Czy państwowe regulacje przewodników górskich są potrzebne?

Z początkiem kwietnia zakończą się konsultacje społeczne w sprawie ustawy deregulacyjnej. Do tego czasu wyślę również nasze stanowisko. Piszę „nasze” – gdyż Akcja „Wolne Przewodnictwo” jest co prawda bytem nieformalnym, ale – jak pokazały ostatnie miesiące – reprezentuje poglądy całkiem sporej grupy osób.  Bardzo uważnie czytam ich wypowiedzi na różnych forach i postaram się żeby to stanowisko było ich kompilacją. 

„…Zderegulowałeś za mało, zbyt płytko; rób to głębiej, szybciej, radykalniej – na ten drugi rodzaj argumentów jestem dużo bardziej podatny” podkreślił Minister Gowin podczas niedawnej konferencji. Ależ proszę – dziś przyglądamy się uważnie ostatniej enklawie regulacji jaką przewiduje ministerialny projekt, czyli pozostawienie nadzorowanych przez państwo kursów i egzaminów dla tzw. przewodników górskich.  

Przez kilka lat prowadzenia tego bloga starałem się, aby nie dominowała tutaj tematyka górska. Częściej niż same regulacje zawodu piętnowałem praktyki tzw. przymusu przewodnickiego w górskich parkach narodowych. Teraz jednak, kiedy z przewodnictwem miejskim, terenowym i pilotażem problem – przynajmniej na poziomie projektu – jest załatwiony, przyjrzymy się sprawom górskim dokładniej.    

Czy zawód przewodnika po polskich górach musi być rzeczywiście regulowany przez państwowe urzędy? Proszę sobie przemyśleć to na spokojnie i bez emocji.

Na podstawowe pytanie – dlaczego te regulacje pozostawiono – słyszę automatyczne odpowiedzi – ze względów bezpieczeństwa. Bo „góry są groźne” – jak niedawno pisał w GW Bartłomiej Kuraś.  Hola – pytam – w oficjalnym uzasadnieniu do projektu ustawy nie ma o tym ani słowa, nie ma ani pół słowa wyjaśnienia – dlaczego tej dziedziny przewodnictwa nie zderegulowano.

Bezpieczeństwo? Owszem, z turystyką górską wiąże się potencjalnie więcej niebezpieczeństw niż z wędrówkami po terenie płaskim. Kilkadziesiąt osób rocznie ginie w wypadkach górskich. Ale wymienić można dziesiątki form rekreacji czy rozrywki w których poziom ryzyka jest porównywalny albo i większy. Już nie mówię o przygodach ekstremalnych typu paragliding, kite surfing czy skoki na bungee. Weźmy pod uwagę ogromnie popularne formy aktywności i wypoczynku nad wodą. Przypadki utonięć są od lat mniej więcej dziesięciokrotnie liczne niż śmiertelnych wypadków w górach. A mimo to państwo wycofało się z jakiejkolwiek kontroli przewodników czy instruktorów turystyki wodnej.  Dokonano tego w trakcie cichej deregulacji – nowelizacji Ustawy o Sporcie przed dwoma laty. Bardzo ciekawie na ten temat, omawiając deregulację trenerów sportowych, pisała kilka dni temu Rzeczpospolita:

„Wielka deregulacja już była
Do października 2010 r. każdy, kto chciał prowadzić zajęcia z aerobiku, fitnessu, nauki jazdy na nartach
(również – mój dopisek – spływy kajakowe) itp. musiał uzyskać ministerialną legitymację instruktora rekreacji ruchowej. Osoby prowadzące siłownie, centra sportu itp. nie mogły zatrudniać instruktorów, którzy jej nie posiadali. Od ponad 1,5 roku jednak mają pełną swobodę w doborze kadry. Z informacji resortu sportu wynika, że rynek dobrze zareagował na tę deregulację. Nie odnotował on żadnego negatywnego sygnału obniżenia poziomu bezpieczeństwa prowadzonych zajęć. Nie zniknął też rynek szkoleń dla przyszłych instruktorów rekreacji.”

Moim zdaniem pozostawienie regulacji przewodników górskich jest tylko i wyłącznie spowodowane naciskami wpływowych osób w ministerstwie, a bajki o „bezpieczeństwie” – mydleniem oczu, jazdą na dymiącym i śmierdzącym skuterze paniki moralnej i powielanych przez dziennikarzy klisz i sensacji. Jak wiemy każdy „malowniczy” wypadek czy akcja ratownicza w górach skupia na sobie ogromne zainteresowanie mediów. Ludzie ginęli i zawsze będą ginąć w górach, żadne państwo opiekuńcze ich od tego nie uchroni. Ale jakie to ma odniesienie do komercyjnie świadczonych usług przewodnickich? Żadnego. Ofiarami wypadków – własnego lekceważenia i głupoty, czy też nieszczęśliwego przypadku -  są w większości osoby wędrujące indywidualnie (także i sami licencjonowani przewodnicy…) a jedna słynna katastrofa lawinowa w 2003 zdarzyła się na wycieczce organizowanej społecznie przez nauczyciela. Zresztą sam fakt jego ciągłego rozdmuchiwania i przypominania po niemal dekadzie jest najlepszym dowodem na słabość argumentu. Szukałem, czytałem, pytałem się na różnych forach – i z tego co wiem, w historii ostatnich kilku dekad nie istnieje ani jeden udokumentowany przypadek sytuacji, że ktoś bez kwalifikacji podał się nieświadomym turystom za przewodnika, sprzedał im swoje usługi a następnie poprowadził na śmierć czy kalectwo!  A rzekomo takim przypadkom mają zapobiegać regulacje, bez których – jak straszą ich zwolennicy – góry nagle zaczną zbierać ogromne śmiertelne żniwo.

Z drugiej strony – od ponad setki lat istnieje tradycja zarówno szkolenia przewodników górskich jak i nawyk korzystania z ich usług wykształcony całkowicie w wyniku działań społecznych a nie regulacji państwowych. Te ostatnie – w ich obecnej formie to zaledwie ostatnie 10 lat.

Co się niedawno stało na rynku usług zajęć rekreacyjnych już wiemy. A co się działo na rynku usług górsko-przewodnickich – po ich całkowitym uwolnieniu w 1989 r.? Też nic złego. Statystyka wypadków ani nie zmalała wtedy, ani nie wzrosła po ich upaństwowieniu.
Bardzo szybko wykształciły się struktury organizujące szkolenia, nadające certyfikaty, „blachy”, czy to w ramach PTTK i ich różnych jednostek, czy to prężnie działających studenckich kół przewodnickich. W 1996 – w warunkach całkowicie wolnorynkowych (!!!) założono Polskie Stowarzyszenie Przewodników Wysokogórskich.

Regulacje państwowe wprowadziła ustawa w 1998r. a ich implementacja, z uwagi na brak aktów wykonawczych trwała do wczesnych lat zerowych. Pluralistyczna, wolnorynkowa różnorodność uległa zglajszachtowaniu.  Doszło do typowych negatywnych zjawisk przeregulowania – wysokie ceny i kiepska jakość – pisałem o tym sam, czytałem i słyszałem o dziesiątkach innych przypadków. Sami zresztą przewodnicy stali się ofiarami absurdów, o których głośno mówią na tym filmie z września 2011 (mniej więcej od 30 minuty):

Czegóż tam nie ma… Egzaminy uwalające kandydatów z powodu nieznajomości… liczby żon Kasprowicza. Panienki z Urzędu Marszałkowskiego nie dopuszczające do wykładów uznanych specjalistów. Co mnie jednak zaciekawiło najbardziej – certyfikaty owego oddolnie utworzonego stowarzyszenia PSPW, uznane w międzyczasie przez organizacje międzynarodowe  – przez kilkanaście lat nie mogło się doczekać uznania przez państwo polskie, ponieważ – jak powiedział pewien działacz PTTK:

„…dopóki ja w tym ministerstwie mam coś do powiedzenia nie zmienicie w tych przepisach ani kropki ani przecinka.”

Musieli czekać na dopiero ustąpienie przeszkody – (emeryturę, śmierć?) owego działacza. Polska kolesiowska w najgorszym wydaniu. Tak przy okazji zawodów turystycznych – zauważyłem ciekawą prawidłowość. Im dłuższa jest tradycja wykonywania danego zawodu tym bardziej obrasta on sitwą układów i proporcjonalnego do niej gorsetu regulacji:  

Rezydent na wczasach zagranicznych – brak PRL-owskiej tradycji – zawód całkowicie otwarty.
Pilot wycieczek – tradycja krótka (gdzieś od lat 70-tych, pierwszych masowych wycieczek Orbisu) – regulacje i tak drakońskie na tle innych krajów, ale w ramach naszego ustawodawstwa stosunkowo najłagodniejsze, jedne uniwersalne uprawnienia.
Przewodnik miejski – tradycja dłuższa – restrykcje większe, ścisłe rozgraniczenie terytorialne, przymusy administracyjne   
Przewodnik górski – tradycja najdłuższa i największa komplikacja, podział nie tylko terytorialny, ale na poszczególne klasy itp.  

Ministrze Gowin, który to wpływowy kacyk tym razem powiedział że „po moim trupie” i ugiął się Pan przed nim, nie deregulując „przewodnika górskiego”, dla którego – jak pisałem wcześniej – „góry” to są już pagórki w okolicach Wieliczki?  Niech Pan śmiało powalczy i o ten fragment naszej osobistej i gospodarczej wolności i zamknie kolejny rozdział żenujących absurdów.  

Zapewniam Pana, że w wyniku całkowitego otwarcia zawodu przewodnika górskiego nie zniknie system szkoleń, certyfikacji, oznaczania się „blachami” itp. – tak jak nie zniknął po reformie Wilczka. Zostanie natomiast uwolniony od bezsensownych i nieżyciowych wymagań, wszechwładzy niekumatych „pań z Urzędu Marszałkowskiego”. Do istniejących organizacji dojdą być może nowe, powstanie niezbędny na rynku pluralizm i konkurencja. Usługi przewodnickie staną się tańsze i lepsze. Nie zniknie ponad stuletnia tradycja korzystania z fachowych usług przewodnickich, tam gdzie są rzeczywiście potrzebne. Śmiem wręcz twierdzić, że dzięki lepszej jakości i niższym cenom przewodników na trudne górskie trasy będzie wynajmować się chętniej niż dziś, co przełoży się wręcz na wyższy poziom bezpieczeństwa. A te promilowe skrawki naszego państwa o charakterze wysokogórskim są administrowane przez parki narodowe i nie ma sensu tworzyć dla nich prawa na poziomie centralnym.

Czytelnikom bloga i forów turystyki górskiej – rzucam temat i proszę o dyskusję. Pytanie kieruję zwłaszcza do samych przewodników – czy rzeczywiście uważacie że bez opieki państwa nie potraficie sami się zorganizować? Tym bardziej że jeden z nich  – Sebastian Fijak – zauważył pierwsze problemy i komplikacje jakie może spowodować deregulacja według obecnego projektu. 
________________
Polecam także dyskusje na forum turystyki górskiej w tym wątku…>
O problemie napisała również krakowska Wyborcza i Rzeczpospolita

Możliwość komentowania jest wyłączona.