Przebijanie balonu

Pozdrawiam z „wolnego kraju” – Niemiec. Jestem właśnie w słonecznej Konstancji nad Jeziorem Bodeńskim, na imprezie Cyclesummit – konferencji organizatorów komercyjnej turystyki rowerowej.

Uczestniczy w niej zaledwie kilkadziesiąt osób. Ile w sumie specjalistów ma fachową wiedzę, niezbędną do prowadzenia z sukcesem takiego niszowego biura, szkolenia kadr itp? W Europie może z tysiąc albo dwa. W Polsce nie więcej jak kilkunastu. Góra kilkudziesięciu pilotów specjalizuje się w prowadzeniu takich imprez, może drugie tyle robi to czasem okazyjnie w szczycie sezonu.

Ale nawet taka drobna i specyficzna działka nie uszła czujności korporacyjnych regulatorów, którzy przez całe lata wpływali na tworzenie w Polsce ustaw. Mowa oczywiście o Federacji PFPiP pod prezesurą Zygmunta Kruczka. Proszę przeczytać ten archiwalny dokument z grudnia 2008 roku – Wnioski z IV Forum Pilotażu i Przewodnictwa. Włos się na głowie jeży do jakiej rzeczywistości doprowadzili by Polskę tacy ludzie, gdyby politycy nie powiedzieli im stop. Żylibyśmy w jakimś orwellowskim obłędzie, z „policją turystyczną” biegającą za grupami wycieczkowymi, gdzie do każdej czynności trzeba by posiadać papierek, licencję czy identyfikator. Nawet do zmiany dętki czy napompowania koła rowerowego, bo jak czytamy – wnioskuje się o to aby:

Rozciągnąć regulację prawną na kadrę obsługi tzw. grup specjalistycznych. Ustawodawca nie reguluje zakresu uprawnień jakie powinien posiadać przewodnik oprowadzający wycieczki rowerowe, narciarskie, czy chociażby kajakowe. Dotyczy to również innych tradycyjnych form turystyki aktywnej (kwalifikowanej) – żeglarskiej, podwodnej, konnej czy rodzących się nowych form (paralotniarstwo, loty balonem, itp.). Czyli balon regulacyjny nie tylko w przenośni ale i dosłownie.

Bardzo proszę pana Zygmunta Kruczka aby tym razem nie uciekł od odpowiedzi na następujące pytania: 1. Czy turyści rowerowi z mojego biura i tych zaledwie kilku innych rowerowych touroperatorów działających w Polsce przed 2008 r. słali jemu czy komukolwiek jakieś masowe skargi na istniejący stan rzeczy? (Sam nic nie wiem o takich przypadkach). 2. Kto według niego miałby się w Polsce zajmować organizowaniem kursów i egzaminów dla moich rowerowych przewodników. Konkretnie – kto – proszę wymienić choćby jedno czy dwa nazwiska. 

Spróbuję nakreślić hipotetyczną wizję, jak by wyglądały realia w przypadku uchwalenia takiej ustawy. Otrzymałbym pismo z Urzędu Marszałkowskiego, że mi i moim współpracownikom odtąd nie wolno już robić tego co przez całe lata robimy. Chyba że pokończymy odpowiednie kursy i zdamy państwowe egzaminy. Następnie dostalibyśmy ofertę nie do odrzucenia, na przykład od prywatnej firmy Proksenia, której właścicielem jest wspomniany lobbysta – Zygmunt Kruczek – na zakup szkoleń i wydawnictw. Trzeba byłoby zapłacić, łącznie może nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych. Następnie egzamin np. przed jakimś dziadkiem z PTTK, który przed 40 laty organizował rajd kolarski szlakiem leninowskim, i dlatego „ma uprawnienia”. Pytania byłyby w stylu „ile rower ma szprych”, i oczywiście – zważywszy moją antyregulacyjną aktywność – wszyscy zadbaliby o to żebym ani ja ani nikt z moich ludzi tego egzaminu nie zdał. Musiałbym zamknąć firmę i przenieść działalność do jakiegoś wolnego kraju – na przykład do Niemiec.

Na marginesie – kwiatki – nie hipotetyczne, ale realne, z egzaminów przewodnickich polecam tutaj.

W podobnej sytuacji mogłoby się znaleźć tysiące przedsiębiorców z innych niszowych branż. Dyskutując o deregulacji warto pamiętać nie tylko o korzyściach jakie przyniesie, ale o ogromnych szkodach, jakim zapobiegła.     

Przy okazji warto przypomnieć, że z owego balonu zeszło już trochę powietrza. Podczas tworzenia w 2009 r. Ustawy o sporcie, nie tylko nie wprowadzono żadnych dodatkowych licencji dla np. przewodników turystyki kajakowej, ale na wniosek organizatorów spływów zderegulowano – tak! Bez świateł fleszy i konferencji premiera po cichu zderegulowano szereg zawodów okołosportowych, np. instruktora rekreacji ruchowej.

4 Komentarze