To co tam panie z tymi górskimi?

Wyjeżdżam za chwilę na tydzień do Niemiec i jedynie pobieżnie zerknąłem na przedstawiony do konsultacji Projekt ustawy o zmianie ustaw regulujących wykonywanie niektórych zawodów. Wszystko jest tam mniej więcej po naszej myśli, a te czy inne niedoróbki należy położyć na karb niebywałego tempa pracy nad tym ogromnym projektem, z pewnością w trakcie dalszych prac będzie to poprawiane. 

Jak widać choćby po dyskusjach na tym blogu, największą emocję budzi głównie fakt pozostawienia „enklawy regulacyjnej” dla przewodników górskich. Odczytuję to jako – hmm, być może grę pod opinię publiczną, w związku z nagłaśnianymi ostatnio wypadkami w górach. Czy w kraju nizinnym, gdzie wysokie góry stanowią niewielki skrawek jego terytorium, takie przepisy w formie ustawy są rzeczywiście potrzebne? Nawet w krajach alpejskich, jak znana z przewodnicko-regulacyjnej srogości Austria czy Szwajcaria, nie ma „Bergführergesetz” (ustawy o przewodnikach górskich) na poziomie państwowym, są jedynie lokalne przepisy poszczególnych landów czy kantonów. Niemcy są jak zwykle najbardziej liberalne – „Bergführerem” (czyli przewodnikiem górskim) może nazwać się każdy, urzędowo zastrzeżony jest tylko tytuł ‚państwowy’ – „Staatlich geprüfter Berg- und Skiführer, którego certyfikację prowadzi się nie w oparciu o ustawę tylko wytyczne stowarzyszenia UAIGM  Źródło tutaj…>     

Nie jest to temat o który – uważam – należy kruszyć kopię. Być może gdy okaże się że kiedy po deregulacji pilotów i przewodników miejsko-terenowych nic złego się nie dzieje, również do tego tematu będzie można podejść swobodniej. W każdym razie niewyobrażalne jest pozostawienie  przewodników górskich (tatrzańskich, beskidzkich i sudeckich) w takiej definicji jak w obecnym rozporządzeniu. Zgodnie bowiem z korporacyjną filozofią dzielenia kraju na strefy wpływów z monopolem na oprowadzanie turystów, tzw. przewodnicy górscy odkroili sobie na wyłączność jakąś 1/6 terytorium Polski, gdzie oprócz gór są duże miasta, tereny ledwo pagórkowate a nawet płaskie jak stół. Granice wykreślono sztucznie np. wzdłuż…. linii kolejowych! Tak oto wygląda rewir wyłącznego panowania przewodników Sudeckich (mapka stąd)

I gdyby pozostawić tę enklawę w formie dzisiejszej – po deregulacji doszłoby do kuriozum, że np. ‚wolny przewodnik’ mógłby oprowadzić grupę po Krakowie, ale wyściubić z nią nosa gdziekolwiek za południowe granice miasta – np. do Wieliczki, Lanckorony albo Wadowic – już nie, bo to zastrzeżona działka przewodników „tzw. górskich” beskidzkich.

Tak więc – jeżeli zostawimy tym górskim państwowe regulacje – to w nowej definicji, wyłącznie technicznej, nie terytorialnej. Tu też zresztą ze strony samych przewodników słyszę wiele głosów rozsądku. Mam nadzieję, że zostanie to zrobione pod uważną społeczną kontrolą i nie powstanie kolejny bubel.    

Ku przestrodze

Mamy wolność słowa, wolność głoszenia poglądów. Licencjonowany przewodnik może uważać, że tylko osoby z licencją – taką jaką sam posiada – powinny być dopuszczone do komercyjnego oprowadzania turystów po Krakowie. Ba, może te poglądy głosić, także z udziałem telewizji, tylko…

…tylko że w oczach potencjalnego klienta czy kontrahenta szukającego w google informacji o takim przewodniku (także zagranicznego – translatory działają nieźle) nie musi to wyglądać zbyt dobrze. Może on sobie np. pomyśleć – skoro ten przewodnik tak zapalczywie broni „włoskiego” – skorumpowanego, mafijnego a nawet postfaszystowskiego modelu regulacji zawodowych, to… to być może coś jest nie tak z tą jego wiedzą i umiejętnościami. 

Tyle ku przestrodze przewodnickich lobystów, którzy dalej planują nagłaśniać przez media swoje lamenty. Gromkie brawa w studio trwały kilkanaście sekund, informacja w internecie będzie żyć wiecznie. 

Anty-deregulacja, czyli bunt starszych panów o specyficznym humorze

Od dnia ogłoszenia deregulacji, nie licząc paru frazesów które palnął wiceprezes PIT, nie pojawiło się do tej pory żadne oficjalne stanowisko obrońców przywilejów. Jako pierwsi wyrwali się moi ulubieńcy, redaktorzy strony przewodników PTTK, zamieszczając wczoraj protest na podstronie przewodnicy.pttk.pl/deregulacja.

Protestować każdy może, nie bronię. „Bombardujcie” ministerstwa tysiącami listów tego typu, odpowiedź będzie taka jak J. Gowina w niedawnym programie telewizyjnym – to świetnie że macie taką wiedzę i umiejętności, ale konkurujcie z innymi na wolnym rynku. Nie liczcie na to, że zakorzenione w polsczyźnie słowo przewodnik, mające określoną słownikową definicje, zostanie „opatentowane” do wyłącznego użytku przez jakąś korporację. To tak, jakby jakiś producent mebli chciałby zastrzec tylko dla siebie słowo „tapczan”. Natomiast określenie „Przewodnik PTTK” – wasze logo, wzór blachy itd. pozostanie waszą własnością. I o ile rzeczywiście jest oznaką wysokich kwalifikacji – powinno być dla klienta wskazówką, kogo wybrać aby być fachowo oprowadzonym. 

Tylko czy tak jest rzeczywiście? Ja na ten temat wypowiadać się nie będę, ale nie od dziś spotykam się z opiniami że… niekoniecznie.  Zacytuję jedną z najnowszych wypowiedzi z forum pod artykułem na tur-info.pl (nota bene non stop pojawiają się tam nowe ciekawe głosy i moje odpowiedzi – śledźcie)

…a ja dla odmiany nie będę narzekała. Sama skończyłam studia na kierunku turystyka, odbyłam wiele praktyk i zaliczyłam kurs pilota. Na egzamin nie poszłam bo do niczego mi to nie było potrzebne gdyż mam własna firmę turystyczną i własny obiekt turystyczny. Od wielu lat pracuję w tej branży i mimo, że nie mam papierka jako pilot czy przewodnik górski, miejski i inny jeszcze to uważam, że do niczego nie jest mi on potrzebny. Niestety egzaminy na takich przewodników często zdaja ci co nie powinni się za to zabierać – nie potrafią ładnie opowiadać i zaciekawiać turystów (…)  Niestety współczesna turystyka to już nie czasy kapci i nudnych wystaw muzealnych. Teraz czas na show, na atrakcje i na błyskotliwy komentarz. Wiedza jest bardzo ważna i istotna ale charyzma i osobowość również. Niestety większośc przewodników jakich znam (licencjonowanych) to starsi panowie o zboczonym humorze i zamęczający historią, nie mający pojęcia co jest dla turysty dobre. Ponieważ jednak jest to klika do której trudno wejśc, na rynku nie ma wyboru i a ci co się rzeczywiście nadają – są wiecznie zajęci bo sa dobrzy. Tak więc kto wie może ta ustawa wpuści trochę świeżej krwi do branży. W naszym obiekcie zatrudniamy 70 osób z czego 15 osób to przewodnicy po obiekcie. Ńie wymagamy papierów ani licencji. Zazwyczaj sa to młodzi ludzie na studiach czy zaraz po którzy chcą pracować z ludźmi. Szkolimy ich i sa doskonałymi przewodnikami. Gdy przyszedł na to stanowisko przewodnik licencjonowany- nie utrzymał się w pracy. Był zarozumiały, pouczał „starszych” stażowo kolegów i zanudzał turystów… Nie obawiajmy się kiczu i tandety bo rynek i pracodawcy sami zweryfikują kogo wynająć, więc jedyne co to klika przewodników się skończy, dziadkowie ustąpią młodzieży i już.

Wypada tylko prosić kolejne koła PTTK o publikacje tego typu kwiatków – nic tak dobrze nie przyczyni się sprawie, jak uświadomienie społeczeństwu, że cały ów anty-deregulacyjny lament to protesty zasuszonych „leśnych dziadów” przeciwko młodym i zdolnym, przed którymi piętrzą stos absudalnych przeszkód aby nie dopuścić ich do zawodu. Przy czym – zastrzegam – owo zwyczajowe określenie „leśny dziad” niekoniecznie należy łączyć z wiekiem metrykalnym. Znam mnóstwo świetnych, utalentowanych przewodników z 60-tką na karku, którzy, także dla mojej firmy odwalają fantastyczną robotę. A że chorą, korporacyjną mentalność potrafią mieć dwudziestoparolatkowie – widzieliśmy niedawno w programie „Młodzież kontra”.       

Najbardziej śmieszą mnie w tych listach teorie o tym, że teraz biura będą zatrudniać „ludzi z ulicy”. Już sobie to wyobrażam… wydaję krocie na reklamę oferty i po zebraniu grupy otwieram drzwi i krzyczę do przechodniów: Heloooł! Może pan, pani, poprowadzi mi turystów? Fajne w tym proteście jest, że przewodnicy PTTK sami też chcą „wyjść na ulicę” i urządzić protest w Warszawie 22 marca. Nie zawiedźcie mnie, jeśli tylko czas mi pozwoli – przyjadę z kamerą i wrzucę na youtube. 

Niefajny jest natomiast fakt że PTTK – z tego co kojarzę – jest organizacją subsydiowaną dotacjami z budżetów np. samorządowych (czasem są problemy z ich rozliczaniem, jak niedawno w Żarach. Coś z tym trzeba zrobić, niech starsi panowie urządzają swój kabaret, ale nie za pieniądze podatnika.
___________
W dzisiejszej prasówce polecam felieton Wojciech Maziarskiegp

Coraz krótsza lista państw z regulacjami!

Zaglądam ostatnio raz po raz na listę państw europejskich w których regulowana jest działalność przewodnika bądź pilota. Ciągle figuruje tam Grecja, chociaż otwarcie zawodu „Ksenagosa” było ogłaszane już zeszłego lata. Również relacje na forach są takie, że nie ma już obowiązku wynajmowania przewodnika w Atenach. Pewnie coś tam jeszcze zgrzyta w urzędowych trybach. Mimo to lista jakoś optycznie mi się zrobiła krótsza… coś zniej znikło… już wiem: Portugalia!

Czy – według teorii anty-deregulatorów – Portugalczycy uznali że „turystyka już nie jest dla nich ważna”? Nonsens. Wskazówkę znajdziemy we wspomnianym już artykule Zawody regulowane – spore różnice w całej Europie: Według niego w Portugalii jest dziś tylko 110 zawodów regulowanych. Tymczasem – zaglądam do raportu Fundacji Republikańskiej z września - na słynnej tabelce (str. 13) słupek Portugalii ma… 171 zawodów! Czyli wynikało by z tego, że w międzyczasie 61 zderegulowano, w tym pilota/przewodnika. 

Jak to będzie „deregulacja zawodów” po portugalsku?  Desregulamentação das profissões – pięknie prawda? ;) Wrzucamy w google – wyskakuje cała masa wyników, jakieś artykuły, dyskusje, i – dziesiątki linków do ustawy Decreto-Lei n.º 92/2011. D.R. n.º 143, de 27 de Julho de 2011  O uproszczeniu i likwidacji barier dostępu do zawodów. Na stronie 4069 tego dokumentu mamy tabelę z zawodami, w tym – co nas interesuje – Area de turismo – Guia interprete regional, Guia interprete nacional.    

Dziś się napiję dobrego porto, na pohybel wrogów deregulacji – chyba widzicie jak beznadziejnie przegranej sprawy bronicie!

Pilot zagraniczny MOŻE „pozbawiać chleba” polskich przewodników

Ja nie mogę, słuchałem przed chwilą audycji w Radiu TOK FM gdzie jakiś prezes PTTK twierdził że „tylko przewodnicy mówią prawdę (sic!)”, teraz czytam artykuł Piotra Szymaniaka w dodatku turystycznym Rzeczpospolitej (tytuł nietrafny, sorry, ale dziękuję za wzmiankę o nas)  i wszędzie powtarza się ten sam argument

„Według przedstawicieli branży turystycznej deregulacja nie stworzy
dodatkowych miejsc pracy, a pozbawi chleba polskich przewodników.
Zagraniczną wycieczkę oprowadzi bowiem po mieście pilot, który z nią
przyjechał.
Turyści nie wydadzą więc tu pieniędzy, a przewodnik nie
odprowadzi podatków w Polsce. Do tego przekaże swoim turystom własny
obraz Polski.”
Po takich wynurzeniach zwykle następują jakieś kwestie o „polskich obozach koncentracyjnych” od których już się niedobrze robi. 

Przypomnę to co pisałem kilka notek niżej:

Również według obecnego prawa zagraniczny pilot nie może być zmuszany do wynajęcia polskiego przewodnika. Że czasem bywa – to być może skutek nadużywania,
nadinterpretacji bądź nieznajomości prawa. Już nie chodzi nawet o
europejską dyrektywę uznaniową, o której unowocześnieniu w kierunku
absolutnej wolności transgranicznego przewodnictwa pisałem 19 lutego. Istotne jest, że: 

- Polska ustawa o usługach turystycznych dotyczy organizatorów polskich a
nie np. włoskich czy niemieckich – polski urzędnik nie ma takiej władzy ani interesu
aby stwierdzać co jest dobre dla klienta zagranicznego biura.


- Konstytucja zapewnia wszystkim znajdującym się pod władzą
Rzeczypospolitej Polskiej – także cudzoziemcom – korzystanie z praw i
wolności – takich jak wolność słowa czy prawa kosumenckie.

Nie jest to tylko moja prywatna interpretacja, ale również pogląd Ministerstwa – dowód – zapis posiedzenia Komisji Kultury Fizycznej, Sportu i Turystyki z dnia 16.02.2010 obradującej nad niedawną nowelizacją ustawy turystycznej. Wywiązał się tam taki dialog:

Poseł Jacek Falfus (PiS):
Mam pytanie do pani minister. Chciałbym, aby pani minister ustosunkowała się do kwestii pracy zagranicznych przewodników turystycznych na obszarze Polski. Jak ta kwestia została ujęta? Jakie jest stanowisko rządu co do pomysłu wprowadzenia poprawek, które kreowałyby dowolność przeprowadzenia zagranicznych wycieczek na terenie Polski prowadzonych przez zagranicznych przewodników? Obawiam się, że nie ma tu wzajemności. Ponadto z punktu widzenia polskiej racji stanu
(sic!) nie byłoby właściwe, aby na terenie Śląska czy Karkonoszy wspierać przewodników np. z Niemiec. To jest chyba niepotrzebne. Czy ta kwestia została uwzględniona w projekcie? My nie mamy takich możliwości działania na terenie innych państw. Czy nie powinniśmy z racji historycznych zaszłości bronić pewnego zakresu działania na naszym terenie?

Podsekretarz stanu w MSiT Katarzyna Sobierajska:
Jeśli chodzi o pytanie dotyczące możliwości oprowadzania grup przez przewodników zagranicznych, ustawa nie reguluje kwestii prowadzenia tego typu działalności przez przewodników zagranicznych. Określa prawa w tym zakresie dotyczące naszych przewodników i pilotów. Do tych kwestii odnosi się prawo unijne. Te zasady obowiązują zarówno w Polsce, jak i w innych krajach członkowskich Unii Europejskiej. Oznacza to, że można taką działalność prowadzić okazjonalnie albo stale. Jeśli jest to działalność okazjonalna, przewodnik niemiecki, francuski bądź z innego kraju członkowskiego, taką działalność na terenie Polski może prowadzić.

Nasz przewodnik na terenie Niemiec, Włoch bądź innego kraju członkowskiego UE może prowadzić okazjonalnie taką działalność. Jeśli chciałby wykonywać taką działalność w dłuższym okresie, wówczas musi wystąpić w Polsce o uznanie swoich kwalifikacji. Gdyby polski przewodnik chciał tego typu działalność wykonywać w Niemczech bądź innym kraju członkowskim, musiałby wystąpić o uznanie kwalifikacji w świetle miejscowych przepisów. Jest zatem pełna wzajemność. Trudno by uzasadnić ograniczanie dostępu do naszego rynku, zwłaszcza wybiórczo, w odniesieniu do pewnych narodowości, z uwagi na jakieś zaszłości historyczne.

Wystarczy? Czy dalej będziecie pleść i publikować głupoty?

Natomiast co do stworzenia nowych miejsc pracy – Polak wydaje na usługi turystyczne tylko 1/5 tego co Niemiec. Zakładamy że rynek będzie się rozwijał więc miejsc pracy przybędzie lawinowo, chodzi o to żeby uprościć dostęp do pracy nowym kandydatom. 

Zbij termometr, nie będziesz mieć gorączki

Przez ostatnie dni sporo udzielałem się na różnych forach, nie tylko turystycznych, np. spierałem się z nieruchomościowcami. Latały ostre słowa i pogróżki ale nikt się nie posunął się do tego co zrobili administratorzy forum pilotów na Gazeta.pl i grupy piloci wycieczek na facebooku. Ci pierwsi zablokowali mi dostęp do niego, a ci drudzy pousuwali z merytorycznych dyskusji wszystkie posty Akcji Wolne Przewodnictwo. I dalej zawodzić  lamenty w stylu: zaciskam piąstki na oczach, zatykam uszy i krzyczę – aaaaaa!!! Wiecie co – mam do was propozycje: wykupcie jakiś opuszczony PGR na prowincji, otoczcie wysokim płotem i tam się przenieście, a następnie – sami się oprowadzajcie i pilotujcie – wszyscy będziemy szczęśliwi.    

Tymczasem bardzo ciekawą notkę „Pilot bez licencji” zamieścił na swoim turystycznym blogu Krzysztof Mamys

I proszę – nikt kto jest dobry i renomowany nie obawia się i nie jest przeciw deregulacji. Nawet jeśli sam… jest szkoleniowcem i organizuje kursy. Pan Mamys dziwi się że najpierw państwo polskie jedno ustala w ministerstwach, potem znów zmienia – ależ owszem – aparat państwowy to twór nieruchawy i ociężały, i po to jest deregulacja żeby tę bestię odsunąć od decyzji dotyczących szybko zmieniających się biznesowych realiów. Sam pamiętam zresztą, z jakim opóźnieniem ukazało się ostatnie rozporządzenie dotyczące pilotów i przewodników. Gdybym ja czy ktokolwiek inny w branży działał z taką sprawnością – natychmiast straciłby klientów. Przy okazji, Panie Krzysztofie – pomysł ministra „nie narodził się z zaskoczenia” – tak może twierdzić ktoś, kto żyjąc we własnym branżowym grajdołku kompletnie nie interesował się tym, co się dzieje w ekonomii i polityce. 

Najważniejsze jednak, że na blogu otwartym tekstem wymieniono absurdy systemu, najważniejsze cytuję:

- Rynek pracy – wszystko weryfikuje. Świeżo upieczeni absolwenci kursu mają małe szanse na znalezienie pracy. Pracodawcy wiedza, że teoretyczne, narzucone prawem szkolenie, słabo przygotowuje do pracy.

- Egzamin jest państwowy, a na nim dużo zbędnej teorii. W efekcie na szkoleniach, w pierwszej kolejności kursantów uczy się tego, co jest niezbędne na egzaminie, a nie tego, co jest potrzebne w pracy.

- żeby tego nauczyć nie trzeba aż 150 godzin i 3 dni zajęć praktycznych. Ile wystarczy? Od 6 lat prowadzę autorskie szkolenie rezydentów biur podróży. Zajęcia trwają 32 godziny. Sprawdza się! Kurs taki ogranicza się do samych praktycznych rzeczy; uczy się konkretnych czynności.

- Biura szukają pilotów. Tyle, że potrzebują naprawdę dobrych fachowców. Tym wyróżniającym się płacą sporo, nawet 500 zł za dzień – klasa mistrzowska! Problem w tym, że
regulowany prawem program szkolenia (organizator kursu nic w nim nie może zmienić!) nie dostarcza takich specjalistów.

To jest dokładnie to o czym sam piszę i mówię od lat.

I wszystko super tylko… niech Pan mi odpowie – dlaczego Pan i wielu innych wiedząc o tych bezsensownych praktykach nie zaprotestowaliście wcześniej? (patrz notka niżej). Piękna fotka z Jordanii, czyżby myślał pan że Polska to też muzułmańska satrapia i nie da się wygrać z wszechwładnym osadzonym na urzędzie kacykiem? 

Wolny pilotaż, czyli o pożytkach z nonkonformizmu

Błogosławię fakt, że cały ten medialno-polityczny szum przetoczył się w „pozasezonowych” miesiącach zimowych, które co roku zwykłem spędzać w wesołym krakowskim gronie krakowskich bohemiarzy, a tym razem poświęciłem go w pewnej części na blogowanie i dyskusje na różnych forach. Ale sezon puka do drzwi coraz intensywniej, czekają mnie liczne wyjazdy i nie będę tak intensywnie udzielał się na blogu. Nie ma zresztą już takiej potrzeby – z radością patrzę jak dyskusja o deregulacji rozlewa się po mainstreamowych mediach, a w piętnowaniu korporacyjnych grzechów i absurdów wyręczają mnie zawodowi publicyści. Co ciekawsze artykuły i audycje linkuję na fanpage. Tak, to już nie te czasy kiedy jakaś panienka z lokalnej gazety – pod dyktando działaczy toruńskiego PTTK albo krakowskiego GUIDE pisała o „polowaniach na nielegalnych przewodników”. Teraz dawni myśliwi stali się zwierzyną łowną i chyba rzeczywiście mogę już złagodzić moje złośliwości, po co bić leżącego.  

Jest coraz weselej. Oficjalne ogłoszenie planów otwarcia zawodów rozwiązało ludziom języki, że hej. Ciekawy flow komentarzy można przeczytać pod artykułem na tur-info.pl. Są tam dokładnie takie głosy których się spodziewałem – nieudacznicy biadolą, a pozytywnie wypowiadają się np. dobrzy piloci którzy są pewni swojej klasy i nie boją się konkurencji, za to chwalą koniec uciążliwej biurokracji i sztucznych – terytorialnych czy tematycznych barier świadczenia usług.

Wiele rzeczy mnie zaskakuje. Np niedawni absolwenci kursów pilockich złorzeczą, że ponieśli niepotrzebne koszty na ich ukończenie, i… żądają zwrotu tych pieniędzy od państwa!  (Podobnie twierdzą też nieruchomościowcy i inne grupy). Hola – zapytuję – to nic te drogie i długie szkolenia wam nie dały oprócz formalnego „papieru”? Żadnych przydatnych w pracy umiejętności? Na ten temat wypowiedzi są rozbrajająco szczere, np.  kursy – nudny koszmar, egzaminy bezsensowne, hucpa i naciąganie na kasę. Tu dygresja – na pewno kursy pilockie nie znikną całkowicie, będą się odbywać nadal (jak odbywają się kursy „nieregulowanych” rezydentów) tyle że ich program będzie kształtowany według rzeczywistych potrzeb rynku a nie ministerialnych wytycznych, na pewno będą dużo krótsze i treściwsze.

Tak nawiasem mówiąc, zawód pilota wycieczek w ogóle nie figurował w pierwotnych zestawieniach zawodów regulowanych w Polsce, gdyż był ukryty pod nazwą „działalności regulowanej”. To jeden z tych licznych „kwiatków” jakie ekipa Gowina odkryła w trakcie prac. Czemu zawdzięczać w ogóle jego ustawową regulację? Moim zdaniem tylko temu, że pilotaż wycieczek zagranicznych w PRL był dość lukratywną działalnością i to wpływowe środowisko „załatwiło sobie” przywileje podczas tworzenia ustawy w 1997r. Takich np. rezydentów w PRL-u nie było (co najwyżek poczciwi KaO-wcy w ośrodkach wczasowych) dlatego zawód rezydenta obsługującego nowoczesne wczasy czarterowe regulowany nie jest. A praca pilota – w dzisiejszych czasach technicznie coraz prostsza i łatwiejsza (otwarte granice, błyskawiczna komunikacja, uproszczone formalności podróżne itp.) – jest.

Urzędnik państwowy, egzaminujący czy pan/pani umie np. wymienić walutę w kantorze, rozdać klucze w hotelu itp, to przykład nie tyle kuriozum co przede wszystkim marnowania społecznych środków i wręcz ośmieszania aparatu państwa.  I teraz konkluzja do tych wszystkich złorzeczących – co robiliście przez ostatnie lata widząc narastające absurdy, ową hucpę i naciąganie na kasę? NIC. Jak potulne owieczki daliście się strzyc i służyliście systemowi. A przecież można było się skrzyknąć, założyć np. „akcję wolny pilotaż” i podczas poprzedniej nowelizacji ustawy wylobbować uwolnienie przynajmniej zawodu pilota. Było to jak najbardziej do zrobienia – przykład – akcja organizatorów turystyki kajakowej, zmuszanych wcześniej do zatrudniania na każdym spływie „instruktora rekreacji ruchowej” która doprowadziła do deregulacji tego zawodu, wtedy jeszcze bez kamer, fleszy i konferencji Premiera. Był też projekt połączenia funkcji pilota i przewodnika storpedowany przez PFPIP pod prezesurą Zygmunta Kruczka, który sam jest właścicielem firmy szkoleniowej (pisałem o nim tutaj…>).

Tak więc moi drodzy, nie sądźcie że państwo (czyli podatnik) wam cokowiek odda i zapłaci za wasz konformizm, uległość, podporządkowywanie się chorym układom. Zawarliście pakt z korporacyjnym diabłem to idźcie do tego diabła z pretensjami. Niech to będzie nauczka dla innych młodych konformistów i oportunistów – taki dodatkowy pożytek z deregulacji.

Marta Kostyk i Wojciech Huk: Non passeranno!

Zostałem poproszony o skomentowanie programu TVP „Młodzież kontra….” z udziałem J. Gowina, wyemitowanego w niedzielę, 4 marca  Obejrzyj zapis internetowy, interesujące nas kwestie padają od 17 minuty…>

Program prowadził Tomasz Czeczótko, który – jak czytamy na stronie programu – jest absolwentem prawa a nie dziennikarstwa. Jakim więc prawem uprawia zawód dziennikarza? (Patrz notka niżej) Podczas programu wyrażał obawy, że deregulacja obniży poziom usług. Panie Tomaszu, pytam otwarcie – niech nam pan odpowie, czy w trosce o wysoki poziom jakości pracy dziennikarskiej, zwłaszcza w mediach publicznych, jest pan za tym, aby pana zawód uregulowano? Żeby musiał pan nagle przerwać pracę,  z własnej kieszeni opłacić kurs 2-letni dziennikarski i – tak jak przewodnicy turystyczni – zdać egzamin przed państwową komisją, aby znów móc wrócić do telewizji? Proszę nie uciekać od odpowiedzi, będę się przypominał.

Program był przygotowany wybitnie stronniczo (to chyba specjalność TVP Kraków) a rolę pistoletów wymierzonych w Gowina i w wolność świadczenia usług miało odegrać dwóch młodych krakowskich przewodników – celem antyreklamy zapamiętajcie ich nazwiska: Marta Kostyk i Wojciech Huk

Pistolety pomimo młodej powierzchowności okazały się być czymś w rodzaju historycznych arkebuzów – dużo huku i dymu a efekt co najmniej komiczny. Pani Marta, jak czytamy na jej facebookowym profilu, studiowała w Rzymie, miała więc sposobność poznać realia skorumpowanego i zbiurokratyzowanego „śmiertelnie chorego człowieka Europy” jak to pisał o Włoszech niedawno Piotr Kowalczuk.  Marta Kostyk i Wojciech Huk zaraziili się tą chorobą, i teraz chcą ją, niczym genueńscy żeglarze w 14 wieku dżumę z Krymu do Wenecji,  przenieść z ziemi włoskiej do Polski. Nieco więcej o tamtejszych realiach turystycznych pisałem przy okazji zniesienia obowiązku przewodnickiego w Sienie. Niestety  ich deklarowana na początku „apolityczność” i słaba znajomość realiów ekonomicznych Europy zemściła się. Nagabywanie polityka jakiejkolwiek opcji do tego żeby budował „drugie Włochy”, żeby na targanym kryzysami południu Europy szukał rozwiązań legislacyjnych, budzić może co najwyżej uśmiech politowania. Pisałem o tym – przypominam – tutaj…>

Przykro było słuchać tych megapretensjonalnych, zarozumiałych młodych ludzi, którym fakt że zdali egzaminy przed jakąś „komisją” tak namieszał w głowach, że wydaje im się, że nikt prócz nich i ich kolegów i koleżanek z korporacji, „z którymi konkurują” nie ma prawa świadczyć usług przewodnickich w Krakowie. Sam często rekrutuję pilotów i przewodników – rozmowy są krótkie i konkretne, gdyby przyszedł do mnie taki zblazowany laluś jak Wojciech Huk i zaczął rozmowę od przechwalanek – jaki to on jest genialny i lepszy od historyków sztuki – po minucie pokazał bym mu drzwi. Jesteś dobry? To przekonaj mnie albo innego klienta. Mnie przekonałeś co najwyżej,  że nie jesteś pewien przydatności swojej wiedzy,  skoro tak się obawiasz konkurencji i usiłujesz wmusić swoje usługi na drodze administracyjnego nakazu!

Niestety droga Marto Kostyk i Wojciechu Huk – podtekst waszych zawodzeń jest dla wszystkich klarowny: „wiemy że daliśmy się nabrać, że te wszystkie dodatkowe, kosztowne kursy i egzaminy nie były nam do niczego potrzebne, i jesteśmy oburzeni”. Bądźcie oburzeni przede wszystkim na siebie i na tysiące podobnych wam – młodych konformistów, którzy – widząc niedorzeczności systemu – zamiast z nim walczyć tak jak ja – woleli zapłacić haracz.

Przy okazji padły idiotyczne argumenty, że przez deregulację „Polska straci pieniądze”, bo Włosi czy inni obcokrajowcy nie będą zmuszeni do korzystania z usług polskich przewodników. Jest to nieporozumienie, bo również według obecnego prawa nie mogą być do tego zmuszani. Że czasem są – to być może skutek nadużywania, nadinterpretacji bądź nieznajomości prawa. Już nie chodzi nawet o europejską dyrektywę uznaniową, o której unowocześnieniu w kierunku absolutnej wolności transgranicznego przewodnictwa pisałem 19 lutego. Istotne jest, że: 

- Polska ustawa o usługach turystycznych dotyczy organizatorów polskich a nie np. włoskich – polski urzędnik nie ma takiej władzy ani interesu aby stwierdzać co jest dobre dla klienta zagranicznego biura.
- Konstytucja zapewnia wszystkim znajdującym się pod władzą Rzeczypospolitej Polskiej – także cudzoziemcom – korzystanie z praw i wolności – takich jak wolność slowa czy prawa kosumenckie.

Jest zresztą  jakimś grubym nieporozumieniem – nie wiem czego tych dzieciaków na kursach uczyli – twierdzenie że każdy zagraniczny touroperator wyprawiający grupę do Krakowa będzie chciał za wszelką cenę oszczędzić na lokalnym przewodniku. Chętnie skorzysta z usług, jeżeli będą fachowe i dobrze wycenione – proces ten nie może być wyjęty spod praw wolnego rynku.

Kiedy budowano pierwsze koleje żelazne – włościanie rozpaczali, że im kury przestaną jajka nieść, a krowy dawać mleko. Marta Kostyk i Wojciech Huk mentalnościowo reprezentują podobny poziom, skoro przytargali do studia (sprostowanie – narysował to telewizyjny grafficiarz) i rozpowszechniają na facebooku taką karykaturkę:

Deregulacja zawodu pilota i przewodnika dotyczy świadczenia tych usług w miejscach publicznych. Nikt nie będzie zmuszał właścicieli czy zarządców obiektów zamkniętych – jak np. jasnogórski klasztor, do zmiany regulaminów, zwyczaju zakładania przyzwoitego ubioru w obiektach sakralnych. W przypadku takich obiektów prawa rynku działają też skutecznie – braciszkowie chcą ofiar i pielgrzymów, właściciele atrakcji chcą sprzedawać dużo biletów więc w ich interesie nie leży raczej ograniczanie ruchu turystycznego absurdalnymi przepisami.  Jeśli zdarzą się wyjątki – będziemy je piętnować, ale to już inny temat. 

Przeczytajcie też jak waszą komunistyczną mentalność obśmiano w Krakowskiej Gazecie Internetowej…>
________
I jeszcze jedno – jeśli ktoś będzie miał czelność (zwłaszcza w obecności dziennikarzy) powoływać się na Włochy – niech przeczyta artykuł na rmf 24 o regulacjach w Europie – fragment dotyczący Włoch:

Rząd Mario Montiego postanowił znieść liczne ograniczenia blokujące dostęp, zwłaszcza młodych ludzi najbardziej dotkniętych bezrobociem, do wielu zawodów. (…) Jako dodatkowy argument przemawiający za koniecznością likwidacji bądź ograniczenia wpływów zrzeszeń zawodowych (tzw. ordine) przytacza się to, że większość z około 30 obecnie działających powstało w dobie rządów Benito Mussoliniego. (nb w Grecji – zaczasów rządu tzw. junty czarnych pułkowników) Wiele emocji w opinii publicznej wzbudza sprawa ograniczeń w dostępie do zawodu dziennikarza. We Włoszech nie można go wykonywać, jeśli nie należy się do zrzeszenia dziennikarzy. Aby zostać jego członkiem, trzeba zdać egzamin, za który opłata wynosi 400 euro i wnosić coroczne składki. Niektóre środowiska domagają się wolnego dostępu do zawodu dziennikarza i likwidacji zrzeszenia dziennikarzy, wręcz nazywając tę organizację „faszystowską pozostałością”. Tego pan chce. panie Czeczótko?

Czy samouk Legowicz ma uprawnienia dziennikarskie i ekonomiczne?

Oto nagrany przed chwilą fragment „Informatora Ekonomicznego Trójki” – posłuchaj…>

Prowadzący go panowie – Wiktor Legowicz z Programu III Polskiego radia i Andrzej Kublik z Gazety Wyborczej

nie mogą wyjść z oburzenia, że całkowicie otwarty zostanie zawód przewodnika turystycznego:

„Jeżeli przewodnicy też mają być zwolnieni z obowiązku egzaminiowania, znaczy znajomości jakiejś, to też właściwie jest nonsens itp.”

Przewodnik na wycieczce zwykle mówi do nie więcej jak 20-40 osób… Dziennikarz – korzystając z tuby elektronicznych mediów mówi do milionów, więc według tej filozofii jego zawód powinien być obłożony nieporównanie większymi ustawowymi obostrzeniami. Czy panowie Legowicz i Kublik – podobnie jak muszą to dziś robić przewodnicy albo nawet zwykli piloci – zdawali jakieś państwowe egzaminy przed dopuszczeniem ich do uprawiania zawodu dziennikarza? Nie zdawali, bo takowych wymogów nie ma, zawód ten jest całkowicie otwarty a wszelkie (były ich chyba cztery) próby regulacji odrzucono. O jednej z nich pisał kiedyś krakowski felietonista Jerzy Skoczylas:

(…)PSL wysmażyło projekt ustawy o zawodzie dziennikarza, z kretyńskimi przepisami (jak choćby wymóg, by redakcja „w połowie co najmniej składała się z dziennikarzy zawodowych”). Ministrem kultury był wówczas słynny Zdzisław Podkański, który zapraszał do siebie nieżyjącego Józefa Czapskiego, poprawiał w urzędowych pismach płyty „analogowe” na „analogiczne”, a słowo „odkąd” pisał „od kąd”.

I co, – pytam Kublika i Legowicza, nie widzicie panowie w tym nic zdrożnego? Czy planujecie zalobbować za kolejnym, projektem ustawy o zawodzie dziennikarza?

Gdyby takowa weszła w życie zapewne trójkowym trefnisiom zrzedłyby miny, bo przynajmniej jeden z nich natychmiast wyleciałby z pracy. Znalazłem w serwisie biznes.onet.pl artykuł: Wiktor Legowicz: Jestem samoukiem w którym pan redaktor opisuje swoją drogę zawodową. Z tekstu wynika, że jego formalnym wykształceniem są studia pedagogiczne, pracę w radiu rozpoczął jeszcze jako student „Chciałem spróbować swoich sił w Trójce, a oni chcieli mnie sprawdzić”. I kolejne szokujący wyznanie: „Nie jestem ekonomistą z wykształcenia – jestem samoukiem ekonomicznym”. A potem jeszcze daje rady młodym ludziom… przeczytajcie, włos się na głowie jeży.

Panie Legowicz, czekam jutro o 9:30 przy głośniku Trójki, liczę, że skoro tak panu się nie podoba otwarcie zawodu pilota i przewodnika to albo – z racji braku formalnych uprawnień i wykształcenia uroczyście zrezygnuje pan z uprawiania zawodu dziennikarza i pójdzie np. uczyć do szkoły, albo – szanowny panie samouku – douczy się pan z tematu deregulacji zawodów turystycznych. Przeczyta archiwa tego bloga albo przynajmniej argumenty deregulacyjne opublikowane tutaj i tutaj. Zwracam zwłaszcza uwagę na te fragmenty gdzie opisuję funkcjonowanie w całkowicie otwarty tych zawodów na największych rynkach turystycznych Europy (Niemcy, Beneluks, Wlk Brytania).

Maciej Zimowski
Koordynator Akcji Społecznej Wolne Przewodnictwo, tel 604446233 

Ostrzeżenie dla Polskiej Izby Turystyki

Liczne media poinformowały wczoraj za Polską Agencją Prasową że według władz Polskiej Izby Turystyki: „Deregulacja nie powinna dotyczyć pilotów wycieczek i przewodników” oraz cytowały wypowiedź wiceprezesa tej organizacji, Józefa Ratajskiego, który zabłysnął kilkoma niezwykle „mądrymi stwierdzeniami”, a mianowicie:

„Przewodnicy turystyczni powinni być kompetentni, bo inaczej nie ma to sensu. Po co wycieczkę ma oprowadzać po mieście lub jakimś terenie ktoś, kto nic albo niewiele o nim wie? Może powinniśmy też dopuścić do tego, żeby wycieczki zagraniczne oprowadzała osoba, która nie zna języków obcych. To grozi kompromitacją i obniżeniem jakości usług”

Stwierdzenie to obnaża przede wszystkim niekompetencję autora tej wypowiedzi, gdyż celem deregulacji jak wiemy nie jest zmuszanie do korzystania z usług „niefachowych amatorów” tylko scedowanie oceny ich kompetencji bezpośrednio na przedsiębiorców. Znakomita większość firm turystycznych działających np. w zachodniej Europie nie ma z tym najmniejszych problemów. Józef Ratajski zapewne może mieć z tym problemy, albo rzeczywiście miał. Przyjrzyjmy się lepiej biznesowej działalności tego „mądrali”.

Pan Józef Ratajski był przed kilku laty współwłaścicielem biura Rajmb Ikaria Tours SC, witryna którego – jak widzimy – straszy dawno nieaktualną ofertą. W listopadzie 2007 r. UOKiK  stwierdził liczne nieprawidłowości w zawieranych przez to biuro umowach, co m.in. zostało skomentowane w artykule „Wiceprezes PIT zamiast dawać przykład łamie prawo?”. O szczegółach decyzji (i wysokiej karze pieniężnej) pisał blog prawo turystyczne. Biuro ostatecznie zamknęło działalność w lutym 2009 roku.  Rynek zadziałał więc w przypadku niekompetentnego właściciela prawidłowo. A dziennikarzy agencyjnych prosiłbym o większą staranność w dobieraniu interlokutorów i cytowanie tych, którzy rzeczywiście coś konkretnego i z sukcesem w branży turystycznej zdziałali, a nie jedynie „piastują stanowiska”.

Prezes Polskiej Izby Turystyki Jan Korsak (nota bene też prowadzi bloga) był już negatywnym bohaterem naszej Akcji w 2008 roku, kiedy w notce „Palikot karci Korsaka” wyśmiewałem próby użycia sejmowej komisji „Przyjazne Państwo” do zaostrzenia regulacji. Tym razem wydawało się że będzie spokojniej. Kierownictwo PIT nie dołączało się do kakafonii anty-deregulacyjnych lamentów, co zrobili np. szefowie konkurencyjnej izby ITRP – jak się późiej dowiedziałem z pism i rozmów – nie konsultując swojego stanowiska z wieloma wchodzącymi w jej skład podmiotami. Ośmieszyłem ich sporządzając prywatną „czarną listę” biur turystyki przyjazdowej.

Oczywiście każdy ma prawo wyrażać własne zdanie w sprawie, nawet publikować największe głupoty. mamy w końcu demokrację i wolność słowa. Chciałbym jednak – uprzedzając oficjalne działania władz PIT pouczyć, co następuje:

- Oprócz pilotażu i przewodnictwa, niemal wszystkie usługi wchodzące w skład pakietów turystycznych jak np. hotelarstwo, gastronomia – świadczone są przez zawody nieregulowane na poziomie państwowym. Po niedawnej nowelizacji, również prowadzenie biura podróży nie wymaga posiadania jakichkolwiek formalnych licencji czy stażów. Szczególnym przykładem prawidłowego działania mechanizmów rynkowych, jest funkcjonowanie bez państwowych regulacji zawodu rezydenta. Rezydenci mają nieraz znacznie większy zakres pracy, odpowiedzialności itp. od pilotów czy przewodników. Istnienie regulacji w przypadku tych ostatnich można uzasadnić jedynie faktem posiadania wpływowych samorządów, wywodzących się z tradycji PRL-owskich. Dalsze obszerne argumenty za deregulacją opublikowane są tutaj i tutaj.

- Zasługą czterech lat społecznego lobbingu „Akcji Wolne Przewodnictwo” jest utrwalenie w świadomości rządzących polityków i całego społeczeństwa przewodnicko-pilockich absurdów, jako przykładu najbardziej skrajnej formy nieprawidłowości do jakich dochodzi wskutek przeregulowania gospodarki. Nieprzypadkowo zawód przewodnika wymienia się na czele listy zawodów, których konieczność deregulacji nie podlega jakimkolwiek dyskusjom, a  pierwsze sondaże wskazują, że poparcie opinii społecznej w tej sprawie jest miażdżące. Każdy podmiot sprzeciwiający się tym planom ryzykuje ośmieszenie i kompromitację. Najlepszy dowód – jeszcze wczoraj „mądrości” Józefa Ratajskiego, z dziesiątkami negatywnych komentarzy trafiły na popularny serwis wykop.pl Jeżeli PIT oficjalnie wystąpi z dokumentem sprzeciwiającym się deregulacji zawodów turystycznych nasza reakcja będzie zdecydowana stworzenie „czarnej listy” wchodzącej w jej skład biur turystycznych, tym razem o znacznie poważniejszym zasięgu, ze współudziałem organizacji konsumenckich i serwisów społecznościowych. 

Oczywiście w równym stopniu dotyczy to podmiotów niezrzeszonych w PIT które mają zamiar do protestów dołączyć. Co zauważam – porażająca jest u niektórych niewiedza i niezrozumienie tego co się w kraju dzieje… Można jedynie przypomnieć znane powiedzenie – jeżeli nie zainteresujesz się polityką, ona zainteresuje się tobą.