Zbij termometr, nie będziesz mieć gorączki

Przez ostatnie dni sporo udzielałem się na różnych forach, nie tylko turystycznych, np. spierałem się z nieruchomościowcami. Latały ostre słowa i pogróżki ale nikt się nie posunął się do tego co zrobili administratorzy forum pilotów na Gazeta.pl i grupy piloci wycieczek na facebooku. Ci pierwsi zablokowali mi dostęp do niego, a ci drudzy pousuwali z merytorycznych dyskusji wszystkie posty Akcji Wolne Przewodnictwo. I dalej zawodzić  lamenty w stylu: zaciskam piąstki na oczach, zatykam uszy i krzyczę – aaaaaa!!! Wiecie co – mam do was propozycje: wykupcie jakiś opuszczony PGR na prowincji, otoczcie wysokim płotem i tam się przenieście, a następnie – sami się oprowadzajcie i pilotujcie – wszyscy będziemy szczęśliwi.    

Tymczasem bardzo ciekawą notkę „Pilot bez licencji” zamieścił na swoim turystycznym blogu Krzysztof Mamys

I proszę – nikt kto jest dobry i renomowany nie obawia się i nie jest przeciw deregulacji. Nawet jeśli sam… jest szkoleniowcem i organizuje kursy. Pan Mamys dziwi się że najpierw państwo polskie jedno ustala w ministerstwach, potem znów zmienia – ależ owszem – aparat państwowy to twór nieruchawy i ociężały, i po to jest deregulacja żeby tę bestię odsunąć od decyzji dotyczących szybko zmieniających się biznesowych realiów. Sam pamiętam zresztą, z jakim opóźnieniem ukazało się ostatnie rozporządzenie dotyczące pilotów i przewodników. Gdybym ja czy ktokolwiek inny w branży działał z taką sprawnością – natychmiast straciłby klientów. Przy okazji, Panie Krzysztofie – pomysł ministra „nie narodził się z zaskoczenia” – tak może twierdzić ktoś, kto żyjąc we własnym branżowym grajdołku kompletnie nie interesował się tym, co się dzieje w ekonomii i polityce. 

Najważniejsze jednak, że na blogu otwartym tekstem wymieniono absurdy systemu, najważniejsze cytuję:

- Rynek pracy – wszystko weryfikuje. Świeżo upieczeni absolwenci kursu mają małe szanse na znalezienie pracy. Pracodawcy wiedza, że teoretyczne, narzucone prawem szkolenie, słabo przygotowuje do pracy.

- Egzamin jest państwowy, a na nim dużo zbędnej teorii. W efekcie na szkoleniach, w pierwszej kolejności kursantów uczy się tego, co jest niezbędne na egzaminie, a nie tego, co jest potrzebne w pracy.

- żeby tego nauczyć nie trzeba aż 150 godzin i 3 dni zajęć praktycznych. Ile wystarczy? Od 6 lat prowadzę autorskie szkolenie rezydentów biur podróży. Zajęcia trwają 32 godziny. Sprawdza się! Kurs taki ogranicza się do samych praktycznych rzeczy; uczy się konkretnych czynności.

- Biura szukają pilotów. Tyle, że potrzebują naprawdę dobrych fachowców. Tym wyróżniającym się płacą sporo, nawet 500 zł za dzień – klasa mistrzowska! Problem w tym, że
regulowany prawem program szkolenia (organizator kursu nic w nim nie może zmienić!) nie dostarcza takich specjalistów.

To jest dokładnie to o czym sam piszę i mówię od lat.

I wszystko super tylko… niech Pan mi odpowie – dlaczego Pan i wielu innych wiedząc o tych bezsensownych praktykach nie zaprotestowaliście wcześniej? (patrz notka niżej). Piękna fotka z Jordanii, czyżby myślał pan że Polska to też muzułmańska satrapia i nie da się wygrać z wszechwładnym osadzonym na urzędzie kacykiem? 

1 Komentarz

  1. Wszystko pięknie, kursy są do egzaminu i uprawnień bardzo pomocne. Tylko , gdy nie będzie już uprawnień, to i nie bedą potrzebne też drogie nie jednokrotnie KURSY. MŁODY CZŁOWIEK SKORO NIE MUSI CZEGOŚ, IDZIE PO NAJMNIEJSZEJ LINII OPORU, CZYLI PO CO PŁACIĆ ZA KURS. Biura będą we własnym zakresie robić szybkie przeszkolenia i do roboty.Życzę powodzenia w szukaniu wtedy chętnych na kursy, które dla wielu nie mających pojęcia o tym zawodzie, okażą sie zbędne.