Piąta kolumna Armina Mikosa von Rohrscheidta

Po stronie przeciwników deregulacji nadal milczenie. Czasem tu i ówdzie ktoś skrobnie kolejny liścik powielający identyczne argumenty jak poprzednio. Do kwietnia pewnie pojawią  się jakieś konkretne stanowiska. Tymczasem warto przypomnieć dokument jaki ukazał się na początku marca, a mianowicie „Opinię w kwestii rozważanej deregulacji zawodów pilota wycieczek i przewodnika turystycznego”. Opublikowaną ją w czasopiśmie „Turystyka Kulturowa” ukazującym się w Gnieźnie. Jej redaktorem i autorem najdłuższej opinii jest Mikos Armin von Rohrscheidt. Z tekstu wynika że jest on niewątpliwie wiernym czytelnikiem tego bloga, warto więc poświęcić mu jedną notkę.

Czytając wynurzenia tych wszelakich „naukowców od turystyki” trzeba z politowaniem stwierdzić – ależ ten niedawny wyż demograficzny i ogromny popyt na „papierki” licencjata czy magistra wywołał inflację i degrengoladę tytułów naukowych. Argumentów anty-deregulacyjnych tykać nie będę, nie ma tam nic nowego. Jak zwykle przekłamania na temat np. sytuacji w Niemczech, obraźliwe stwierdzenia w stylu że – owszem – Anglicy mogą sobie pozwolić na dobrowolny system licencji typu Blue Badget Guides ale polscy organizatorzy to głupia, dzika, swołocz i trzeba ich lać batem restrykcyjnych przepisów.

Co innego jest interesujące. Proszę zajrzeć na strony 62-63. Otóż… tak! To nowość!  Zaczyna się pojawiać coś w rodzaju „planu B” na wypadek, gdyby jednak deregulacja się powiodła. I co tam jest myślicie, projekt dostosowania się do zmian, uznania zasad wolności? A gdzie tam. Patrzcie co też kombinują. Zamierzają założyć jakiś związek karbonariuszy czy piątą kolumnę i dalejże psocić.

Po pierwsze – działać na rzecz przywrócenia państwowego kołchozu. W tym celu zamierzają popierać w wyborach a nawet współtworzyć (!!!) środowiska polityczne… Dobre! Mam nawet dla was nazwę: Polska Zjednoczona Partia Regulacyjna w skrócie PZPR. Może poprowadzi ją do zwycięstwa wezwany z politycznej emerytury Ryszard Bugaj, który niedawno użył tego przepięknego argumentu z porównaniem licencji przewodnika do prawa jazdy. (Takich niezmiennie odsyłam tutaj…)

Po drugie – czytamy dalej – brawo, tak jak sam radzę – akcja dobrowolnej certyfikacji pilotów i przewodników, licencji wydawanych przez lokalne stowarzyszenia. Ale zaraz znów zgrzyt… Pan von Rohrscheidt z góry zakłada, że polski ludek jest głupi, krnąbrny i dobrowolnie tych certyfikatów uznawać nie będzie. Należy więc go zmusić inaczej, skoro nie ustawą, to na zasadzie układów z administratorami rozmaitych lokalnych atrakcji turystycznych. Czyli nastąpi przeniesienie walki o wolne przewodnictwo z poziomu państwowego na lokalny.

Tu uspokajam i wyjaśniam – ten plan się nie uda. W większości przypadków załatwi to sam rynek. Zarządca atrakcji, który czerpie zyski ze sprzedaży biletów, nie zawrze żadnej umowy z jakimś von Rohrscheidtem żeby wpuszczać tylko turystów prowadzonych przez uznanych przez niego przewodników a pozostałym powiedzieć – won! Gdyby zdarzały się przypadki kumoterstwa – ten czy ów nie wpuszczony „wolny przewodnik” – składa skargę, pozew itp. i wygrywa.

Po trzecie – chcą zastrzegać prawnie używanie tytułów. Oczywiście – „Przewodnik PTTK”, „pilot stowarzyszenia takiego a takiego” jak najbardziej. Ale opatentowanie na wyłączność jakiejś jednej organizacji, zakorzenionych w języku potocznych określeń pilot czy przewodnik – nie przejdzie. Kombinujcie dalej.

2 Komentarze

  1. Gdyby owa „sprzątaczka” przyjechała ze swoją grupą do Muzeum Auschwitz i nie została wpuszczona na jego teren, tylko dlatego że jest „sprzątaczką” a nie przewodnikiem z licencją von Rohrscheidta – to byłby oczywiście skandal. Oczywiście niemożliwy bo wstęp na teren Muzeum jest wolny a korzystanie z lokalnych przewodników nie jest obowiązkowe.

  2. Taa, ciekawe… A więc, Pana zdaniem, ta „sprzątaczka” pełniąca funkcję przewodnika u Pana partnera z DNV Reisen mogłaby zaskarżyć np. Muzeum w Oświęcimiu o to, że nie pozwolili jej oprowadzać??? Śmiechu warte.