AWF-y, czyli wylęgarnie małych komuszków

Dziś mamy piękną rocznicę wyborów w 1989 r. Prawie bym o tym zapomniał, gdyby nie okolicznościowy wpis na facebookowym profilu Adama Wajraka. Chwali się tam kombatancką fotką, na której trzyma słynny solidarnościowy plakat „w samo południe” a obok stoi Jacek Kuroń. Swoich licznych fanów informuje, jak to dobrze że trafił nam się ten wolnościowy przełom a malkontentom wyjaśnia: „Za taką Puszczę, czy Rospudę w PRL byśmy z pierdla nie wychodzili!”

Wajrak podobnie jak ja i tysiące innych zaczynających wtedy pracę, swoją karierę zawdzięcza temu przełomowi. Dziś jest znanym dziennikarzem przyrodniczym, uznanym ekspertem od ekologii, a przecież nie skończył żadnych studiów w tym kierunku. Ani w ogóle żadnych studiów, nie wiem nawet czy ma maturę. Ale mógł skorzystać z dobrodziejstw systemu, który nagradza za rzeczywiste pasje i umiejętności a nie posiadany papier czy przyzwolenie  państwowego urzędnika. Podobnie mogą czynić jego następcy – zawód dziennikarza mimo licznych zamachów na jego wolność – nie został uregulowany. Inaczej w przypadku przewodników – tu do władzy znów wróciły dawne komuchy, i co prawda do pierdla nie sadzali, ale uprawiali swoje esbeckie praktyki – urządzając uliczne łapanki i strasząc mandatami. W znacznej części – jak zauważam – usadowili się na posadkach w uczelniach na tzw. wydziałach turystycznych.  

Przy okazji nasuwa się refleksja nad psikusami historii. Przed laty środowiska studenckie jak jeden mąż walczyły z komuną, dziś walczą… o zachowanie jej pozostałości, zachowanie władzy dawnych aparatczyków i funkcjonariuszy, którzy wydają młodym pozwolenia i licencje. Bo czy inaczej można nazwać anty-deregulacyjne strajki na kilku AWF-ach które odbyły się w połowie maja? Na przykład w Poznaniu.

W tym momencie zaczynam się zastanawiać, czy jest sens walczyć i piętnować takie zachowania? Z mojego prywatnego punktu widzenia na pewno nie. Sam żadnej uczelni turystycznej nie ukończyłem, kiedyś takich studiów w ogóle nie było, a mimo to jakoś sobie ze swoją firemką od tych 22 lat funkcjonuję. I w zasadzie, powinno mnie dawno nie być. Skoro co roku tysiące absolwentów kończą jakieś „studia turystyczne”, ze swoją wspaniałą i fachową wiedzą powinni zmieść z rynku takich amatorów jak ja. Ale póki AWF-y wychowują jedynie małe komusze móżdżki – jest cool. Zapierniczajcie komuszki na zmywakach, jako recepcjoniści czy barmani. Nam, dzieciom wolnościowej rewolucji zostawcie prowadzenie biznesu.    

2 Komentarze

  1. Ach, co by zrobili ci biedni anonimowi frustraci gdyby nie ten blog i otwarte anonimowe forum. Robię dla nich prawdziwie samarytańską robotę.

    Moja firemka zapewnia mi od lat dochody na poziomie 3-4 średnich krajowych, co w tej branży raczej nie jest regułą. Wiedzą ci co powinni, zresztą większość sprzedaży i operacji jest kompletnie poza Polską – jak np. ostatnio seria wycieczek dla brytyjskich turystów na Białoruś.

    A ci co protestowali ośmieszają i obrażają się sami. Dostaną w mordę od rynku, nie ode mnie.

  2. Masz rację co do określenia swojego gospodarczego matecznika jako „firemka”. Nawet nikt nie usłyszałby o niej, gdyby nie szum, którego narobiłeś swoją akcyjką ( jaka firma, taka akcja). Faktycznie nie masz się o co martwić, więc czemu ma służyć obrażanie młodych ludzi, którzy nie po to studiują 5 lat na AWF, by ich konkurentami zawodowymi mieli być niedouczeni amatorzy?