Do Rady Naczelnej Polskiej Izby Turystyki

Na opublikowanej 23. 03. stronie w dziale aktualności PIT czytamy:

„Rada Naczelna podjęła temat związany z deregulacją zawodów przewodników turystycznych i pilotów wycieczek – po przeprowadzonej dyskusji przyjęto, że ostateczne stanowisko w powyższej sprawie przygotuje Prezydium PIT wychodząc z założenia, że w gospodarce wolnorynkowej to przedsiębiorca winien decydować kogo zatrudnić do obsługi swoich klientów…”

Zgadzam się z tym założeniem. O ile dobrze pamiętam, podczas niedawnej nowelizacji ustawy turystycznej, wasza Izba sprzeciwiała się próbom „uregulowania” zawodu rezydenta, i nie sprzeciwiała się liberalizacji polegającej na likwidacji wymogów formalnych (staż, wykształcenie) wobec właścicieli biur podróży. Mam nadzieje, że i w tym przypadku wasze oficjalne stanowisko będzie równie rozsądne, a przede wszystkim rzetelnie przedyskutowane z tworzącymi PIT podmiotami, i nie dojdzie do żenujących sytuacji – jakie w przypadku ITRP opisałem tutaj i tutaj. Przypominam też notkę, którą zareagowałem na niefortunną wypowiedź dla mediów waszego wiceprezesa a także ośmieszającą kampanię internautów na portalu wykop.pl

Natomiast co się tyczy kolejnej części komunikatu:

„…ale deregulacja winna dotyczyć całej Unii Europejskiej, aby uniknąć sytuacji, że w Polsce grupy oprowadzać będą zagraniczni przewodnicy, a nasi przedsiębiorcy będą karani np. w Pradze, czy Wiedniu za realizację podobnej usługi”.

Niestety obnaża ona waszą ignorancję i niewiedzę. Regulacja zawodów turystycznych w krajach członkowskich UE pozostaje w gestii rządów tych krajów i nasi politycy – ani rząd, ani europosłowie nie mogą uchwalić „deregulacji” jakiegokolwiek zawodu w skali całej Unii. Mogą natomiast mieć wpływ na tworzenie prawa unijnego dotyczącego swobody świadczenia usług. I tu niestety muszę odesłać po raz kolejny do notki z 19 lutego…> -  branża turystyczna w Polsce w kompletnie przespała trwający w 2011 r. proces unowocześniania dyrektywy uznaniowej. Na szczęście dzięki lobbingu polityków z innych krajów, zwłaszcza z Niemiec, transgraniczne świadczenie usług pilotażu/przewodnictwa w ramach Unii powinno być niedługo możliwe bez żadnych utrudnień.     

Natomiast cieszy fakt, że wreszcie – po raz pierwszy, jakiś samorząd turystyczny zauważył problem szykanowania polskich przedsiębiorców w niektórych krajach, uznając to jako fakt negatywny, a nie powód do zaostrzania regulacji na własnym podwórku. Z moich wiadomości, korespondencji jaką otrzymuję, wynika że proceder ten jest szczególnie drastyczny we Wiedniu, gdzie istnieje szajka polskojęzycznych licencjonowanych przewodników, uprawiających – za przyzwoleniem lokalnych władz – „polowania” na pilotów polskich grup. Mam nadzieję że wreszcie ktoś z was pójdzie po rozum do głowy i zajmie się tym problemem w sposób właściwy. Chętnie pomogę w miarę swoich skromnych możliwości.   

Maciej Zimowski
Koodrdynator Akcji Społecznej „Wolne Przewodnictwo”

Wolnorynkowa dżungla i krakowskie porządki

Rumuni i Cyganie zmiękczają serca krakowian i turystów żebrząc z małymi pieskamidonosi Dziennik Polski. Strategię takiego biednego pieska próbowali przyjąć wczoraj krakowscy przewodnicy na spotkaniu z Mirosławem Barszczem, (zdjęcia tutaj) którego przebieg dość dokładnie relacjonuje Magdalena Kursa w krakowskiej GW . I znów wymieniony tam został z nazwiska Wojciech Huk – nasz ulubieniec, przypomnę komentarz do programu tv. Wydaje mi się, że swoimi śmiesznymi wystąpieniami przyciąga uwagę mediów, na podobnej zasadzie jak popularność w internecie zdobyli kiedyś Kononowicz a teraz Gracjan Roztocki.

Czy aby ten piesek tylko z pozoru jest taki biedny i grzeczny, a de facto próbuje znienacka podkraść się i porwać przechodzącemu turyście kebaba lub zapiekankę? Zaraz to sobie wyjaśnimy.          

W różnych złośliwych komentarzach czytam, że podobno jestem doradcą ministra Gowina. Nie, nie jestem. Gdybym był tak zwanym „PR-owcem” zdecydowanie zabroniłbym w oficjalnych wypowiedziach nawiązywać do swoich osobistych przygód typu „znajomy profesor” czy „rodzinny sklepik z lodami”, zwłaszcza gdy do dyspozycji są argumenty bardziej rzeczowe.

Przewodnicy otwartym tekstem oznajmili wczoraj, że podstawą działalności ich firm jest rzekomy przymus administracyjny dla zagranicznych organizatorów wycieczek, którzy na miejscu muszą wynająć polskiego oprowadzacza. Że bez tego będą musieli swoje firemki zamknąć i budżet państwa straci. Prawda jest taka, że – udowadniałem to wielokrotnie – ostatnio w tej notce – że ów przymus wobec biur zagranicznych de facto prawnie nie istnieje oraz że proces unowocześnienia dyrektywy uznaniowej idzie w kierunku całkowitej wolności transgranicznego świadczenia usług przewodnicko/pilockich wobec własnych obywateli.     

Natomiast realia realiami – znacie państwo tę anegdotkę o „przewodniku”, który powiedział w Krakowie turystom, że hejnał grają tylko o 12.00  a godzinę później trzeba zapłacić i zebrał od naiwnych, nieświadomych, po dyszce. Podobnie organizator wycieczek z jakichś Włoch czy Hiszpanii – nie zna niuansów polskiego prawa. Polska dla niego jest jakimś drugorzędnym celem podróży, nie ma czasu ani ochoty wszystkiego sprawdzać – przyjmuje, że tak jak w różnych krajach patriarchalnych czy trzeciego świata, gdzie istnieją państwowe licencje przewodnickie (przypomnę tę notkę…) – musi „opłacić się” lokalnej mafii czy jakiemuś kacykowi żeby bez komplikacji przeprowadzić imprezę. Sam miałem kiedyś przygody z mafią taksówkarzy pod budapesztańskim dworcem Keleti. Nie chcieli wpuścić na swój teren zamówionego wcześniej busa. Doszło nieomal do rękoczynów. Zszokowanemu pilotowi też powiedziałem przez telefon, żeby dla spokoju zapłacił za kurs do hotelu te 5 czy 10 euro więcej, a nie szarpał się z nimi. Na czymś podobnym, rozpaczający wczoraj przewodnicy krakowscy oparli swój życiowy model biznesowy – brawo! A przy okazji przypisują sobie misję krzewienia „pozytywnego wizerunku państwa” czytaj  – jakiegoś bantustanu.  

Wśród argumentów pojawił się też wczoraj tajemniczy „e-mail z Pragi” wedle którego – w mieście tym po deregulacji zapanowała „dżungla” i poziom usług przewodnickich drastycznie spadł. Dla wiarygodności proszę opublikować gdzieś lub mi przysłać całość tego maila wraz z adresem nadawcy. Jest to, jak mniemam, jedna z tych przewodnickich firemek, która swój biznes oparła na przymusie a nie jakości.

Przejeżdżałem niedawno przez Monachium, zatrzymałem się na Marienplatz. Zobaczyłem kolorowy tłum turystów, pod ratuszem stali uśmiechnięci ludzie oferujących oprowadzanie po mieście. Według teorii wczorajszych krzykaczy, w Niemczech, gdzie panuje całkowity liberalizm – w ogóle nie powinny istnieć jakiekolwiek lokalne firmy przewodnickie, bo całą robotę wykonują przyjezdni piloci i kierowcy autobusów. Tymczasem wystarczy wpisać w google np. „München Stadtführung” i okazuje się że takich firm jest multum. Oprowadzanie tradycyjne, szlakiem piwa, w strojach historycznych, wycieczki dla dzieci – od koloru do wyboru. Właśnie – od koloru – co mi utkwiło: krakowscy przewodnicy zmuszeni są nosić na szyi urzędowe płachty wielkości zeszytowej kartki o stylistyce nekrologu. Monachijscy – wabią turystów pomysłowymi logotypami. Oto porównanie:

Błazeństwem do kwadratu, sorry za wyrażenie ale inaczej tego nazwać nie mogę – są głoszone także wczoraj bajki że turysta nie może przed wycieczką sprawdzić jakości przewodnika. Biura turystyczne mają swój własny system rekomendacji. A turysta indywidualny któremu rzeczywiście zależy na jakości – jak widać – w dobie internetu także możliwość sprawdzenia ofert i rekomendacji. Na portalu tripadvisor znalazłem nawet niedawne pochwalne opinie o przewodnikach z Pragi. Widać więc że i tam ci dobrzy jeszcze nie całkiem wymarli.

Mirosław Barszcz  wróżył W. Hukowi że – z taką nawijką – zrobi w biznesie turystycznym karierę. A niech sobie robi. Póki co jednak, turysta szukając o nim informacji, znajdzie w internecie blogowe i prasowe doniesienia o jego antywolnościowych tyradach. Ja mam inną propozycję – niech dogada się z Crazy Guides, Communism Tours czy innymi nowohuckimi „trabanciarzami” i w Stylowej, nad „lornetą z meduzą” wygłasza swoje teorie, a turyści niech podziwiają tę żyjącą skamieniałość z poprzedniej epoki.    

Na zakończenie fragment nagrania z wczorajszego spotkania – operetka.mp3.  Komentarz niepotrzebny. 

Czy państwowe regulacje przewodników górskich są potrzebne?

Z początkiem kwietnia zakończą się konsultacje społeczne w sprawie ustawy deregulacyjnej. Do tego czasu wyślę również nasze stanowisko. Piszę „nasze” – gdyż Akcja „Wolne Przewodnictwo” jest co prawda bytem nieformalnym, ale – jak pokazały ostatnie miesiące – reprezentuje poglądy całkiem sporej grupy osób.  Bardzo uważnie czytam ich wypowiedzi na różnych forach i postaram się żeby to stanowisko było ich kompilacją. 

„…Zderegulowałeś za mało, zbyt płytko; rób to głębiej, szybciej, radykalniej – na ten drugi rodzaj argumentów jestem dużo bardziej podatny” podkreślił Minister Gowin podczas niedawnej konferencji. Ależ proszę – dziś przyglądamy się uważnie ostatniej enklawie regulacji jaką przewiduje ministerialny projekt, czyli pozostawienie nadzorowanych przez państwo kursów i egzaminów dla tzw. przewodników górskich.  

Przez kilka lat prowadzenia tego bloga starałem się, aby nie dominowała tutaj tematyka górska. Częściej niż same regulacje zawodu piętnowałem praktyki tzw. przymusu przewodnickiego w górskich parkach narodowych. Teraz jednak, kiedy z przewodnictwem miejskim, terenowym i pilotażem problem – przynajmniej na poziomie projektu – jest załatwiony, przyjrzymy się sprawom górskim dokładniej.    

Czy zawód przewodnika po polskich górach musi być rzeczywiście regulowany przez państwowe urzędy? Proszę sobie przemyśleć to na spokojnie i bez emocji.

Na podstawowe pytanie – dlaczego te regulacje pozostawiono – słyszę automatyczne odpowiedzi – ze względów bezpieczeństwa. Bo „góry są groźne” – jak niedawno pisał w GW Bartłomiej Kuraś.  Hola – pytam – w oficjalnym uzasadnieniu do projektu ustawy nie ma o tym ani słowa, nie ma ani pół słowa wyjaśnienia – dlaczego tej dziedziny przewodnictwa nie zderegulowano.

Bezpieczeństwo? Owszem, z turystyką górską wiąże się potencjalnie więcej niebezpieczeństw niż z wędrówkami po terenie płaskim. Kilkadziesiąt osób rocznie ginie w wypadkach górskich. Ale wymienić można dziesiątki form rekreacji czy rozrywki w których poziom ryzyka jest porównywalny albo i większy. Już nie mówię o przygodach ekstremalnych typu paragliding, kite surfing czy skoki na bungee. Weźmy pod uwagę ogromnie popularne formy aktywności i wypoczynku nad wodą. Przypadki utonięć są od lat mniej więcej dziesięciokrotnie liczne niż śmiertelnych wypadków w górach. A mimo to państwo wycofało się z jakiejkolwiek kontroli przewodników czy instruktorów turystyki wodnej.  Dokonano tego w trakcie cichej deregulacji – nowelizacji Ustawy o Sporcie przed dwoma laty. Bardzo ciekawie na ten temat, omawiając deregulację trenerów sportowych, pisała kilka dni temu Rzeczpospolita:

„Wielka deregulacja już była
Do października 2010 r. każdy, kto chciał prowadzić zajęcia z aerobiku, fitnessu, nauki jazdy na nartach
(również – mój dopisek – spływy kajakowe) itp. musiał uzyskać ministerialną legitymację instruktora rekreacji ruchowej. Osoby prowadzące siłownie, centra sportu itp. nie mogły zatrudniać instruktorów, którzy jej nie posiadali. Od ponad 1,5 roku jednak mają pełną swobodę w doborze kadry. Z informacji resortu sportu wynika, że rynek dobrze zareagował na tę deregulację. Nie odnotował on żadnego negatywnego sygnału obniżenia poziomu bezpieczeństwa prowadzonych zajęć. Nie zniknął też rynek szkoleń dla przyszłych instruktorów rekreacji.”

Moim zdaniem pozostawienie regulacji przewodników górskich jest tylko i wyłącznie spowodowane naciskami wpływowych osób w ministerstwie, a bajki o „bezpieczeństwie” – mydleniem oczu, jazdą na dymiącym i śmierdzącym skuterze paniki moralnej i powielanych przez dziennikarzy klisz i sensacji. Jak wiemy każdy „malowniczy” wypadek czy akcja ratownicza w górach skupia na sobie ogromne zainteresowanie mediów. Ludzie ginęli i zawsze będą ginąć w górach, żadne państwo opiekuńcze ich od tego nie uchroni. Ale jakie to ma odniesienie do komercyjnie świadczonych usług przewodnickich? Żadnego. Ofiarami wypadków – własnego lekceważenia i głupoty, czy też nieszczęśliwego przypadku -  są w większości osoby wędrujące indywidualnie (także i sami licencjonowani przewodnicy…) a jedna słynna katastrofa lawinowa w 2003 zdarzyła się na wycieczce organizowanej społecznie przez nauczyciela. Zresztą sam fakt jego ciągłego rozdmuchiwania i przypominania po niemal dekadzie jest najlepszym dowodem na słabość argumentu. Szukałem, czytałem, pytałem się na różnych forach – i z tego co wiem, w historii ostatnich kilku dekad nie istnieje ani jeden udokumentowany przypadek sytuacji, że ktoś bez kwalifikacji podał się nieświadomym turystom za przewodnika, sprzedał im swoje usługi a następnie poprowadził na śmierć czy kalectwo!  A rzekomo takim przypadkom mają zapobiegać regulacje, bez których – jak straszą ich zwolennicy – góry nagle zaczną zbierać ogromne śmiertelne żniwo.

Z drugiej strony – od ponad setki lat istnieje tradycja zarówno szkolenia przewodników górskich jak i nawyk korzystania z ich usług wykształcony całkowicie w wyniku działań społecznych a nie regulacji państwowych. Te ostatnie – w ich obecnej formie to zaledwie ostatnie 10 lat.

Co się niedawno stało na rynku usług zajęć rekreacyjnych już wiemy. A co się działo na rynku usług górsko-przewodnickich – po ich całkowitym uwolnieniu w 1989 r.? Też nic złego. Statystyka wypadków ani nie zmalała wtedy, ani nie wzrosła po ich upaństwowieniu.
Bardzo szybko wykształciły się struktury organizujące szkolenia, nadające certyfikaty, „blachy”, czy to w ramach PTTK i ich różnych jednostek, czy to prężnie działających studenckich kół przewodnickich. W 1996 – w warunkach całkowicie wolnorynkowych (!!!) założono Polskie Stowarzyszenie Przewodników Wysokogórskich.

Regulacje państwowe wprowadziła ustawa w 1998r. a ich implementacja, z uwagi na brak aktów wykonawczych trwała do wczesnych lat zerowych. Pluralistyczna, wolnorynkowa różnorodność uległa zglajszachtowaniu.  Doszło do typowych negatywnych zjawisk przeregulowania – wysokie ceny i kiepska jakość – pisałem o tym sam, czytałem i słyszałem o dziesiątkach innych przypadków. Sami zresztą przewodnicy stali się ofiarami absurdów, o których głośno mówią na tym filmie z września 2011 (mniej więcej od 30 minuty):

Czegóż tam nie ma… Egzaminy uwalające kandydatów z powodu nieznajomości… liczby żon Kasprowicza. Panienki z Urzędu Marszałkowskiego nie dopuszczające do wykładów uznanych specjalistów. Co mnie jednak zaciekawiło najbardziej – certyfikaty owego oddolnie utworzonego stowarzyszenia PSPW, uznane w międzyczasie przez organizacje międzynarodowe  – przez kilkanaście lat nie mogło się doczekać uznania przez państwo polskie, ponieważ – jak powiedział pewien działacz PTTK:

„…dopóki ja w tym ministerstwie mam coś do powiedzenia nie zmienicie w tych przepisach ani kropki ani przecinka.”

Musieli czekać na dopiero ustąpienie przeszkody – (emeryturę, śmierć?) owego działacza. Polska kolesiowska w najgorszym wydaniu. Tak przy okazji zawodów turystycznych – zauważyłem ciekawą prawidłowość. Im dłuższa jest tradycja wykonywania danego zawodu tym bardziej obrasta on sitwą układów i proporcjonalnego do niej gorsetu regulacji:  

Rezydent na wczasach zagranicznych – brak PRL-owskiej tradycji – zawód całkowicie otwarty.
Pilot wycieczek – tradycja krótka (gdzieś od lat 70-tych, pierwszych masowych wycieczek Orbisu) – regulacje i tak drakońskie na tle innych krajów, ale w ramach naszego ustawodawstwa stosunkowo najłagodniejsze, jedne uniwersalne uprawnienia.
Przewodnik miejski – tradycja dłuższa – restrykcje większe, ścisłe rozgraniczenie terytorialne, przymusy administracyjne   
Przewodnik górski – tradycja najdłuższa i największa komplikacja, podział nie tylko terytorialny, ale na poszczególne klasy itp.  

Ministrze Gowin, który to wpływowy kacyk tym razem powiedział że „po moim trupie” i ugiął się Pan przed nim, nie deregulując „przewodnika górskiego”, dla którego – jak pisałem wcześniej – „góry” to są już pagórki w okolicach Wieliczki?  Niech Pan śmiało powalczy i o ten fragment naszej osobistej i gospodarczej wolności i zamknie kolejny rozdział żenujących absurdów.  

Zapewniam Pana, że w wyniku całkowitego otwarcia zawodu przewodnika górskiego nie zniknie system szkoleń, certyfikacji, oznaczania się „blachami” itp. – tak jak nie zniknął po reformie Wilczka. Zostanie natomiast uwolniony od bezsensownych i nieżyciowych wymagań, wszechwładzy niekumatych „pań z Urzędu Marszałkowskiego”. Do istniejących organizacji dojdą być może nowe, powstanie niezbędny na rynku pluralizm i konkurencja. Usługi przewodnickie staną się tańsze i lepsze. Nie zniknie ponad stuletnia tradycja korzystania z fachowych usług przewodnickich, tam gdzie są rzeczywiście potrzebne. Śmiem wręcz twierdzić, że dzięki lepszej jakości i niższym cenom przewodników na trudne górskie trasy będzie wynajmować się chętniej niż dziś, co przełoży się wręcz na wyższy poziom bezpieczeństwa. A te promilowe skrawki naszego państwa o charakterze wysokogórskim są administrowane przez parki narodowe i nie ma sensu tworzyć dla nich prawa na poziomie centralnym.

Czytelnikom bloga i forów turystyki górskiej – rzucam temat i proszę o dyskusję. Pytanie kieruję zwłaszcza do samych przewodników – czy rzeczywiście uważacie że bez opieki państwa nie potraficie sami się zorganizować? Tym bardziej że jeden z nich  – Sebastian Fijak – zauważył pierwsze problemy i komplikacje jakie może spowodować deregulacja według obecnego projektu. 
________________
Polecam także dyskusje na forum turystyki górskiej w tym wątku…>
O problemie napisała również krakowska Wyborcza i Rzeczpospolita

Gdzie ten kabaret starszych panów?

Jestem niepocieszony. Anty-deregulatorzy wyraźnie stracili fason. Jeszcze miesiąc-dwa temu żwawo wymachiwali szabelkami (no i co z tego że plastikowymi), pisali płomienne deklaracje. A teraz? Na słynnej stronie „obrona zawodu pilota i przewodnika” nic się nie dzieje, ostatni dokument z 20 lutego.

Tymczasem zaczął się właśnie dzień 22 marca, dzień który według niektórych zapowiedzi, ma być dniem historycznym, dniem pierwszego w dziejach Polski strajku przewodników. Jak bowiem czytamy na stronie przewodników PTTK:

(…) wyjdziemy na warszawskie ulice, by przed gmachem Ministerstwa Sprawiedliwości oraz Rady Ministrów okazać swoje niezadowolenie i zaprotestować przeciwko nieprzemyślanym pomysłom, wybranych przez nas, polityków, nawet tych z „pozytywną szajbą” (…) jeśli zajdzie taka potrzeba zorganizujemy w Warszawie spokojną, kulturalną demonstrację (proponowany termin to 22 marca br.)    

Bardzo chciałbym to zobaczyć, mam nadzieję że – o ile ten kabaret rzeczywiście się odbędzie – ktoś zrobi zdjęcia, nakręci filmy itp. Ja w Krakowie mogę jedynie zaprosić na kabaret taki zwyczajny – z żartami, piosenkami itp. który uprawiam czasem w wolnych chwilach jako nielicencjonowany, nieuprawniony i nieegzaminowany aktor, piosenkarz, poeta i kompozytor. Spektakl dziś, w czwartek 22 marca, w cafe Kabaret na Krakowskiej 5, więcej informacji np.  tutaj i tutaj.
______________
Aktualizacja 24.03. – W ostatni czwartek nie wypaliło, ale nic straconego… Show must go on! Kolejne przymiarki na 3 lub 4 kwietnia, będą autokary… czy również płonące czerwone polary i wystrzeliwane z proc przewodnickie blachy??? Najnowsza informacja na blogu tomka Dygały…>

Piąta kolumna Armina Mikosa von Rohrscheidta

Po stronie przeciwników deregulacji nadal milczenie. Czasem tu i ówdzie ktoś skrobnie kolejny liścik powielający identyczne argumenty jak poprzednio. Do kwietnia pewnie pojawią  się jakieś konkretne stanowiska. Tymczasem warto przypomnieć dokument jaki ukazał się na początku marca, a mianowicie „Opinię w kwestii rozważanej deregulacji zawodów pilota wycieczek i przewodnika turystycznego”. Opublikowaną ją w czasopiśmie „Turystyka Kulturowa” ukazującym się w Gnieźnie. Jej redaktorem i autorem najdłuższej opinii jest Mikos Armin von Rohrscheidt. Z tekstu wynika że jest on niewątpliwie wiernym czytelnikiem tego bloga, warto więc poświęcić mu jedną notkę.

Czytając wynurzenia tych wszelakich „naukowców od turystyki” trzeba z politowaniem stwierdzić – ależ ten niedawny wyż demograficzny i ogromny popyt na „papierki” licencjata czy magistra wywołał inflację i degrengoladę tytułów naukowych. Argumentów anty-deregulacyjnych tykać nie będę, nie ma tam nic nowego. Jak zwykle przekłamania na temat np. sytuacji w Niemczech, obraźliwe stwierdzenia w stylu że – owszem – Anglicy mogą sobie pozwolić na dobrowolny system licencji typu Blue Badget Guides ale polscy organizatorzy to głupia, dzika, swołocz i trzeba ich lać batem restrykcyjnych przepisów.

Co innego jest interesujące. Proszę zajrzeć na strony 62-63. Otóż… tak! To nowość!  Zaczyna się pojawiać coś w rodzaju „planu B” na wypadek, gdyby jednak deregulacja się powiodła. I co tam jest myślicie, projekt dostosowania się do zmian, uznania zasad wolności? A gdzie tam. Patrzcie co też kombinują. Zamierzają założyć jakiś związek karbonariuszy czy piątą kolumnę i dalejże psocić.

Po pierwsze – działać na rzecz przywrócenia państwowego kołchozu. W tym celu zamierzają popierać w wyborach a nawet współtworzyć (!!!) środowiska polityczne… Dobre! Mam nawet dla was nazwę: Polska Zjednoczona Partia Regulacyjna w skrócie PZPR. Może poprowadzi ją do zwycięstwa wezwany z politycznej emerytury Ryszard Bugaj, który niedawno użył tego przepięknego argumentu z porównaniem licencji przewodnika do prawa jazdy. (Takich niezmiennie odsyłam tutaj…)

Po drugie – czytamy dalej – brawo, tak jak sam radzę – akcja dobrowolnej certyfikacji pilotów i przewodników, licencji wydawanych przez lokalne stowarzyszenia. Ale zaraz znów zgrzyt… Pan von Rohrscheidt z góry zakłada, że polski ludek jest głupi, krnąbrny i dobrowolnie tych certyfikatów uznawać nie będzie. Należy więc go zmusić inaczej, skoro nie ustawą, to na zasadzie układów z administratorami rozmaitych lokalnych atrakcji turystycznych. Czyli nastąpi przeniesienie walki o wolne przewodnictwo z poziomu państwowego na lokalny.

Tu uspokajam i wyjaśniam – ten plan się nie uda. W większości przypadków załatwi to sam rynek. Zarządca atrakcji, który czerpie zyski ze sprzedaży biletów, nie zawrze żadnej umowy z jakimś von Rohrscheidtem żeby wpuszczać tylko turystów prowadzonych przez uznanych przez niego przewodników a pozostałym powiedzieć – won! Gdyby zdarzały się przypadki kumoterstwa – ten czy ów nie wpuszczony „wolny przewodnik” – składa skargę, pozew itp. i wygrywa.

Po trzecie – chcą zastrzegać prawnie używanie tytułów. Oczywiście – „Przewodnik PTTK”, „pilot stowarzyszenia takiego a takiego” jak najbardziej. Ale opatentowanie na wyłączność jakiejś jednej organizacji, zakorzenionych w języku potocznych określeń pilot czy przewodnik – nie przejdzie. Kombinujcie dalej.

Czy zaraza paniki moralnej grozi redakcji Gazety Wyborczej?

Cieszę się że zawód dziennikarza, mimo licznych prób zamachu na jego wolność – jest otwarty. Tym bardziej wypadałoby, aby dziennikarze pisząc o deregulacji robili to rzetelnie i obiektywnie, aby na swoim przykładzie pokazali, że do fachowości w danym zawodzie licencja potrzebna nie jest.

Tekst Bartłomieja Kurasia „Przewodnik miejski otwarty, górski nie” – w części dotyczącej spraw górskich warunków takich nie spełnia. Razi stronniczością, myleniem faktów, powielaniem klisz.

„W góry bałbym się puścić dziecko bez profesjonalnej opieki” – głosi podtytuł artykułu. Słusznie, tylko co ma do tego deregulacja? Nie jest to proces w wyniku którego – jak straszą nas jego przeciwnicy, zostaniemy pozbawieni fachowców a zmuszeni do korzystania z usług nie znających się na rzeczy amatorów. „Państwowe” uprawnienia przewodnickie to zaledwie zjawisko ostatniej dekady. I także w branży przewodników górskich, system ten obnażył swoje słabości. Licencje, wydawane w oparciu o skomplikowany system i niejasne układy nie przyczyniły się do poprawy jakości usług. Zapobiegliwi rodzice z pewnością nie zostaliby pozbawieni profesjonalnych przewodników, jeśli i w tej dziedzinie nastąpiłaby deregulacja.

Co nie jest jeszcze ostatecznie przesądzone, bo dyskutujemy zaledwie o projekcie ustawy, przygotowanym dość pośpiesznie, do którego można zgłaszać wnioski. Regulacja przewodnictwa górskiego w kraju przeważnie nizinnym, gdzie wysokie góry stanowią zaledwie skrawek jego terytorium nie musi mieć formy ustawowej. Nawet w przywołanych krajach alpejskich (Austria, Szwajcaria, Niemcy) jest to ustalane na poziomie regionalnym. U nas wystarczyłyby sensowne regulaminy w kilku górskich parkach narodowych. Dlaczego minister Gowin nie zamierza całkowicie znosić egzaminów dla przewodników górskich? O tym w oficjalnym uzasadnieniu projekcie też nie napisano. Z pewnością regulacje, nawet jeśli pozostaną – ich szczegóły ulegną korektom. Inaczej mogłoby dojść do absurdu, że przewodnik oprowadzający po Krakowie, nie mógłby legalnie pojechać do Wieliczki albo Wadowic, bo to obecnie „obszar uprawnień” przewodników beskidzkich.  

Pan Kuraś wybrał się do wylotu Doliny Kościeliskiej – popularnego szlaku spacerowego, gdzie akurat absurdy tatrzańskiego przewodnictwa uwidaczniają się najsilniej. Bez próby sprawdzenia faktów cytuje kłamstwa Szymona Ziobrowskiego o tym że „każda wycieczka może wyjść na szlak tylko z przewodnikiem” i  „że w terenie powyżej 1000 m n.p.m. wycieczce musi towarzyszyć górski przewodnik”.

W tym momencie następuje pomieszanie dwóch osobnych spraw. Niezależny od kwestii dostępu do zawodu jest problem nielegalnego stosowania przez parki narodowe tzw. przymusu przewodnickiego. Ów przepis na który powołuje się pan Ziobrowski, to rozporządzenie do nieistniejącej ustawy którego ważność jest kwestionowana przez ekspertów prawnych. Nawet pomijając to, jego treść brzmi dosłownie tak: „Wycieczki piesze lub narciarskie na terenach górskich (…) mogą prowadzić tylko górscy przewodnicy turystyczni.” Nigdzie nie sprecyzowano czym jest „wycieczka” a z logiki nie wynika żaden przymus, bo mogą istnieć także wycieczki przez nikogo nie prowadzone. Jest to przykład jak niejasne, powielaczowe prawo obudowywane jest interpretacjami na korzyść korporacji. W ich efekcie istnieje kasta nie rzeczywistych przewodników, tyko funkcjonariuszy od niechcianej, przymusowych eskorty szkolnych grup we wspomnianej dolinie lub na szosie do Morskiego Oka. Cóż, w związku z tym że przewodnicy ostatnio stają się ulubieńcami mediów (vide -przypomnienie newsa sprzed pół roku o ukaraniu zmowy cenowej)  liczę że i ten temat zostanie opisany dokładniej. Nota bene na szlakach alpejskich żadnego takiego przymusu nie ma. Oprócz Tatr z podobnym zjawiskiem spotykamy się jedynie na.. sycylijskiej Etnie.

Pan Kuraś powinien obowiązkowo przeczytać niedawny artykuł w swojej własnej gazecie o tym, czym jest panika moralna (W. Orliński: „Tobie też grozi zaraza PM”). Ileż można powoływać się na casus jednego wypadku lawinowego z 2003 r, nagminnie nagłaśnianego przez pro-regulacyjnych krzykaczy. Stwierdzenie, że gdyby w wyprawie był licencjonowany przewodnik, nie doszłoby do katastrofy – jest przesadą. Wypadki w górach były i będą, samych przewodników tatrzańskich w zeszłym roku zginęło aż… ośmiu(!), w tym dwóch w tatrzańskiej lawinie pod Małą Koszystą 13 marca 2011. Nie chciałbym, aby prawo w Polsce było tworzone w wyniku panikarskich odruchów, czy też wyśmiewanego niedawno przez Ewą Siedlecką PRL-owskiego „syndromu konduktorki”.

W części dotyczącej przewodników miejskich artykuł jest rzetelniejszy – przedstawiono fakty i wypowiedzi różnych stron, pozostawiając inteligentnemu czytelnikowi ich ocenę. Co innego mnie tu niepokoi – zbyt nachalne opisywanie deregulacji jako „filozofii” jednej osoby. Dziękujemy ministrowi Gowinowi za koordynację i nadanie twarzy reformie, ale raczej on sam, jako rasowy liberał i wolnościowiec, nie widziałby dobrze się w roli obiektu jakiegoś kultu jednostki. Osobiście uważam za małą PR-owską wpadkę jego opowieść o „znajomym profesorze” ukaranym mandatem za oprowadzanie po Krakowie. Wywołała falę domniemań jakoby przyczyną zmiany prawa była osobista zemsta. Tymczasem projekt jest kompilacją pracy sztabu specjalistów, korzystających z think-tanków. Blog nieformalnej, internetowej akcji „Wolne Przewodnictwo” który prowadzę od 4 lat, dostarcza cały szereg silniejszych argumentów, jak choćby fakt forsowania przez ministerialnych i samorządowych urzędników politycznej cenzury.

Mam nadzieję że moje uwagi będą pomocne przy pisaniu artykułów o kolejnych otwieranych zawodach.

Marku Henzler, oddaj moje 5 złotych! *)

Tytuł „Wiele hałasu o nic” i portret Gowina zdobią okładkę najnowszej (nr 11, 14.03.) „Polityki”. Dziennikarz (nielicencjonowany?) Marek Henzler podjął się zadania, którego intencję w zasadzie rozumiem. Gdy w dyskursie społecznym dominują tony pozytywnie odnoszące się do deregulacji, w imię pluralizmu wolnych mediów ktoś musiał podejść od drugiej strony – doszukać się a to minusów, a to umniejszyć wagę postulowanych reform. Niestety wykonując tę misję powierzchownie i po łebkach, Marek Henzler poległ w szczegółach. I niech pisze co chce – kochamy wolność słowa, ale na szczęście żyjemy w czasach kiedy nie trzeba już uciekając przed ZOMO pisać na murach „telewizja kłamie”. Oto moja szybka polemika z działem dotyczącym przewodników turystycznych.

Za reklamę naszej Akcji oczywiście dziękujemy, zgodnie z odwieczną zasadą lansu „nieważne jak, byle pisali”. Ale co tam konkretnie piszą?

Ponoć znakomici krajoznawcy-regionaliści obawiają się taniej konkurencji choćby ze strony świeżo upieczonych maturzystów. To akurat rozumiem. Znakomici politolodzy w tygodniku „Polityka” przed 1989r. też nie musieli się obawiać konkurencji nikogo, spoza wąskiej kasty dopuszczonych przez „wiodącą siłę” tytułów i dziennikarzy. Pamiętam ich zachwyty w latach 1980-tych, nad tym że tygodnik rozchodzi się praktycznie bez zwrotów. A potem nagle co? Po przełomie musieli się zmierzyć z tabunami świeżo upieczonych amatorów dziennikarstwa tuż po maturze albo i bez matury, którzy wdarli się na rynek, z dziesiątkami tytułów wabiących pikantnymi plotkami i fotkami. I co? Najlepsi jakoś przeżyli. Proszę się więc nie obawiać o znakomitych regionalistów tylko co najwyżej o starych nudziarzy z licencjami, (patrz tutaj).

Organizacje turystyczne i prywatnych szkoleniowców, deregulacja pozbawi wpływów ze szkolenia przewodnickich kadr.
Bzdura – pozbawi co najwyżej nadzwyczajnych wpływów z wypełniania urzędowych wytycznych, a nie szkolenia jako takiego. Czy Marek Henzler nie zauważył, że pomimo otwarcia od 20 lat zawodów rzemieślniczych czy – ten przykład wciąż trzeba powtarzać – dziennikarskich, istnieją tysiące szkół i studiów zawodowych, a ich absolwenci bynajmniej nie uciekają od egzaminów? Co do turystyki – gromkie głosy za deregulacją padają ze strony… samych szkoleniowców. Jednego z nich – Krzysztofa Mamysa już cytowałem, drugi to Tomasz Dygała. Podobne zdanie – to wiem z rozmów prywatnych czy zakulisowych – podziela wielu innych, a przynajmniej – jak np. właściciel jednej z renomowanych szkół przewodnickich w Krakowie – nie obawia się o dopływ nowych adeptów. 

W konkluzji: Przez najbliższe lata na turystycznym rynku może być spore zamieszanie… Nie będze żadnego zamieszania – dobrzy organizatorzy i tak mają własny system rekomendacji pilotów czy przewodników, szkoleń wewnętrznych itp. i gdyby polegali tylko na „państwowym kołchozie” – polegli by już dawno. Deregulacja jedynie otworzy nowe możliwości i zlikwiduje liczne absurdy. Ma też nastąpić wzrost agresywnej konkurencji – Że cooo? Marek Henzler naprawdę nie wie o czym pisze. Agresywne były do tej pory zachowania przedstawicieli korporacji którzy wmuszali swoje usługi strasząc strażą miejską, mandatami, urządzając uliczne łapanki. Teraz ci sami, chcą pozostać na rynku będą musieli się nauczyć kulturalnej i uprzejmej konkurencji.         

O innych branżach wypowiadać się nie będę ale gołym okiem widać podobne dyrdymały, jak np. straszenie powrotem mafii taksówkowych z wczesnych latach 90-tych. Wielu zwraca uwagę na niedorzeczność – to nie kwestia dostępności do zawodu tylko ogólnej kultury i folkloru, trochę się jednak przez te 20 lat ucywilizowaliśmy. Zresztą od zwalczania mafii jest policja, od szarej strefy skarbówka itp.    

Co jeszcze Marek Henzler wie przewodnikach? Aha, że ponoć jakość tej usługi można ocenić dopiero po fakcie. Wie Pan, mogę wymienić dziesiątki różnego rodzaju nielicencjonowanych usług, np. naprawę samochodu – które można ocenić po, a nawet długo po fakcie. Tyle że turysta chroniony jest bardzo silnym prawem konsumenckim, zapisami ustawy których deregulacja nie podważy, i niezadowolony może zareklamować wycieczkę z kiepskim pilotem, zażądać odszkodowania. A ja? Dzisiaj na przykład kupiłem za 5 zł „Politykę” – gazetę która powinna być mądra i porządnie robiona, a po fakcie zakupu – znajduję w niej bzdury i żenującą niefachowość. Kioskarka powiedziała że zwrotu nie przyjmie. Może Pan, Panie Marku będzie bardziej honorowy od przewodnika, który przegrał ze mną zakład i odeśle mi tę drobną kwotę? Podaję numer konta: Maciej Zimowski 59116022020000000163639421  

_____________
*)
Ze względu na podobieństwo tytułu do pewnej piosenki Kazika Staszewskiego, mogę się – jak pewien inny bloger -  spodziewać pozwu. Czekam!

Grubej kreski nie będzie!

Poniższy tekst napisałem właśnie do branżowego pisma „Rynek Turystyczny”. Przypomnę, że już jesienią 2009 opublikowałem w nim tekst pt. „Uwolnić zawód przewodnika”
_________________________________
Gwałtowny kryzys polityczny, nagły upadek gabinetu, uderzenie meteoru w Sejm… – Już chyba tylko na to mogą liczyć przeciwnicy deregulacji. Nawet głosy sceptyczne wobec thatcheryzmu ministra Gowina nie poddają w wątpliwość, że akurat zawody okołoturystyczne to te, które powinny być bezwzględnie otwarte.

Widząc zaskoczenie, czy nawet przerażenie niektórych, mogę jedynie przypomnieć znane powiedzenie: Interesuj się polityką, bo ona zainteresuje się tobą. Nawet zakładając jakiś nieprawdopodobny scenariusz, śmiem twierdzić, że w tej dziedzinie nigdy nie będzie już tak jak wcześniej. Ogrom absurdów, praktyk nadużywania i nadinterpretacji prawa, działań bez przesady nazywanych „mafijnymi”, które opisywałem przez ostatnie cztery lata – jak tornado wdarł się do publicznej świadomości. Skromny i pogardliwie traktowany blog Akcji Wolne Przewodnictwo stał się chyba największym w sieci zbiorem tekstów na temat potrzeby deregulacji, do którego chętnie sięgają politycy i publicyści. Przykładem na to, że nonkonformizm, obywatelska postawa „jednego przeciw wszystkim” (choć trafniej – jednego w imieniu milczącej większości) może się opłacić. Ogłoszenie planowanych zmian dodało zresztą odwagi wielu z tych którzy milczeli, skłoniło do zwierzeń, do opisywania  kolejnych kuriozów, z których sam nie zdawałem sobie sprawy. Szkoda że dopiero teraz, wstyd że inicjatywa usunięcia uciążliwych przepisów wyszła nie z branży tylko została odgórnie narzucona. A przede wszystkim wstyd, że w ogóle w 1997r. wpisano przewodnickie regulacji w ustawę o usługach turystycznych, dołączając Polskę do grupy krajów zepsutych i skorumpowanych. 

Nie będę w tym miejscu wymieniał po raz kolejny tez o potrzebie otwarcia zawodów pilota i przewodnika, ich zbiór, jak też kontrargumenty wobec przeciwników deregulacji znajdą państwo na witrynie wolnezawody.org.  Kiedy czytam najnowsze doniesienia o tym, jak kolejne frakcje w parlamencie prześcigają się w pomysłach na jeszcze większą deregulację, w zasadzie jestem spokojny o powodzenie reformy. I mam nadzieję, że jeżeli ktokolwiek z moich przeciwników zachował jeszcze resztki rozsądku to raczej nie myśli już o przysłowiowym zawracaniu Wisły kijem, tylko o tym jak urządzić się w nowej rzeczywistości. Obecne samorządy pilotów i przewodników, izby branżowe itp. poniosły wizerunkową klęske. Ich wieloletnia działalność na rzecz zwiększania gorsetu regulacji, zmuszania konsumentów do kupowania niechcianych usług, ograniczania dostępu do zawodu, łamania praw obywatelskich poprzez kontrole i inwigilację – została publicznie napiętnowana. Ich miejsce muszą zająć instytucje, które – wzorem krajów zachodnich – będą organizować szkolenia zgodne z potrzebami rynku a nie państwowych wytycznych, certyfikowaniem swoich usługodawców na zasadzie rekomendacji a nie przymusu. Które skutecznie będą walczyć z przejawami dyskryminacji polskich pilotów za granicą – z listów, które otrzymuję wynika że w wielu krajach jest to wciąż problem.    

Ja też spróbuję wybiec w przyszłość. Po deregulacji będę walczył przede wszystkim o to, żeby nie doszło do zjawisk określanych potocznie zamiataniem pod dywan czy też polityką grubej kreski. Ponad dwa lata temu czytaliśmy na łamach „Rynku Turystycznego” wyjaśnienia rzecznika Ministerstwa Sportu i Turystyki dotyczące nowelizacji ustawy. W odpowiedzi na mój apel o uwolnienie zawodów przewodnickich przedstawił jakieś zawiłe wywody. Pojawiła się też informacja, że na wniosek Polskiej Federacji Pilotażu i Przewodnictwa wykreślono z projektu ustawy zniesienie bezsensownego, sztucznego rozdziału funkcji pilota i przewodnika.*)  Organizacji tej prezesuje właściciel prywatnej firmy szkoleniowej i wydawniczej, w którego interesie mogło leżeć utrzymywanie i komplikowanie przymusowych regulacji. Sprawę tę należy zbadać i winnych pociągnąć do odpowiedzialności. Casus taki jest nie do wyobrażenia w jakiejkolwiek dojrzałej demokracji.         

Również na szczeblu samorządowym – nie wyobrażam sobie, żeby którykolwiek np. szef wydziału turystyki przy urzędzie marszałkowskim, który łamiąc konstytucyjne prawo wolności słowa popierał „orwellowską” kontrolę nad oprowadzaniem turystów, a przedstawicielom bezczelnych korporacji wydawał uprawnienia do ulicznych łapanek, kontroli i szykan – nadal zachował swoje stanowisko.
____________________________________
*) Na blogu mam więcej miejsca, więc wkleję całość wypowiedzi rzecznika MSiT Pawła Wiśniewskiego z grudnia 2009… Tak ku przestrodze, żeby kolejne rządy nie próbowały w klientelistyczny sposób tworzyć prawa: „Połączenie zawodu przewodnika turystycznego i pilota wycieczek w jeden zawód faktycznie było brane pod uwagę w trakcie prac nad wstępnymi założeniami do projektu nowelizacji ustawy, jednakże po poddaniu tego rozwiązania konsultacjom ze stowarzyszeniami pilockimi i przewodnickimi, po zdecydowanym sprzeciwie wszystkich organizacji zrzeszających przewodników turystycznych i pilotów wycieczek, a w szczególności po otrzymaniu stanowiska IV Forum Pilotażu i Przewodnictwa, organizowanego przez Polską Federację Pilotażu i Przewodnictwa, które miało miejsce w Krakowie w grudniu ubiegłego roku, zrezygnowano z wprowadzenia do projektu tego rozwiązania. W stanowisku tym IV Forum Pilotażu i Przewodnictwa zdecydowanie sprzeciwiło się wprowadzeniu takiej unifikacji. Unifikacja taka spotkała się z ostrą krytyką nierealności wprowadzenia takich zmian.”

Poza tym wiele się dzieje, wszelkie aktualności linkuję na facebook.com/wolneprzewodnictwo

Przebijanie balonu

Pozdrawiam z „wolnego kraju” – Niemiec. Jestem właśnie w słonecznej Konstancji nad Jeziorem Bodeńskim, na imprezie Cyclesummit – konferencji organizatorów komercyjnej turystyki rowerowej.

Uczestniczy w niej zaledwie kilkadziesiąt osób. Ile w sumie specjalistów ma fachową wiedzę, niezbędną do prowadzenia z sukcesem takiego niszowego biura, szkolenia kadr itp? W Europie może z tysiąc albo dwa. W Polsce nie więcej jak kilkunastu. Góra kilkudziesięciu pilotów specjalizuje się w prowadzeniu takich imprez, może drugie tyle robi to czasem okazyjnie w szczycie sezonu.

Ale nawet taka drobna i specyficzna działka nie uszła czujności korporacyjnych regulatorów, którzy przez całe lata wpływali na tworzenie w Polsce ustaw. Mowa oczywiście o Federacji PFPiP pod prezesurą Zygmunta Kruczka. Proszę przeczytać ten archiwalny dokument z grudnia 2008 roku – Wnioski z IV Forum Pilotażu i Przewodnictwa. Włos się na głowie jeży do jakiej rzeczywistości doprowadzili by Polskę tacy ludzie, gdyby politycy nie powiedzieli im stop. Żylibyśmy w jakimś orwellowskim obłędzie, z „policją turystyczną” biegającą za grupami wycieczkowymi, gdzie do każdej czynności trzeba by posiadać papierek, licencję czy identyfikator. Nawet do zmiany dętki czy napompowania koła rowerowego, bo jak czytamy – wnioskuje się o to aby:

Rozciągnąć regulację prawną na kadrę obsługi tzw. grup specjalistycznych. Ustawodawca nie reguluje zakresu uprawnień jakie powinien posiadać przewodnik oprowadzający wycieczki rowerowe, narciarskie, czy chociażby kajakowe. Dotyczy to również innych tradycyjnych form turystyki aktywnej (kwalifikowanej) – żeglarskiej, podwodnej, konnej czy rodzących się nowych form (paralotniarstwo, loty balonem, itp.). Czyli balon regulacyjny nie tylko w przenośni ale i dosłownie.

Bardzo proszę pana Zygmunta Kruczka aby tym razem nie uciekł od odpowiedzi na następujące pytania: 1. Czy turyści rowerowi z mojego biura i tych zaledwie kilku innych rowerowych touroperatorów działających w Polsce przed 2008 r. słali jemu czy komukolwiek jakieś masowe skargi na istniejący stan rzeczy? (Sam nic nie wiem o takich przypadkach). 2. Kto według niego miałby się w Polsce zajmować organizowaniem kursów i egzaminów dla moich rowerowych przewodników. Konkretnie – kto – proszę wymienić choćby jedno czy dwa nazwiska. 

Spróbuję nakreślić hipotetyczną wizję, jak by wyglądały realia w przypadku uchwalenia takiej ustawy. Otrzymałbym pismo z Urzędu Marszałkowskiego, że mi i moim współpracownikom odtąd nie wolno już robić tego co przez całe lata robimy. Chyba że pokończymy odpowiednie kursy i zdamy państwowe egzaminy. Następnie dostalibyśmy ofertę nie do odrzucenia, na przykład od prywatnej firmy Proksenia, której właścicielem jest wspomniany lobbysta – Zygmunt Kruczek – na zakup szkoleń i wydawnictw. Trzeba byłoby zapłacić, łącznie może nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych. Następnie egzamin np. przed jakimś dziadkiem z PTTK, który przed 40 laty organizował rajd kolarski szlakiem leninowskim, i dlatego „ma uprawnienia”. Pytania byłyby w stylu „ile rower ma szprych”, i oczywiście – zważywszy moją antyregulacyjną aktywność – wszyscy zadbaliby o to żebym ani ja ani nikt z moich ludzi tego egzaminu nie zdał. Musiałbym zamknąć firmę i przenieść działalność do jakiegoś wolnego kraju – na przykład do Niemiec.

Na marginesie – kwiatki – nie hipotetyczne, ale realne, z egzaminów przewodnickich polecam tutaj.

W podobnej sytuacji mogłoby się znaleźć tysiące przedsiębiorców z innych niszowych branż. Dyskutując o deregulacji warto pamiętać nie tylko o korzyściach jakie przyniesie, ale o ogromnych szkodach, jakim zapobiegła.     

Przy okazji warto przypomnieć, że z owego balonu zeszło już trochę powietrza. Podczas tworzenia w 2009 r. Ustawy o sporcie, nie tylko nie wprowadzono żadnych dodatkowych licencji dla np. przewodników turystyki kajakowej, ale na wniosek organizatorów spływów zderegulowano – tak! Bez świateł fleszy i konferencji premiera po cichu zderegulowano szereg zawodów okołosportowych, np. instruktora rekreacji ruchowej.

Przegrany zakład Artura Kowalczyka

Artur Kowalczyk, przewodnik beskidzki, i jak czytamy na tej stronie…

…posiadacz licznych turystycznych i pedagogicznych licencji i uprawnień, wpisał mi pod jedną z notek komentarz: Założę się, że nie zdałeś egzaminów na przewodnika i stąd tyle jadu. Niestety drogi Arturze, zakład przegrałeś. Ale o tym za chwilę.

Nie pierwszy, ale może setny a nawet pięćsetny raz czytam tego rodzaju „wycieczki osobiste” pod swoim adresem, pospołu z tym że jaką to ja na tej Akcji chcę zbić kasę albo jakich to mam niemieckich czy izraelskich mocodawców. Zabawne, jak wielu ludzi z branży nie wyobraża sobie, że ktoś może działać proreformatorsko ze zwykłego, obywatelskiego odruchu.

Osobiście bawią mnie te zarzuty, smutne jest jednakże ich „drugie dno”. Skoro tak wielu przypuszcza, że ktoś kto od ponad 20 lat z sukcesem prowadzi firmę turystyczną konkurującą swoimi oryginalnymi produktami na najbardziej wymagających europejskich rynkach mógłby nie zdać jakiegoś śmiesznego, polskiego egzaminu przewodnickiego to najlepszy dowód, jak chory jest ten system. Że te wszystkie kursy i egzaminy nie służą „poprawie jakości usług” tylko raz: wyciągnięciu kasy od kursantów, dwa – co gorsza – celowym „uwalaniu” niepożądanych w zawodzie osób, zwłaszcza tych którzy swoim talentem i rzutkością mogliby starym wygom zrobić zbyt dużą konkurencję.

Sam, poza wyjątkowymi okazjami nie zajmuję się już dawno oprowadzaniem turystów. Robiłem to na początku mojej działalności, w bardzo wczesnych latach 1990-tych. I zaraz zaraz.. czy ja wtedy jakiegoś egzaminu czasem nie zdawałem? Zawód był generalnie wolny, ale nadal trzeba było mieć uprawnienia do oprowadzania np. po Białowieskim Parku Narodowym. Poszperałem po szufladach, gdzieś na samym dnie – patrzę – jeeest!
  
Przeuroczy gadżecik, aż się łezka w oku kręci. Biegałem z tym po lesie może jeden czy dwa sezony, potem już na skutek rozwoju firmy przestałem mieć na to czas. „Uprawnienia” automatycznie wygasły, bo żeby utrzymać parkową licencję trzeba było regularnie uczestniczyć w organizowanych w Białowieży nudnych nasiadówkach zwanych „szkoleniami” które miały jeden cel – wyeliminowanie z grona przewodników wszystkich zamiejscowych. Tak więc i dziś ani profesor biologii, ani świetny hobbysta przyrodnik po najciekawszych ostępach Puszczy Białowieskiej oprowadzać nie może, musi do tego – jak niedawno pisał Rafał Bargielwynajmować kukłę – leśnika, który nie dziamie nawet po polsku. Ale absurdy Republiki Białorusko-Białowieskiej to temat dużo szerszy, zainteresowanych zapraszam na parkwatch.blog.pl    

Arturze, mam nadzieję, że jesteś człowiekiem honorowym. Nie napisałeś co ma być fantem zakładu, więc przyjmijmy że standardowo flaszka dobrego trunku, na przykład „deregulacyjnego” porto. Proszę dostarczyć osobiście lub przez kuriera do Bird Service – w Krakowie, ul. Św Krzyża 17, lokal na parterze.