęcony tematyce deregulacyjnej – zapraszam państwa do lektury
http://deregulacja.blogspot.com/

Jego autor pisze o sobie: Mam na imię Adam. Jestem z wykształcenia prawnikiem, ale nigdy nie pracowałem w tym zawodzie (i nie zamierzam!). Początkowo na etacie, a do ładnych paru lat „na swoim” (prowadząc prywatną firmę) zajmuje się marketingiem. Mam rodzinę. Z polityką (czy politykami) nie mam nic wspólnego. Deregulacją interesuję się od kilku lat, m.in. śledząc te procesy zagranicą. Tutaj chcę podzielić się moimi spostrzeżeniami w tym zakresie. Życzę wytrwałości! Niech Pan się nie łudzi Panie Adamie, że wszyscy w tym kraju zrozumieją  Pana społecznikowskie powołanie. Z pewnością spotka się Pan z dziesiątkami ataków sugerujących prywatę,  pozwów (patrz notka niżej) ale ma to czasem i sympatyczne strony. W tym kraju wciąż jest wielu takich, co wierzą, że rządowy projekt deregulacji przewodnictwa jest wykonywany pod moje dyktando.

W treści bloga są świetne analizy i materiały, (na przykład tutaj), do których jeszcze wrócę i z których skorzystam przy torpedowaniu idiotycznego planu „regulacyjnej enklawy” dla tzw. przewodników górskich. Tymczasem zrywam boki czytając „Projekt ustawy o zawodzie sprzątaczki” i przypominam – to ja byłem pierwszy w te klocki publikując w marcu 2010 materiał o licencjonowaniu zawodu kwiaciarki. Doceniam jednak determinację autorów, – bo i projekt obszerniejszy, i przyjemniej było mi jednak pisać o pachnących kwiatkach niż o „narażeniu życia i zdrowia przez stosowanie nieodpowiednich środków czyszczących (np. żrących, toksycznych lub uczulających)”.

No cóż – jak pisał pewien klasyk – w miarę rozwoju socjalizmu walka klas zaostrza się ;)

5 Komentarze

  1. Owszem, obecny projekt zawiera różne kwiatki.
    Co do znajomości języka, w przypadku wyjazdów zagranicznych jest to oczywistość, i powinien to sprawdzać organizator przed wysłaniem delikwenta w trasę. Jeśli ktoś chce sobie zdobyć inne certyfikaty, to niech je zdobywa.
    Generalnie znajomość języków wśród polskich absolwentów wszelakich kursów czy studiów turystycznych jest żenująco niska, więc dotychczasowe regulacje i tak tu niewiele pomagają.

  2. Panie Macieju,
    a co Pan myśli o jeszcze jedynym wyłączeniu z deregulacji związanej z przewodnikami, a mianowicie tym, ze od pewnego czasu przewodnik tak samo jak pilot (tylko w przypadku pilotów obowiązek ten istniał od zawsze) musi przejść przez egzamin językowy w mowie (co jest zrozumiałe) ale też i w piśmie (tego już zrozumieć nie potrafię, bo nie spotkałem się z przewodnikiem który treść swojego przekazu pisze na kartkach i daje do odczytania grupie). co Pan na to?
    Pozdrawiam.
    s

    • Drogi Anonimie,
      Twoje pytanie swiadczy ze nie masz zbyt wielkiego pojecia o zawodzie pilota i przewodnika. Wielokrotnie gdy jeździłem z grupa jako pilot zmuszony bylem do uzywania jezyka obcego w pismie (np. pomagajac turystom pisac notki/ zeznania na policji w przypadku jakichs kradziezy. Wielootnie tez zdazalo sie tlumaczyc teksty piasne – tak wiec akurat w tym ze egzamin jest na pismie nie widze nic dziwnego. Nie mowiac juz o tym ze raczej trudno uczyc sie wylacznie mowic w danym jezyku bez nauki pisania i czytania (bo egzamin pisemny wbrew nazwie jest takze egzaminem z czytania, a nie tylko z pisania:-)

      • Owszem, i co z tego? Kucharz musi umieć gotować a nie potrzebuje państwowego egzaminu. Urzędowy certyfikat języka powinien mieć np, sądowy tłumacz przysięgły ale nie każdy śmieszny pilocik na wycieczce. Tu wystarczy że go przeegzaminuje organizator.

        • Moja wypowiedz nie dotyczyła konieczności egzaminu językowego, a raczej tego ze nie wystarczy by przewodnik/pilot umiał wyłącznie mówić w języku obcym – umiejętność czytania i pisania również się przydaje. A stwierdzenie: „musi przejść przez egzamin językowy w mowie (co jest zrozumiałe) ale też i w piśmie (tego już zrozumieć nie potrafię, bo nie spotkałem się z przewodnikiem który treść swojego przekazu pisze na kartkach i daje do odczytania grupie). ” jest delikatnie mówiąc infantylne i świadczy wyłącznie o braku specyfiki zawodu.