Wolnorynkowa dżungla i krakowskie porządki

Rumuni i Cyganie zmiękczają serca krakowian i turystów żebrząc z małymi pieskamidonosi Dziennik Polski. Strategię takiego biednego pieska próbowali przyjąć wczoraj krakowscy przewodnicy na spotkaniu z Mirosławem Barszczem, (zdjęcia tutaj) którego przebieg dość dokładnie relacjonuje Magdalena Kursa w krakowskiej GW . I znów wymieniony tam został z nazwiska Wojciech Huk – nasz ulubieniec, przypomnę komentarz do programu tv. Wydaje mi się, że swoimi śmiesznymi wystąpieniami przyciąga uwagę mediów, na podobnej zasadzie jak popularność w internecie zdobyli kiedyś Kononowicz a teraz Gracjan Roztocki.

Czy aby ten piesek tylko z pozoru jest taki biedny i grzeczny, a de facto próbuje znienacka podkraść się i porwać przechodzącemu turyście kebaba lub zapiekankę? Zaraz to sobie wyjaśnimy.          

W różnych złośliwych komentarzach czytam, że podobno jestem doradcą ministra Gowina. Nie, nie jestem. Gdybym był tak zwanym „PR-owcem” zdecydowanie zabroniłbym w oficjalnych wypowiedziach nawiązywać do swoich osobistych przygód typu „znajomy profesor” czy „rodzinny sklepik z lodami”, zwłaszcza gdy do dyspozycji są argumenty bardziej rzeczowe.

Przewodnicy otwartym tekstem oznajmili wczoraj, że podstawą działalności ich firm jest rzekomy przymus administracyjny dla zagranicznych organizatorów wycieczek, którzy na miejscu muszą wynająć polskiego oprowadzacza. Że bez tego będą musieli swoje firemki zamknąć i budżet państwa straci. Prawda jest taka, że – udowadniałem to wielokrotnie – ostatnio w tej notce – że ów przymus wobec biur zagranicznych de facto prawnie nie istnieje oraz że proces unowocześnienia dyrektywy uznaniowej idzie w kierunku całkowitej wolności transgranicznego świadczenia usług przewodnicko/pilockich wobec własnych obywateli.     

Natomiast realia realiami – znacie państwo tę anegdotkę o „przewodniku”, który powiedział w Krakowie turystom, że hejnał grają tylko o 12.00  a godzinę później trzeba zapłacić i zebrał od naiwnych, nieświadomych, po dyszce. Podobnie organizator wycieczek z jakichś Włoch czy Hiszpanii – nie zna niuansów polskiego prawa. Polska dla niego jest jakimś drugorzędnym celem podróży, nie ma czasu ani ochoty wszystkiego sprawdzać – przyjmuje, że tak jak w różnych krajach patriarchalnych czy trzeciego świata, gdzie istnieją państwowe licencje przewodnickie (przypomnę tę notkę…) – musi „opłacić się” lokalnej mafii czy jakiemuś kacykowi żeby bez komplikacji przeprowadzić imprezę. Sam miałem kiedyś przygody z mafią taksówkarzy pod budapesztańskim dworcem Keleti. Nie chcieli wpuścić na swój teren zamówionego wcześniej busa. Doszło nieomal do rękoczynów. Zszokowanemu pilotowi też powiedziałem przez telefon, żeby dla spokoju zapłacił za kurs do hotelu te 5 czy 10 euro więcej, a nie szarpał się z nimi. Na czymś podobnym, rozpaczający wczoraj przewodnicy krakowscy oparli swój życiowy model biznesowy – brawo! A przy okazji przypisują sobie misję krzewienia „pozytywnego wizerunku państwa” czytaj  – jakiegoś bantustanu.  

Wśród argumentów pojawił się też wczoraj tajemniczy „e-mail z Pragi” wedle którego – w mieście tym po deregulacji zapanowała „dżungla” i poziom usług przewodnickich drastycznie spadł. Dla wiarygodności proszę opublikować gdzieś lub mi przysłać całość tego maila wraz z adresem nadawcy. Jest to, jak mniemam, jedna z tych przewodnickich firemek, która swój biznes oparła na przymusie a nie jakości.

Przejeżdżałem niedawno przez Monachium, zatrzymałem się na Marienplatz. Zobaczyłem kolorowy tłum turystów, pod ratuszem stali uśmiechnięci ludzie oferujących oprowadzanie po mieście. Według teorii wczorajszych krzykaczy, w Niemczech, gdzie panuje całkowity liberalizm – w ogóle nie powinny istnieć jakiekolwiek lokalne firmy przewodnickie, bo całą robotę wykonują przyjezdni piloci i kierowcy autobusów. Tymczasem wystarczy wpisać w google np. „München Stadtführung” i okazuje się że takich firm jest multum. Oprowadzanie tradycyjne, szlakiem piwa, w strojach historycznych, wycieczki dla dzieci – od koloru do wyboru. Właśnie – od koloru – co mi utkwiło: krakowscy przewodnicy zmuszeni są nosić na szyi urzędowe płachty wielkości zeszytowej kartki o stylistyce nekrologu. Monachijscy – wabią turystów pomysłowymi logotypami. Oto porównanie:

Błazeństwem do kwadratu, sorry za wyrażenie ale inaczej tego nazwać nie mogę – są głoszone także wczoraj bajki że turysta nie może przed wycieczką sprawdzić jakości przewodnika. Biura turystyczne mają swój własny system rekomendacji. A turysta indywidualny któremu rzeczywiście zależy na jakości – jak widać – w dobie internetu także możliwość sprawdzenia ofert i rekomendacji. Na portalu tripadvisor znalazłem nawet niedawne pochwalne opinie o przewodnikach z Pragi. Widać więc że i tam ci dobrzy jeszcze nie całkiem wymarli.

Mirosław Barszcz  wróżył W. Hukowi że – z taką nawijką – zrobi w biznesie turystycznym karierę. A niech sobie robi. Póki co jednak, turysta szukając o nim informacji, znajdzie w internecie blogowe i prasowe doniesienia o jego antywolnościowych tyradach. Ja mam inną propozycję – niech dogada się z Crazy Guides, Communism Tours czy innymi nowohuckimi „trabanciarzami” i w Stylowej, nad „lornetą z meduzą” wygłasza swoje teorie, a turyści niech podziwiają tę żyjącą skamieniałość z poprzedniej epoki.    

Na zakończenie fragment nagrania z wczorajszego spotkania – operetka.mp3.  Komentarz niepotrzebny. 

Możliwość komentowania jest wyłączona.