Biedne przewodniczki w drodze do tabloidowej sławy

Podwawelska szopka, o której wspomniałem poniżej, doczekała się krótkiej relacji w tvp kraków i w lokalnym radiu, a z gazet jedynie w krakowskim dodatku „Wyborczej”. „Prowokacja przewodników” – taki tytuł ukazał się w wydaniu papierowym, w wersji sieciowej tutaj…>    

Według ich relacji – przyjeżdżający do nas turyści z zagranicy, zwłaszcza z Niemiec to wyłącznie wredni neonaziole, jacyś troglodyci ze stalinowsko-gomułkowskich agitek, a biura, organizatorzy wycieczek, to zbieranina idiotów. Należy im się przymusowy nadzór światłych depozytariuszy jedynej słusznej prawdy historycznej, którym pracę zabierze wolny rynek – co szczerze przyznali w telewizyjnym wywiadzie. Autorka artykułu Magdalena Kursa nie ruszyła palcem, aby sprawdzić jak rzeczywiście organizowane są wycieczki studyjne do Krakowa. Zadzwonić i zapytać któregoś z zagranicznych organizatorów np. niemieckiego Studiosusa albo brytyjskiego ACE Cultural Tours.

Zastanawiający jest w ogóle fakt, że ogólnotematyczny dziennik poświęca tyle miejsca tematowi, który w turystycznej prasie branżowej już dawno nikogo nie interesuje. Chodzi więc zdecydowanie nie o meritum, ale opis pewnego gatunku paranoi, co ostatnio jest modne na fali tabloidyzacji mediów. Krakowskim przewodniczkom chodzi być może o ten rodzaj „sławy”, którym np. cieszy się pewien detektyw, podobno bez licencji.  

Poza tym tak świetnie sobie pomarzyć, jak to by było fajnie gdyby dziennikarze i wydawcy Gazety Wyborczej mieli podobne przywileje jakie mają – jeszcze – przewodnicy miejscy. Ich dziennik musiałby obowiązkowo kupować każdy chętny do przeczytania codziennej prasy, wydawanie periodyków o „niesłusznej” interpretacji faktów wszelakich, np. pewnej niedawnej katastrofy lotniczej, byłoby ustawowo zakazane. 

Wkurzające jest, że wielką uwagę poświęca się tym, którzy przez lata nauczyli się żerować i pasożytować na cudzej działalności, przekręcać i przenicowywać przepisy, bezczelnie zmuszać innych do kupowania swoich niechcianych usług. A nie tym którzy w warunkach silnej wolnorynkowej konkurencji tworzą ciekawe turystyczne produkty, sprzedające się bez administracyjnego przymusu. Ale to przecież takie niemedialne, prawda?        

Szopka pod Wawelem, czyli następcy Kazimierza Świtonia

Zastanawiam się, co skłania dziennikarzy do filmowania takich szopek, jak dzisiaj ta pod Katedrą Wawelską:

I już chyba wiem – najmłodsi mogą nie pamiętać, bo to historia z końcówki lat 90-tych, ale był kiedyś taki Kazimierz Świtoń, który mieszkając w przyczepie campingowej bronił krzyży na oświęcimskim żwirowisku. Krakowscy obrońcy zawodu przewodnika doszli właśnie do tego stadium paranoi.    

Jednak bardziej od nich ubawił mnie wiceprzewodniczący Rady Miasta Krakowa Józef Pilch, opowiadając w wywiadzie dla Radia Kraków: 

„Nie wyobrażam sobie, że przyjedzie wycieczka niemiecka i Niemiec będzie oprowadzał nas po naszych obiektach i będzie opowiadał jak to wspaniale rządzili nasi królowie. My mamy dbać o naszą historię i nasi przewodnicy powinni oprowadzać po naszych dobrach kultury” – przekonywał w Radiu Kraków Pilch. Dodał też, że w – między innymi – Grecji, Włoszech, Turcji – wycieczki są oprowadzane tylko przez miejscowych przewodników.”

Słabą ma Pan wyobraźnię. Niech Pan sobie wyobrazi, że jest taki cudzoziemiec, Norman Davies, który – co za bezczelność – napisał  księgę o historii Polski „Boże igrzysko” i tam nagryzmolił, jak to nasi królowie niekoniecznie „wspaniale” rządzili. Komunistyczna bezpieka bardzo dbała o naszą historię umieszczając tę pozycje na indeksie cenzury i konfiskując w przesyłkach. Czy Pan Pilch chce kontynuować jej tradycje?

A w zestawie krajów na których ma się wzorować nasz rząd po raz pierwszy pojawiła się Turcja. Nic dziwnego, w końcu państwowa cenzura polityczna jest tam na porządku dziennym – o czym ostatnio było głośno nawet na niwie międzynarodowej. Czekam, który pierwszy z polskich  polityków lub samorządowców powoła się na Białoruś, Maroko, Birmę czy Zanzibar.

Jęki kanapowych frustratów

Deregulacja z twarzą przewodnika – taki tytuł widnieje w dzisiejszym krakowskim dodatku „Gazety Wyborczej”. Bardzo dobry – w końcu sam jestem autorem tego hasła, rzuciłem je w grudniu zeszłego roku. Zdjęcie przedstawia „konferencję w sprawie deregulacji zawodu przewodnika”, na której to, mimo wysiłków fotoreportera udało się uchwycić w kadrze ledwie dziesięć osób, takie sobie kanapowe spotkanie. Jak zapowiadał wcześniej „Dziennik Polski” miał się też odbyć jakiś happening, zamiast tego – klapa.  

Tu sieciowa wersja artykułu. Jak czytamy – przewodnicy niezmiernie przywiązani do orwellowskich  walk z – jak to mówią „zakłamywaniem historii” sami mijają się z prawdą, nie znają faktów, polskich i europejskich przepisów -  co już w wielu miejscach tego bloga udowodniłem, ostatnio tutaj.  

Tylko takie jednostronne przedstawianie ich wynurzeń, bez żadnego komentarza czy sprawdzenia źródeł, bardzo źle świadczy o publikującym je medium. Tydzień temu, jeden ze współpracujących z „Wyborczą” fotografów, Piotr Augustyniak wypowiedział się za regulacją zawodu fotografa. Mój komentarz do tego został błyskawicznie hitem serwisu wykop.pl i wzbudził gwałtowną reakcję tysięcy internautów. Te multum komentarzy polecam radnym „Solidarnej Polski”, aby wiedzieli po czyjej stronie jest społeczna sympatia. Byłbym w stanie zrozumieć wstawiennictwo radnych SLD, marzących o konserwowaniu i przywracaniu choć części PRL-owskich porządków. Ale nie tych odwołujących się do tradycji wolności, walki z cenzurą i inwigilacją obywateli.

Układ w Ministerstwie Sportu, czyli skok na kasę

Dzisiejsza „Gazeta Praca” publikuje obszerne sprawozdanie z debaty, która odbyła się tydzień temu. Jej „przewodnickim bohaterem” jest Pan Tomasz Dygała, autor bloga blogprzewodnika.blogspot.com – który sam, podobnie jak Krzysztof Matys, jest nie tylko przewodnikiem ale i szkoleniowcem, organizatorem kursów przewodnickich wzgl. pilockich a mimo to gorąco popiera deregulacje. Następujący fragment jego wypowiedzi czytamy dziś w prasie:

„Jestem za deregulacją,ale nasze środowisko jest podzielone. Dlaczego w ostatnim rozporządzeniu pojawił się wpis, którego nie było w trakcie konsultacji?”

Po debacie niektórzy jej uczestnicy zostali poproszeni o komentarz, Tomasz Dygała powiedział:   

„Jestem za deregulacją, więc nie chciałem przekonywać Ministra Gowina, żeby zmienił zdanie. Przyszedłem na debatę, żeby pokazać, że jest też druga strona. Chciałem też zwrócić jego uwagę na rozmaite układy, w Ministerstwie Sportu jest układ. Minister zainteresował się tym, co powiedziałem, więc mam nadzieję, że deregulacja wejdzie w życie i wszystkie układy zostaną rozmontowane.”

Przyglądam się projektowi ustawy i dostrzegam coraz więcej absurdów pozostawienia „enklawy deregulacyjnej” dla tzw. przewodników górskich. Tym bardziej, że według znowelizowanego Kodeksu Wykroczeń karany ma być ten, „kto wykonuje odpłatnie (sic!) bez wymaganych uprawnień zadania przewodnika górskiego na dany obszar”.  Co ma odpłatność / nieodpłatność do bezpieczeństwa? To właśnie fakt płacenia za usługę, szereg obostrzeń ustawy turystycznej itp. motywuje organizatora do dokładnego sprawdzenia kwalifikacji przewodnika. Dla „bezpieczeństwa” należałoby teoretycznie objąć większym nadzorem turystów indywidualnych i niezorganizowanych przez biura podróży, którym najczęściej przytrafiają się wypadki. Objęcie regulacją wyłącznie turystyki komercyjnej wskazuje, że chodzi tu o bezpieczeństwo portfela tych, co są powiązani układami z urzędnikami w Ministerstwie Sportu. 

Jaki związek z bezpieczeństwem turystów ma powoływanie do komisji egzaminacyjnych „przedstawiciela konserwatora zabytków, tam gdzie na obszarach objętych uprawnieniami znajdują się obiekty zabytkowe i muzea.”? Słowem – bujda na resorach. Cały ten przewodnicko-regulacyjny cyrk, z kursami przeładowanymi historyczno-krajoznawczymi detalami, upierdliwymi komisjami uwalającymi kandydatów za nieznajomość ilości żon Kasprowicza, ma nadal trwać w południowej części Polski.

„Minister Gowin się nie ugiął” – wielkimi literami na pierwszej stronie oznajmia Gazeta Praca. Bzdura – jak widać – ugiął się przed – jeszcze nie znanymi z nazwiska kombinatorami w Ministerstwie Sportu, które z różych innych względów nie cieszy się ostatnio najlepszą sławą. Proszę dziennikarzy, aby zbadali ten temat. Szczegółowe stanowisko naszej Akcji jest tutaj…>

Nie kupuj zdjęć od Piotra Augustyniaka

Czy wyobrażacie sobie Państwo nauczyciela, który publicznie nawołuje do przywrócenia kary chłosty w szkołach za najdrobniejsze przewinienia? Nawet gdyby były to puste dywagacje, raczej nie powinno się kogoś o takich poglądach zatrudniać do pracy z dziećmi.  Na podobnej zasadzie proponuję nie kupować zdjęć od Piotra Augustyniaka, który publicznie nawołuje do tego, aby zabronić zarobkowego wykonywania zdjęć osobom bez państwowej licencji!

Kiedyś napisałem
notkę o regulacjach zawodu kwiaciarki. Dominika Wielowiejska postulowała niedawno zamknięcie zawodu niani – oczywiście dla dobra i bezpieczeństwa naszych dzieci. Oba teksty były z założenia satyryczno-ironiczne, w domyśle autorów i czytelników nikt nigdy na poważnie nie pomyślałby o wprowadzeniu tak absurdalnego prawa. Rzeczywistość jednak zaskakuje. Wśród zalewu deregulacyjnej publicystyki, zaszokował mnie niedawno artykuł w „Gazecie-Praca” „Otwarte zawody wolą być zamknięte”. Za zamknięciem swoich zawodów optują: fizjoterapeuta, nauczycielka angielskiego i wspomniany wyżej fotograf, Piotr Augustyniak.

Dlaczego? Jego wynurzenia są tak odkrywcze i oryginalne, że zacytuję je niemal w całości:  

„Fotografia kiedyś była sztuką, dzisiaj ciężko nazwać ją rzemiosłem. Teraz każdy może kupić aparat fotograficzny i ogłosić światu, że chce zarabiać na tym pieniądze. Dla zawodowców to psucie rynku, bo tracą źródło utrzymania na rzecz amatorów, którzy pracują za podpis pod zdjęciem w gazecie lub kalendarzu. Klienci często nie wiedzą, jak powinno wyglądać dobre zdjęcie, interesuje ich głównie cena. Prawda jest taka, że ktoś, kto jest zawodowcem i się szanuje, nie zrobi reportażu ślubnego za 600zł czy 800zł. Amator – tak. On nie przejmuje się jakością wykonanej pracy lub opinią wś rodowisku. Jego klienci narzekają później na braki estetyczne lub techniczne reportaży

Najbardziej denerwuje mnie to, że dla części osób, które tak namiętnie
(sic!) psują rynek w moim zawodzie, robienie zdjęć to tylko dodatek do etatu. Kasa na waciki. Znajomy, który był gościem na weselu, opowiedział mi historię o pewnym taksówkarzu. W trakcie przyjęcia zapytał go: – Aco ty, zdjęcia ślubne robisz? On na to: – Jakoś trzeba sobie dorabiać. A co z nami zawodowcami? Co roku zarabiam coraz mniej i ostatnio doszedłem do wniosku, że decydując się na tę profesję, popełniłem błąd, chociaż kocham to, co robię.

Chciałbym, żeby mój zawód był zamknięty. Żeby prawo do zarabiania na robieniu zdjęć miały osoby, od których wymagany byłby chociaż jakiś kurs lub egzamin. Chciałbym mieć pewność, że nie tylko znają podstawy fotografii i naszej etyki zawodowej, ale również wiedzą, na czym polega prowadzenie własnej firmy. Jeśli ktoś lubi i chce fotografować, niech to robi, ale niech nie robi tego za darmo lub w barterze, bo w ten sposób psuje rynek i odbiera źródło dochodu innym.”

Ja też myślę, że pan Piotr Augustyniak decydując się na tę profesję popełnił błąd – zamiast fotografem powinien zostać pisarzem literatury political fiction. O koncepcji powrotu do cenzury i państwowej kontroli nad fotografikami pisałem niedawno w tej notce, przytaczając fragment filmu „Człowiek z Żelaza”, w którym esbecy niszczą prywatną wystawę fotograficzną. Z pewnością pan Piotr Augustyniak takich scenariuszy mógłby napisać więcej. Proszę, bardzo jesteśmy ciekawi, jak pan sobie wyobraża w szczegółach przepisy regulujące pana zawód? Co z ich egzekucją, czy za pieniądze podatnika – nielegalnych fotografów na weselach i innych imprezach będzie ścigać straż miejska, czy też utworzona zostanie jakaś specjalna policja fotograficzna?

A serio – postuluję – nie kupujcie zdjęć od Piotra Augustyniaka. Pomożecie mu szybciej skorygować jego życiowy błąd.
_______
P.S. Serdecznie dziękuję użytkownikom wykop.pl, którzy w niemal godzinę po publikacji wykopali ten tekst na główną stronę serwisu. Zapraszam do polubienia naszej fanpage na facebooku – „Wolne Przewodnictwo” to najdłużej (od 2008) trwająca w Polsce akcja na rzecz uwolnienia zawodów. Fotografii raczej nikt licencjonował nie będzie ale, nadal jest o co walczyć. W tej chwili gorący temat, to przywileje, jakie po cichu załatwili sobie w projekcie deregulacyjnym tzw. „przewodnicy górscy”. Wejdź na główną stronę naszego bloga, najnowsze notki są na ten temat.
_______
P.S. 2: Bynajmniej, w Europie zdarzają się enklawy regulacji tego zawodu. Według „Regulated professions database” ‚Photographer’ regulowany jest w Austrii, Liechtensteinie i na Islandii. O bezsensie regulacji rzemieślniczych w Austrii, gdzie kraj ten przyrównuje się do drugiej Albanii można przeczytać na licznych forach, na przykład tutaj…> Na Majorce miejscowa policja w porozumieniu z lokalnymi cechami rzemieślniczymi karze wysokimi mandatami od 626 do 6250 EUR „nielegalnych” fotografów na weselach – źródło…>



Maciej Zimowski, Koordynator Akcji.  

Kwestie bezpieczeństwa? Bujda na kółkach.

O wczorajszej debacie krótko i konkretnie. Przez moment chciałem użyć zwrotu „targ przekupek” ale byłby to zbyt duży komplement. Przedstawicieli, a zwłaszcza przedstawicielek „środowiska przewodnickiego” które wczoraj non stop histeryzowały i wrzeszczały nie polecałbym zatrudnić nawet do sprzedawania kartofli na bazarze, bo odstraszałyby klientów a co dopiero do oprowadzania turystów! Nawet przedstawiciele taksówkarzy i ochroniarzy wykazali się większą kulturą. Szczególnie zapalczywe były dwie starszawe i korpulentne panie, na zdjęciu poniżej jedna z nich wymachuje raportem wskazującym drastycznie niskie zadowolenie turystów z usług przewodnickich w Polsce (omówię go jeszcze). 

A oto nagranie istotnych fragmentów debaty – wypowiedź moja, Tomka Dygały i odpowiedzi Ministra Gowina. 

debata.mp3

„Kwestie bezpieczeństwa są na tyle istotne, że zawód powinien zostać uregulowany” – jak słyszymy odpowiedział Pan Minister na moje pytanie dlaczego zawodu nie uregulowano w całości i pozostawiono furtkę dla tzw. „przewodników górskich”. Bzdura, zwłaszcza w kontekście innej wypowiedzi, – a propos trenerów, że nieuregulowany jest zawód instruktora nurkowania, i nie ma żadnego problemu z bezpieczeństwem, bo szkoły certyfikują się same. 

Relacja z debaty na stronach Gazety Wyborczej – tutaj…> Tomaszowi Majewskiemu, który (zważywszy że weterynarz pozostanie zawodem regulowanym) stwierdził „Do krowy trzeba mieć studia, do trenowania dzieci nie” odpowiedzieć należało – ależ trenować krowę, a nawet jeździć na niej może pan bez żadnych uprawnień!  

Tyle na dziś, wkrótce kolejne działania. Zdaje się, że trzeba będzie poprosić o wsparcie Ruch Palikota.

Debata w Warszawie i konferencja (?) w Krakowie

W poniedziałek w redakcji Gazety Wyborczej odbędzie się Debata „Otwieracz Zawodów”. Wezmę w niej udział. 

Z kolei W  „Dzienniku  Polskim” z 13 kwietnia br. w artykule „Deregulacja tak, ale  nie  w  Krakowie”  znalazła się informacja o treści: „W przyszłym tygodniu  odbędzie  się  w krakowskim magistracie konferencja na temat zawodu przewodnika” Wysłałem na adres Urzędu Miasta Krakowa i do wiadomości niektórych radnych akces do tej konfeencji, o ile rzeczywiście coś takiego ma się odbyć. Byłaby  to dobra  okazja  do przedstawienia  w  formie  syntetycznego referatu dlaczego deregulacja jest niezbędna, i dlaczego radni podpisujący rezolucję przeciwko uwolnieniu zawodu ośmieszają się. Jeśli  zaproszenia  nie  otrzymam,  a  konferencję zdominują wyłącznie krzykliwi, „operetkowi”  przeciwnicy deregulacji – będzie to jedynie ich kolejna farsa bez żadnej wartości merytorycznej.

To kogo w końcu będą zatrudniać biura?

Przezabawni są ci anty-deregulatorzy. Dopiero co ubolewałem nad faktem, że słynna strona PFPiP zacięła się 20 lutego i nie dostarcza już kolejnych odcinków groteskowo-kabaretowej prozy. Ale widzę, że Prezes Zygmunt Kruczek zajął się bardziej pilnowaniem swojego prywatnego poletka, czyli Hubertus  Tour, firmy zwanej szumnie „biurem podróży” choć nie figuruje w rejestrze organizatorów wycieczek, natomiast organizuje kursy pilotów. Więcej o panu Kruczku pisałem już tutaj… i jeszcze pewnie napiszę, a także będę zachęcał dziennikarzy do zainteresowania się tą osobą, podobnie jak niegdyś krółem żelatyny, niejakim Grabkiem. 

Ponieważ deregulacja może zmniejszyć popyt na takie kursy, a przede wszystkim znacząco skrócić czas ich trwania i obniżyć cenę – trzeba jakoś zachęcić kandydatów do zapisania się na nie właśnie teraz. Na stronie Małopolskiego Stowarzyszenia Pilotów Wycieczek ukazał się, napisany czerwoną czcionką gorący news:

W związku z zamierzoną deregulacją zawodu pilota wycieczek i licznymi zapytaniami o możliwość odbycia szkolenia Biuro Podróży „Hubertus Tour” ogłasza dodatkową edycję kursu zapewniającego możliwość uzyskania państwowych uprawnień. Biura podróży deklarują, że po deregulacji nie będą zatrudniać pilotów bez ważnych legitymacji i certyfikatów (…)

Jeśli ktoś chce się na to nabrać, niech poprosi o jakikolwiek dowód – oficjalne pismo z liczącego się na rynku biura, potwierdzającego to. Inaczej wygląda to na zwykły blef, żeby zachęcić naiwnych. No chyba że ktoś chce mieć taki „identyfikator pilota z orzełkiem” jako gadżet kolekcjonerski, żeby za 20 lat wystawić go na Allegro niczym legitymację ORMO – to rzeczywiście ostatnia okazja, żeby się załapać.  

Ale jeszcze śmieszniejsze jest to, że ci anty-Gowinowi krzykacze – sami nie mogą się zdecydować jak będzie wyglądał świat po deregulacji i kogo właściciwe będą zatrudniać biura – czy fachowców z uprawnieniami, w miarę możliwości państwowymi, czy – jak to się wielokrotnie powtarza – amatorów i neudaczników. Np w opinii stowarzyszenia, któremu prezesuje wyśmiewany już przeze mnie Armin Mikos v. Rohrscheidt, oprócz mnogości przezabawnych tez, stoi też coś takiego:

(…)najmuje go przecież turysta, tylko organizator turystyki. A jeśli temu pozwolić, by brał, kogo zechce, to w wielu przypadkach zaangażuje on do wykonania tej usługi dla turysty wykonawcę najtańszego (lub zgoła np. własnego krewnego będącego w potrzebie finansowej), a wcale nie wykwalifikowanego.

Jak więc będzie? Szczerze mówiąc średnio mnie już te dywagację w/w panów obchodzą, a piszę notkę ku przestrodze i przemyśleniom potencjalnym kursowiczom.

Niemiecka sprzątaczka jak polski hydraulik

Protesty trwają i trwają, choć te przewodnickie są coraz słabsze. Zapowiadana demonstracja PTTK-owców niestety się nie udała. Przewodnicy zawiedli mnie – w dziedzinie happeningu ustąpili agentom nieruchomości a zwłaszcza taksówkarzom. Anty-deregulatorzy z PFPiP schowali się jak mysz do dziury. Na głównym branżowym portalu temat jest nieobecny. Rada Miasta Krakowa przytomnie odrzuciła projekt kuriozalnej rezolucji, o czym ciekawie pisze na swym blogu jedna z radnych. Co najwyżej tu i ówdzie można trafić na wzmiankę o wysłaniu czy wręczeniu kolejnej petycji.

Zauważyłem, że wśród argumentów na czoło wysuwa się ten o rzekomych stratach polskiego budżetu, z powodu przejęcia usług przez osoby zagraniczne. Nawet takie wydawałoby się poważne i proliberalne  stowarzyszenie jak Polska Konfederacja Pracodawców Prywatnych Lewiatan, w swojej opinii o projekcie zmiany ustaw, w dziale dotyczącym pilotów i przewodników pisze następujące bzdury:   

Powstaje zatem pytanie czy zlikwidowanie licencji dla wykonywania tego zawodu w Polsce nie wpłynie niekorzystnie na polski rynek pracy, co byłoby sprzeczne z zakładanymi w projekcie celami. Dotychczas, licencjonowani polscy piloci wycieczek stracą pracę w Polsce, na rzecz pilotów, którzy będą przyjeżdżali z innych krajów. Sami jednak nie będą mogli bez stosownych licencji wykonywać tego zawodu w innych krajach.

Wielokrotnie, na przykład tutaj informowałem o bezsensowności takiego argumentu. Dziś w tego wciąż ożywającego argumentacyjnego trupa pragnę wbić osinowy kołek. Jest nim – wreszcie dostępny – polski tekst…

wniosku o nowelizację dyrektywy 2005/36/WE w sprawie uznawania kwalifikacji zawodowych.

Z pewnością każdy  pamięta opowieści o złym polskim hydrauliku nad Sekwaną, którym przed laty straszyli francuscy eurosceptycy. Nasi przewodnicy idą znacznie dalej, straszą widmem… niemieckiej sprzątaczki (np. w komentarzach do tej notki), oprowadzającej dzieci po naszych miastach i opowiadającej o polskich obozach koncentracyjnych:

Skąd się wzięła ta anegdotyczna postać? Otóż z zapisu pewnej rozmowy, którą przeprowadziłem 4 lata temu i opublikowałem na youtube. Niemiecki organizator wycieczek do Polski, zapytany o konieczność posiadania uprawnień przewodnickich w Niemczech odpowiada, że turystów może oprowadzać nawet zwykła „Putzfrau”. Na filmiku od 4. minuty:  

Oczywiście był to groteskowy żart, mam jednak wrażenie że niektórzy wzięli go na poważnie. Wróćmy jednak do tematu – o liberalizacji doktryny uznaniowej pisałem ostatnio 19 lutego, wtedy jeszcze nie dotarłem do wielu dokumentów, nie znalazłem niczego po polsku. Dziś proszę wpisać w google „modernizacja dyrektywy 2005/36” – znajdziemy sporo najnowszych danych. W Rezolucji Parlamentu Europejskiego z dnia 15 listopada 2011 czytamy. Że PE:

„13. apeluje o zwolnienie z wymogu składania uprzedniego oświadczenia na mocy art. 7 usługodawców świadczących usługi wyłącznie konsumentom, którym towarzyszą w innych państwach członkowskich i dlatego nie mają kontaktu z miejscowymi konsumentami w przyjmującym państwie członkowskim (np. przewodnicy turystyczni, trenerzy, personel medyczny towarzyszący sportowcom); opowiada się za takim zwolnieniem w odniesieniu do wszystkich usług, które nie dotyczą zdrowia publicznego ani bezpieczeństwa publicznego”

I w konkretnym projekcie nowelizacji znalazło to ujęcie na stronie 13 w punkcie (5)

„Tymczasowe i okazjonalne świadczenie usług w państwach członkowskich powinno podlegać zabezpieczeniom, szczególnie wymogowi posiadania co najmniej dwuletniego wcześniejszego doświadczenia zawodowego, w interesie ochrony lokalnych konsumentów w przyjmującym państwie członkowskim, jeżeli zawód ten nie jest regulowany w rodzimym państwie członkowskim. Zabezpieczenia te nie są jednak konieczne, jeżeli konsumenci posiadający miejsce zwykłego pobytu w państwie członkowskim siedziby danego specjalisty wybrali już takiego specjalistę i jeżeli sytuacja ta nie ma żadnego wpływu na zdrowie lub bezpieczeństwo osób trzecich w przyjmującym państwie członkowskim.”
 

Czyli sprawa jasna – jeśli jadąc z wycieczką za granicę do innego unijnego kraju zdecyduję,  że oprowadzać/pilotować ma mnie jakiś klaun, ksiądz albo nawet owa sprzątaczka – moja decyzja ma być uszanowana, jedynie pod warunkiem że grupa będzie się zachowywać grzecznie wobec miejscowych. Koniec z szykanowaniem i karaniem polskich pilotów we Wiedniu czy we Włoszech a także żadnych asumptów do zmuszania cudzoziemców aby kupowali niechciane usługi przewodnickie w Polsce. Oczywiście proces legislacyjny jest w toku, sporo jeszcze wody w Dunaju i w Tybrze upłynie zanim „padną twierdze Grenady”, ale kierunek zmian jest oczywisty. I tu prośba do dziennikarzy ekonomicznych, aby wzięli temat na warsztat, bo z tego co widzę – proces nowelizacji dyrektywy 2005/36 trwa od ponad roku a jest w Polsce niemal kompletnie nieznany. A przecież dotyczy nie tylko przewodników ale wielu innych grup zawodowych – lekarze, notariusze itp.      

Ministrze Gowin – pozostawiając regulacje przewodnickie w południowej części kraju, zastosuje pan wobec Polaków bardzo nieprzyjemną „odwrotną dyskryminację” gdyż ta przysłowiowa sprzątaczka z Niemiec, oprowadzając po górskich szlakach i kurortach będzie miała tam większe prawa od polskich obywateli. Bardzo proszę zderegulować zawód przewodnika całkowicie, i całkowicie uchylić rozdział 4. Ustawy o usługach turytycznych, zbliżając nasze prawo do realiów w tych krajach, skąd do Polski przyjeżdża najwięcej turystów. Tym bardziej że, jak czytamy w niedawnym komunikacie prasowym KE:  

Do dyrektywy wprowadzono nowy mechanizm w celu zapewnienia większej przejrzystości oraz uzasadnienia regulowania konkretnych zawodów poprzez określone wymogi w zakresie kwalifikacji. Państwa członkowskie będą musiały przedstawić wykaz swoich zawodów regulowanych oraz uzasadnić konieczność uznania tych zawodów za regulowane.

Maciej Zimowski

Całkowita deregulacja = więcej bezpieczeństwa w górach!

Jak wspomniałem w opinii – wypadków śmiertelnych w górach mamy 20-40 w ciągu roku, dla porównania utonięć 500-900, a nie regulujemy żadnych przewodnickich czy instruktorskich usług związanych z turystyką wodną. A co z zawodem ratownika? Też nie jest regulowany przepisami państwowymi, a jedynie wewnątrzorganizacyjnymi np. WOPR, które to pogotowie – według uchwalonej rok temu Ustawy o bezpieczeństwie osób przebywających nad wodą – bynajmniej nie jest monopolistą, do wykonywania ratownictwa wodnego dopuszcza się inne podmioty.

I dziś oto obudził mnie rano bardzo pozytywny news w radiu RMF. Władze Olsztyna miały w zeszłym roku problemy z zapewnieniem ratowników na plażach miejskich, gdyż monopolista WOPR dyktowało zbyt wysokie ceny. A teraz ozdrowieńcze działanie zliberalizowanego rynku załatwiło problem. Co ciekawe, jakoś nie słychać skarg że bezpieczeństwo się pogorszy, bo ratować będzie jakiś „Felek spod budki z piwem”, który nie umie pływać.

Tutaj internetowa wersja newsa: Nowe przepisy ułatwią miastu znalezienie ratowników. Czytamy w nim m.in.

(…) W tym roku pieniądze są takie same, a mimo to aż dwa podmioty chcą strzec bezpieczeństwa na olsztyńskich plażach. Według urzędników, mogła pomóc ubiegłoroczna zmiana przepisów dotyczących bezpieczeństwa na wodzie (…) Takie uchylenie furtki dla konkurencji było dobre z naszego punktu widzenia – mówi Tomasz Kalinowski, kierownik olsztyńskiej plaży miejskiej.

Tak więc wszyscy ci którzy tak bardzo gardłują za koniecznością zwiększenia bezpieczeństwa w górach, powinni jak najbardziej być za pełną deregulacją zawodu. Spowoduje ozdrowieńczą konkurencję, fachowe usługi przewodnickie staną się tańsze, lepsze i bardziej dostępne.