Szybka kontra i… UFFFFFFFFFFFF!!!

I oto prooooooszę państwa… jaki fascynujący jest ten mecz. Niedługo cieszyli się anty-deregulatorzy, ich krzyk radości zmienia się na tę chwilę w jęk rozpaczy. Znów my rozgrywamy. Już słyszę te klątwy, trzaskania w klawiaturę, plucia w monitor bo oto przed chwilą… taaaaak! Na stronach MS i RCL ukazała się oficjalnie finalna wersja projektu interesującej nas ustawy. I co? Nic, żadnych zmian. Taksówkarzom owszem – tu się zmieniło – rada gminy może urządzać sprawdziany. To zresztą było wiadome od co najmniej miesiąca. Natomiast w przypadku przewodnika miejskiego i terenowego – nadal żadnych warunków. Tylko niekaralność. 

Nie wiem co to był za ślepy strzał z gnata za pazuchą. Wczoraj około 15 zadzwoniła do mnie dziennikarka „Rzepy” i czytała mi na głos fragmenty ustawy w którym jak byk stało napisane że samorządy w konsultacji ze… stowarzyszeniami przewodnickimi (sic!) będą na swoim terenie wydawać licencje. Może był wcześniej jakiś taki projekt do którego po cichu ktoś zrobił tzw. wrzutkę, a potem się zorientowano? Chwała Bogu, bo to by była kompromitacja całego projektu.    

Powiem szczerze – to już nie na moje nerwy. Na szczęście obowiązki służbowe wzywają mnie na ponad tydzień… na Białoruś, gdzie przygotowuję liczne imprezy. Życzę świetnej zabawy i dobej pogody!  

Gowin buduje drugą Rosję

Aktualizacja 22.05. wieczorem: Uwaga! poniższy tekst jest już – na to wygląda – nieaktualny, patrz tutaj..>

Dzisiejsza prasa przynosi sensacyjne wiadomości. Aparatczycy-działacze i przewodniccy mafiozi ryczą z radości, bo nagle po piłka po serii porażek znalazła się na drugiej połowie boiska. Oby tylko na chwilę. Niestety pomysł przyznania nie urzędom marszałkowskim ale… samorządowcom w każdym powiecie i gminie (!!!)  prawa decydowania, kto może na ich terenie świadczyć usługi przewodnickie, to jakiś horror, przerażający przede wszystkim tych, którzy obecnie przewodnictwem się parają i jakoś z bólem ale obecne regulacje znoszą. Efekt jest doskonały do przewidzenia – w każdej najmniejszej pipidówce, gdzie tylko istnieją jakieś lokalne koła PTTK czy inne zrzeszenia leśnych dziadków natychmiast powstaną samozwańcze komisje i powstanie tysiąc albo więcej najrozmaitszych licencji. Doskonale znamy ten proceder z różnych parków narodowych. W ostatnich latach działacze w licznych miejscowościach turystycznych biadolili że nie mają własnych licencji i przymsu wynajmu lokalnego przewodnika, np, Gniezno albo Wadowice.  Ależ teraz zacierają rączki z radości.

Nie wiem kto i dlaczego wpadł na ten debilny pomysł. Owszem w przypadku taksówkarza, który pracuje przez cały czas w jednym mieście może to mieć jakiś sens. Nie można tego porównać z usługami przewodnickimi, świadczonymi na ogromnym obszarze. Już obecnie, żeby „legalnie” opowiedzieć coś na jakiejś objazdowej trasie przez kilka województw, trzeba mieć takich „uprawnień” kilka albo kilkanaście. Po zapowiadanej pseudo-deregulacji, która de facto będzie megaregulacją ich liczba wzrośnie pewnie do kilkudziesięciu, oczywiście za każdą trzeba będzie lokalnym kacykom zapłacić.  

Najgorsza jest ta potworna hipokryzja Gowina, bo kto na tym najbardziej straci? Ani nie biura podróży – które i tak zatrudnią kogo chcą a gąszcz lokalnych przepisików będą miały głęboko gdzieś, ani nie zagraniczni piloci którym nikt nie zabroni opowiadać czegokolwiek swoim grupom. Stracą ci, którzy mieli najbardziej zyskać czyli młodzi ludzie wchodzący na rynek pracy, którzy bez zakorzenienia na rynku i kontaktów chcieliby założyć firmę przewodnicką. Aby to zrobić legalnie będą zmuszeni ponieść jeszcze większe koszty poddać się jeszcze bardziej skorumpowanym gminno-powiatowym klikom. Koszt wejścia na rynek pracy wzrośnie kilkakrotnie. 

To już nie będą drugie Włocha albo Grecja – to będzie druga Białoruś, Rosja, Ukraina. Bo właśnie z tamtych krajów znane są przypadki, że każda jednostka terytorialna lekceważąc oficjalnie zapisaną w konstytucji wolność słowa wprowadza jakieś swój przewodnicki „poriadok”. Najbardziej znanym przykładem jest Lwów, gdzie uchwałą rady miejskiej zabrania się polskim pilotom oprowadzać polskie wycieczki, musi to zrobić ukraiński funkcjonariusz przedstawiający „właściwą” wersję historii miasta.

Kandydatom na przewodników już teraz radzę – zaopatrzyć się w duże i wygodne torby, w których będziecie nosić dziesiątki najrozmaitszych identyfikatorów blach i legitymacji, oczywiście z opłaconymi składkami, i pokazywać je kontrolerom w każdym zwiedzanym mieście, gminie, obiekcie. Będziecie musieli mieć ich co najmniej tyle ile przewodniczka Tatiana z Sankt Petersburga, która dumnie prezentuje je na swojej stronie: 

I tyle mojego komentarza – na głupotę rodaków więcej nie pomogę. Mam nadzieję że Ruch Palikota, posłowie tacy jak Wipler z PiSu i inne rozsądne siły w parlamencie nie pozwolą na uchwalenie tego kretynizmu.

Małopolski Urząd Marszałkowski za deregulacją!

Krakowskie media z zapałem nagłaśniają wszelkie anty-deregulacyjne protesty  a to przewodników, a to samorządowców z „Solidarnej Polski” a to dyrektorów muzeów. Kraków w ogóle uchodzi za jakieś przewodnickie Westerplatte, które nawet obliczu beznadziejności, bohatersko zamierza bronić się do ostatka. Dziś więc wyjawię szokującą prawdę: w samym środku tej twierdzy kryje się wewnętrzny wróg. Jądro zdrady. Targowica. Gdzie? Nie uwierzylibyście… w Urzędzie Marszałkowskim!  

Na stronie rządowego centrum legislacji można znaleźć skany pism nadsyłanych do Ministerstwa Sprawiedliwości w ramach konsultacji społecznych.  Jest tam multum pisanych według jednej sztampy protestów różnych kółek przewodnickich – nawet nie warto klikać. Zaciekawiły mnie natomiast opinie urzędów marszałkowskich, które odpowiedzialne są za egzaminowanie, ewidencję i kontrole przewodników. Dla pracujących tam  matołów deregulacja oznacza koniec świata, koniec władzy, koniec wpływów, koniec uzurpowania sobie prawa do politycznej cenzury wypowiedzi. Nic więc dziwnego, że na osiem opublikowanych tam opinii sześć jest negatywnych, z takimi głupotami jak np. licencje w większości krajów UE bądź konieczność posiadania „państwowych papierów” celem pilotowania za granicą (biedni piloci niemieccy, angielscy, holenderscy…). Jedna opinia (z lubelskiego) jest ogólnikowo-sceptyczna ale jedna… bezwzględnie popiera deregulację. Skąd ona? Oto cytat:

„Województwo Małopolskie pozytywnie opiniuje projekt ustawy z dnia 6 marca 2012 roku „o zmianie ustaw regulujących wykonywanie niektórych zawodów” . Przedkładany projekt przyczyni się do ograniczania barier administracyjnych (…) oraz zwiększy konkurencyjność rynku usług.”  

W dalszej części dokumentu zawarto jedynie propozycje kilku drobnych korekt. Podpisali się Gerard Madej z Departamentu Prawnego oraz Marszałek Województwa Małopolskiego – Marek Sowa.

Dziękujemy. Nie popełnili Państwo błędów poprzedników. Mam nadzieję że za tą deklaracją pójdą czystki w Departamencie Turystyki i miejsce skompromitowanych urzędników zajmą fachowcy właściwie rozumiejący czym jest promocja turystyczna i jak buduje się pozytywny wizerunek miasta i regionu. Przypilnujemy tego.

 

Deregulacja = dekomunizacja

Moja odpowiedź na tekst Michała Pilicha „Branża mówi nie deregulacji” w Wiadomościach turystycznych
_______
Branża mówi „nie” deregulacji? Ciekawe jaka branża, skoro najwięksi polscy touroperatorzy zrzeszeni w PZOT są jednogłośnie za. Przemysł turystyczny niemal w całości bazuje na pracy osób wykonujących zawody nieregulowane i trzeba być naiwnym, twierdząc że rynek który w hotelarstwie, gastronomii, transporcie, rozrywce itp. doskonale reguluje jakość usług, jakąś czarodziejską siłą nie dotyka drobnego ich wycinka związanego z oprowadzaniem czy pilotażem. Nieregulowane są profesje obsługi nowoczesnych form wypoczynku – jak rezydenci, animatorzy, instruktorzy wczasów aktywnych itp. zaś poziom i komplikacja istniejących absurdów w „tradycyjnym” pilotażu i przewodnictwie jest prostą konsekwencją narosłych przez lata koterii i układzików pomiędzy działaczami o PRL-owskiej proweniencji,  a urzędnikami ministerialnymi średniego szczebla. Ich przecięcie jest mimowolną  korzyścią z deregulacji, i to głównie wywołuje protest. Kogo? Tych przedstawicieli branży, którzy sami nie tworzą żadnego produktu turystycznego, nie potrafią sprzedać swoich usług w warunkach silnej konkurencji, więc pasożytują na innych, zdolniejszych. Opacznie interpretując przepisy służące ochronie klienta, tworzą administracyjny przymus kupowania swoich niechcianych usług, arogancko twierdząc że wiedzą lepiej od klienta, co jest dla niego lepsze.              

Pan Michał Pilich szkoli innych, a sam nie rozumie takich pojęć jak np. dumping czy spekulacja. Nie, proszę sobie nie schlebiać – błędnie Pan się czuje „jak spekulant z czasów minionych”. Spekulantami nazywano – często pożytecznych, prywatnych handlarzy, którzy wyrośli na rynkowych niedomaganiach realsocjalizmu. Ja w Pana wypowiedziach widzę mentalność aparatczyka, jak u wielu tych, co krzykliwie walczą z deregulacją, wplatając co drugie słowo „polskie obozy koncentracyjne”. Uważam, że wciąż zbyt mało piętnuje się tych, którzy niczym w jakiejś zamrażarce przetrwali 22 lata demokracji i wciąż im się wydaje że przewodnictwo turystyczne w przeciwieństwie do mediów, wydawnictw itp. jest wyjęte spod konstytucyjnej wolności słowa. Że przewodnik ma być funkcjonariuszem-cenzorem, wbijającym do głowy „jedyną słuszną prawdę”. I tak niechybnie deregulacja będzie ostatnim stadium dekomunizacji.

A nowe miejsca pracy? Polacy wydają wciąż 4-5 krotnie mniej na turystykę niż zachodni sąsiedzi i chyba najwięksi pesymiści nie sądzą że tak będzie zawsze. Dzięki reformie tysiące nowych pilotów i przewodników będzie mogło podjąć pracę bez niepotrzebnych i kosztownych procedur, szkoląc się w takim zakresie jaki oczekuje rynek i klient kupujący prywatną wycieczkę, a nie państwowy urzędnik, zblatowany z lobbystą-kombinatorem.     
 
Maciej Zimowski
Koordynator Akcji Społecznej Wolne Przewodnictwo

A ja nie chcę czytać bzdur

Czy całe miasto Kraków nie ma na głowie ważniejszych problemów od tego, że mała grupka lokalnych przewodników-pasożytów może stracić łatwy chleb wynikający z przymusu kupowania ich niechcianych usług? Takie wrażenie może odnieść każdy, kto kupi dziś tutaj Gazetę Wyborczą. W miejscowym dodatku na czołowej stronie, na pierwszym miejscu wielkimi literami straszy tytuł „Nie chcą słuchać bzdur” (wersja sieciowa tutaj…>) a rzecz jest o dyrektorach kiku muzeów, którzy – jak świetnie to skomentowała radna Małgorzata Jantos w Radiu Kraków – mają być może znajomków wśród niezadowolonych przewodników. Dla Ministra Zdrojewskiego ich list powinien być przede wszystkim sygnałem alarmowym, wskazującym na korupcję, chore układy i kompletny organizacyjny niedowład muzealnych placówek.

Retoryka tego artykułu powala. Odkąd to, zwiedzający jest dla muzeum niepożądanym intruzem?  Do tej pory słyszałem że władzom Krakowa zależy na jak największej ilości turystów, a już zwłaszcza takich zainteresowanych kulturą, historią a nie tylko tanim piwem. I teraz, kiedy deregulacja rzeczywiście zachęci więcej takich do przyjazdu, bo zwiedzając miasto nie będą musieli przymusowo wynajmować eskorty jakiegoś krzykliwego, odpychającego „przewodnickiego funkcjonariusza”, muzea będą się przed nimi zamykać?   

Będziemy kontrolować ten proceder. Sprawa jest prosta – o ile muzeum, jak większość tego typu placówek, jest publicznie dostępne dla każdego kto kupi bilet, nawet i dziś nie ma żadnego prawa nie wpuścić grupy tylko dlatego że osoba towarzysząca nie ma jakiejś „licencji”. Działanie takie byłoby dyskryminacyjne, bezprawne i zagrożone karą. Wolność przekazywanie wiedzy gwarantowana jest konstytucją, i jeżeli w mniemaniu pracowników muzeów ktoś „opowiadałby bzdury” – mogą uprzejmie zwrócić uwagę, ale tylko tyle. Gazeta Wyborcza też w specjalnej kolumience komentuje „bzdury” wypisywane przez tabloidy czy prawicowe pisemka, ale nie słyszałem aby dopominała się przywrócenia cenzury, zamknięcia „Faktu” czy „Gazety Polskiej” i monopolu na informację.

Jest grupa obiektów, w których ze względów porządkowych dopuszcza się zwiedzanie tylko z przewodnikiem, np. podziemia rynku w Krakowie. Tutaj nikt przecież nie zabroni kadrze dotychczas wykształconych ludzi oprowadzać – tak jak to robili do tej pory. Jeśli natomiast pojawią się nowi „wolni przewodnicy” powinni mieć taki sam dostęp i szansę na uzyskanie muzealnych licencji. Do tej pory różnie z tym wyglądało, na panujące niejasne zasady, kolesiowstwo, niesłuszny przymus wynajmowania dodatkowego przewodnika w tych podziemiach przewodnicy pomstowali już w 2010 roku, o czym pisałem w notce „…triumf moralności Kalego”. 

W Tatrach NIE MA obowiązku przewodnickiego.

W związku z kolportowanymi przez PAP i liczne media (m.in. na portalu Gazeta.pl – TPN: wycieczki w Tatry od teraz tylko z licencjonowanym przewodnikiem)  najnowszymi bałamutnymi i wprowadzającymi w błąd wypowiedziami Dyrektora TPN Pawła Skawińskiego – po raz kolejny przypominam co następuje:

Nieprawdą jest, że „każdą wycieczkę w Tatry musi prowadzić licencjonowany przewodnik”. Ważność bądź nieważność rozporządzenia z 1997 nie ma tu nic do rzeczy. Park powołuje się na – wyrwany z kontekstu zapis o treści, która brzmi następująco: „wycieczki piesze lub narciarskie na terenach górskich, leżących na obszarach parków narodowych i rezerwatów przyrody oraz leżących powyżej 1000 m n.p.m., mogą prowadzić tylko górscy przewodnicy turystyczni.” Pomijając nieprecyzyjność owego legislacyjnego bubla, (brak definicji wycieczki) z jego logiki jasno wynika że zakłada się istnienie także wycieczek „nieprowadzonych”. Czyli przewodnik „może” ale nie „musi” towarzyszyć wycieczce. Co jest też zgodne z rzeczywistością bo ogromna większość z 2 mln turystów rocznie odwiedzających Tatry z usług przewodnickich nie korzysta.

Podobnie, nieprawdziwy i wprowadzający w błąd jest zapis na stronach internetowych TPN (dział turystyka piesza) o treści: „Wszystkie wycieczki wchodzące na teren Tatrzańskiego Parku Narodowego mają obowiązek znajdować się pod opieką przewodnika tatrzańskiego.” Stwarza on mylne wrażenie, jakoby niemożliwym było wejście na teren Parku bez „opieki” przewodnika, gdyż określenie „wycieczka” zgodnie z powszechnym rozumieniem i słownikową definicją to każdego rodzaju wyjazd, spacer itp. o charakterze turystycznym.

Dalej w informacji prasowej czytamy: „Prowadzenie zorganizowanej grupy bez przewodnika jest wykroczeniem, które może być ukarane kilkusetzłotowym mandatem bądź pouczeniem i przerwaniem wycieczki. Sprawa taka może też skończyć się skierowaniem do sądu grodzkiego”. Natłok kłamstw i przeinaczeń jest w tej wypowiedzi wyjątkowy. Nie ma żadnego takiego wykroczenia w kodeksie wykroczeń, nie istnieje żadna definicja „grupy zorganizowanej”, nie ma żadnego tytułu prawnego do wystawienia mandatu za „nieposiadanie przewodnika”. Wszelkie regulacje odnośnie przewodnictwa turystycznego dotyczą wyłącznie komercyjnego świadczenia usług przez zarejestrowane podmioty gospodarcze, ich intencją jest ochrona interesów klientów biur turystycznych (a nie zmuszanie do kupowania niechcianych świadczeń) a po licznych nowelizacjach – sprawa korzystania z usług przewodnickich jest wyłącznie kwestą umowy klienta i organizatora. Wreszcie drobiazg – sądy grodzkie już nie istnieją.

Dyrektor parku ma prawo regulować ruch turystyczny, ale nie zwalnia go to od konieczności przestrzegania innych ustaw i konstytucyjnych praw obywateli. O ile kwestie bezpieczeństwa lub ochrony przyrody wymagają ograniczenia ruchu bądź asysty przewodnika, przepisy w tej sprawie powinny być jasno określone i nie mogą dyskryminować wybranych grup klientów. Służby parkowe nie mają żadnych uprawnień do tego, aby ingerować w prywatne sprawy osób odwiedzających udostępnione publicznie tereny parku i dzielić turystykę na „niezorganizowaną” i „zorganizowaną”, z czego ta druga ma być obarczona przymusem zakupu dodatkowych usług w firmach zewnętrznych.  

Pisałem już o tym raz w liście z dnia 15 listopada. W niniejszej notatce zwracam się do Sz. Pana Dyrektora Pawła Skawińskiego po raz ostatni: Proszę pilnie sprostować swoje wypowiedzi i usunąć ze stron Parku mylne informacje o rzekomym „obowiązku przewodnickim”.  W przeciwnym wypadku zgłoszę do UOKiK skargę na naruszenie zbiorowych interesów konsumentów, a do Ministra Ochrony Środowiska wniosek o odwołanie Pana z funkcji Dyrektora Parku.   

Do organizatorów wycieczek w Tatry, którzy nie mają ochoty korzystać z usług lokalnych przewodników, kilka porad praktycznych: Proszę nie przejmować się pogróżkami  – z tego co wiem, żadnych mandatów „za nie manie przewodnika” nigdy nie wystawiono. Służbom parkowym kategorycznie odmawiać podawania informacji o charakterze prywatnym, dotyczącym organizacji wyjazdu, wzajemnych relacji między uczestnikami. W razie nieprzyjemnych interwencji – dokumentować nagrywać, fotografować i niezwłocznie przysłać relację – ze swej strony oferuję pomoc w egzekucji odszkodowania za ewentualne naruszenie dóbr osobistych bądź zepsucie imprezy turystycznej.

Maciej Zimowski, tel  604 446233, e-mail: akcja@wolnezawody.org

Branża touroperatorska za deregulacją. Panie Gowin, ostrożnie z aparatczykami!

Wczoraj uczestniczyłem w tzw. konsultacjach społecznych w Ministerstwie Sprawiedliwości, na których zjawili się głównie reprezentanci środowisk, którym zależy na utrzymaniu dotychczasowych przywilejów. Oglądałem kolejny żenujący spektakl w wykonaniu tępych funkcjonariuszy z PTTK, sfrustrowanego właściciela firmy szkoleniowo-wydawniczej i jednej podstarzałej aktorki, która być może nie mając angażu w swoim zawodzie przekwalifikowała się na przewodniczkę i teraz dramatycznie pomstowała na los, że zdała tyle egzaminów a nie będzie miała zbytu na swoje usługi. Większość półtoragodzinnej dyskusji zeszła na próbach udowodnienia że przewodnik ma być kontrolerem państwowym, który w przeciwieństwie do dziennikarza, pisarza itp. ma działać w rezerwacie wyłączonym spod konstytucyjnego prawa wolności słowa i pełnić rolę urzędowego cenzora przekazywanych turystom treści. I pomimo wielkorotnych próśb moderatorów, słowami najczęściej padającymi w dyskusji były „holokaust” i „polskie obozy koncentracyjne”. Spuśćmy już nad tym kurtynę. 

Swoją wypowiedź zacząłem od przypomnienia, że branża turystyczna to ogromny dział gospodarki w którym kwestie regulacji „tradycyjnego” pilotażu i przewodnictwa zajmuje dość poślednie miejsce, o czym świadczy zaledwie śladowe zainteresowanie tematem w branżowych mediach. Większość nowoczesnych usług w tym sektorze – jak hotelarstwo, gastronomia, organizacja wczasów czarterowych itp. wykonują zawody nieregulowane i rynek doskonale stoi na straży ich jakości. I właśnie wczoraj w do mediów dotarła informacja że członkowie Polskiego Związku Organizatorów Turystyki zrzeszającego największych touroperatorów na rynku (m.in. Sky Club, Itaka, Rainbow Tours, Neckermann Polska itp) są jednogłośnie za deregulacją zawodów pilota i przewodnika. Być może mój blog i ośmieszenie poprzednich wypocin ITRP i PiT jakąś drobną edukacyjną rolę tutaj odegrał. 

Natomiast po tym spotkaniu jest już dla wszystkich jasne, że cały antyderegulacyjny cyrk wokół pilotażu i przewodnictwa jest wyłącznie pochodną faktu, że wokół tych tradycyjnych, uprzywilejowanych w PRL zawodów narosła przez dziesiątki lat niepojęta ilość układów i układzików, znajomości i zblatowań starych aparatczyków – (jak czytamy w Rzeczpospolitej – w dużej części o esbeckiej proweniencji) z urzędnikami ministerialnymi różnego szczebla. I to ich manipulacja a nie żadne „względy bezpieczeństwa” – spowodowały pozostawienie potężnej enklawy regulacajnej dla przewodników „tak zwanych górskich”, a de facto monopolizujących oprowadzanie po miastach czy szlakach spacerowych w całej południowej części kraju.

Ministrze Gowin, sam Pan w tym artykule wspomina, że „nie spodziewał się Pan aż takiego oporu w wypadku zniesienia licencji na oprowadzanie turystów”. Ja wiedziałem o tym dobrze, przysyłając do Ministerstwa dossier, natychmiast po pierwszym prasowym wywiadzie w którym zapowiedział Pan uwolnienie przewodnictwa. Teraz wybiegnę dalej – nie spodziewa się Pan też, jakie fatalne konsekwencje polityczne może Pan ponieść w wyniku pójścia na rękę dawnym PRL-owskim aparatczykom. Proszę w całości zderegulować zawód przewodnika turystycznego!    

Agencja PAP kłamie o licencjonowaniu przewodnictwa w Wielkiej Brytanii!

Myślałem że czasy, kiedy dziennikarze pod dyktando przewodnickich mafii pisali brednie o rzekomym licencjonowaniu przewodnictwa „w całej Unii Europejskiej” dawno minęły. Myliłem się. 6 maja z Polskiej Agencji Prasowej wyszedł tekst, który ukazał w wielu poważnych mediach np. w biznes.onet.pl pod tytułem „Deregulacja w Polsce, Włoszech, Szwecji i Wlk. Brytanii”. Już sam tytuł jest mylący, bo w Anglii a zwłaszcza Szwecji żadnej deregulacji się nie przeprowadza. Tekst, bądź jego fragmenty z nieco zmienionymi tytułami  ukazały się także w Gazecie Prawnej, na portalu tvn24.pl oraz w wielu mediach lokalnych. Nawet „Rzeczpospolita” przedrukowała te idiotyzmy pod tytułem „Przewodnik turystyczny po europejsku”. Do tego szereg mediów lokalnych.  

Zawarte w powyższych publikacjach stwierdzenia: „W Wielkiej Brytanii tylko z licencją” i „Brytyjskie prawo stanowi, że przewodnik turystyczny to zawód regulowany”są kłamstwem!

Nie ma żadnego prawa państwowego, regulującego pracę pilotów czy przewodników turystycznych w Wielkiej Brytanii. Niczego takiego nie znajdziemy na
http://www.legislation.gov.uk/
ani w żadnym innym archiwum brytyjskich aktów prawnych. Jest to zawód całkowicie wolny i otwarty, może uprawiać go każdy. Jak to w szczegółach wygląda możemy przeczytać np. w tej prezentacji przedstawiającej „przewodnickie” regulacje w różnych państwach Europy, na stronie interesującego nas kraju:  

Czyli – owszem wymieniony instytut, różnokolorowe odznaki itp. istnieją, ale – jak możemy sprawdzić choćby na witrynie Institute of tourism guiding – są to niepaństwowe instytucje, mające na celu dobrowolną, nieobowiązkową (not compulsory!) profesjonalizację działań, a nie wypełnianie jakichś ustawowych wytycznych. Czyli system taki sam jak w opisanej dalej Szwecji, i praktycznie w niemal wszystkich krajach na zachód od Odry i północ od Bałtyku, które – z Wlk Brytanią i Niemcami na czele – wytwarzają ok. 70% europejskiego produktu turystycznego. Cały PAP-owski tekst jest więc wredną ściemą i dezinformacją, fałszującą rzeczywistość (na czyje zlecenie?), przypominającą pseudonaukowe wypociny naszych rodzimych „naukawców” od turystyki. Śmieszy mnie to tym bardziej, że osobiście pracuję na rynku brytyjskim od wielu lat, rekrutuję pilotów/przewodników dla jednego z brytyjskich touroperatorów. Wynajdywani przeze mnie polscy studenci, bez żadnych „państwowych papierów” a z rzeczywistymi umiejętnościami, po przejściu krótkiego wewnętrznego szkolenia – bez problemu oprowadzają brytyjskich turystów w wielu krajach Europy. Już w kwietniu 2008 roku opublikowałem następujący wywiad z jednym z tamtejszych specjalistów:

Czytając lawinę takich tekstów pojawia się pytanie: Przewodnicy wrzeszczą, że muszą być regulowani bo inaczej turysta usłyszy „bzdury”. Zawód dziennikarza jak wiadomo regulowany nie jest, i co w związku z tym? Oczekuję od Agencji PAP i mediów powielających błędny materiał pilnego sprostowania opublikowanych kłamstw.  

Jutro (9 maja) będę w Warszawie – na spotkaniu min.Gowina z przedstawicielami branży turystycznej. Gdyby ktoś chciał ze mną jeszcze się spotkać – proszę dzwonić/pisać na 604 44 62 33

Maciej Zimowski

Dotleniamy się

W czasie długiego weekendu, jak większość z osób branży pracowałem, także w ten sposób – osobiście pilotując i oprowadzając ową uroczą grupkę na terenie Węgier i Austrii:

Ach ile „przepisów” zostało – jeszcze – „złamanych”. Zarówno polskich – wprowadzonych przez tych, którzy bronią swojego bastionu socjalizmu i neo-esbeckich przywilejów, jak i tych austriackich – wyrosłych z ksenofobii, hipokryzji i co tu owijać w bawełnę – swoistego austriackiego neofaszyzmu. Pisałem kiedyś o tym w notce „Haider mordo ty nasza” (bohater notki zginął trzy dni później). 

Tymczasem – wracamy do boju o wolność, sporo pracy jeszcze przed nami, już wkrótce kolejne materiały!