Twarz twardego liberała

W dzisiejszej prasówce artykuł Magdaleny Kursy o sobotnim spotkaniu Jarosława Gowina z krakowianami. Zapowiedź, że wokół ustaw deregulacyjnych będzie równie głośno jak wokół ACTA – owszem, na podobieństwa wskazywałem już tutaj. Interesujący nas fragment dotyczący przewodników:

- Chce pan królewskie miasto Kraków pozbawić (sic!) przewodników turystycznych. Nie obawia się pan, że za rok wróci temat polskich obozów w Oświęcimiu, a wówczas nauczycielami historii dla turystów będą nieprofesjonaliści? Nie wyobrażam sobie, by niemiecka wycieczka, która przyjdzie na Wawel, usłyszała od przewodnika, że to siedziba Hansa Franka – niepokoił się przedstawiciel tego środowiska.

Gowin zachował twarz twardego liberała. – Nie likwidujemy tego zawodu. Chcemy, by przewodników było więcej. To grupa zawodowa, która rygorystycznie obwarowała swoje przywileje.

…skomentuję tylko w ten sposób: dobrze że takie oszołomy przychodzą i się wypowiadają – dla opinii społecznej znak, że regulacje i przywileje sięgnęły takich wyżyn absurdu, że odbierają niektórym rozum.  Co widać zresztą po pierwszych wpisach na forum, np:

„Przedstawiciel tego środowiska niepokoił się raczej, że teraz to każdy
będzie mógł oprowadzać dowolną wycieczkę i już nie będzie obowiązkowych
przewodników, oczywiście krewnych i znajomych królika. I podobnie jak z
większością innych.”

Czekamy więc do najbliższej soboty – 3 marca, wtedy ma się pojawić obiecany projekt ustawy.

23 Komentarze

  1. 1. Jest przymus

    2. Proszę zostawić turyście (a de facto organizatorowi) decyzję po co wynajmuje sobie przewodnika i nie decydować za niego.

  2. @Pan M. Z.
    Nie ma przymusu wynajmowania licencjonowanego przewodnika. Turysta wynajmuje go jednak m.in. po to, aby otrzymać rzetelne informacje i czuć się komfortowo w nowym, często nieznanym miejscu. Osoba nieposiadająca stosownych uprawnień , a pragnąca amatorsko oprowadzać winna sytuację jasno nakreślić: „Pragnę Państwa oprowadzić ale nie jestem przewodnikiem turystycznym!”

  3. Nie byłem przez nikogo indoktrynowany, i nikt mi „mózgu nie prał”. Zresztą w moim miescie jest troche inny stosunek przewodnikow do nie-przewodnikow i nikt nikogo na nikogo nie nasyła.
    Niczego nie przemilczalem tylko odnioslem sie do 1 fragmentu Twojej wypowiedzi. O sprawach narzucania obowiązku przewodnika grupom oraz o nagonkach na nieprzewodnikow wypowiadalem sie tu juz wielokrotnie. Powtórze raz jeszsce skoro chcesz to usłyszec – ABSOLUTNIE JESTEM PRZECIW TAKIM PRAKTYKOM. Tak samo jak jestem przeciw temu ze ktos kto przewodnikiem nie jest – twierdzi ze nim jest.

  4. No właśnie, a z innej beczki, dlaczego we większości anty-deregulacyjnych dokumentów pojawiają się sformułowania „uważamy że przewodnik jest również nauczycielem” – przecież nie ma formalnych nauczycielskich uprawnień! Jakim prawem więc „uczy”!!!???

  5. Nikt nie wymaga od kogoś, kto nie ma państwowej licencji tytułowania się „licencjonowanym przewodnikiem”. Natomiast nikt nie ma prawa zabronić takiej osobie powiedzenia turystom: „będę waszym przewodnikiem i oprowadzę was po mieście czy po muzeum”.

    Ciekawe dlaczego jednocześnie pominąłeś fakt absurdu związanego z licencjonowaniem i reglamentowaniem usług przewodnickich, że turyści są zmuszani do korzystania tylko z usług tych licencjonowanych (np. w miastach, w górach czy parkach narodowych), kiedy jednocześnie lecząc się nie musimy korzystać z usług dyplomowanego lekarza medycyny?

    Możesz wyjaśnić dlaczego pominąłeś ten fakt? Czy to czasami na skutek „wyprania mózgu” podczas intensywnej indoktrynacji na kursie przewodnickim?

  6. Przewodnik nie jest „zawodem zaufania publicznego” tak jak lekarz, dlatego nie ma potrzeby go regulować ani zakazywać stosowania potocznego określenia dla osób nie posiadających licencji.

  7. „np. możemy się „leczyć” u jakiegoś terapeuty jeżeli nie tytułuje się lekarzem medycyny.”
    I tu trafiłes w sedno – tak samo powinna byc mozliwosc oprowadzania bez licencji pod warunkiem ze nie tytułujesz sie przewodnikiem. I tu nie ma znaczenia jak cie ludzie nazywają: mogą mówić prosze Pana, przewodniku, kierowniku, mistrzu itp. ale musza byc jasno poinformowani z kim maja do czynienia.
    Przykład terapeuta vs lekarz medycyny kapitalny – doskonale obrazuje sytuacje o ktorej mowimy.

  8. Mili Państwo, nie oszukujmy się, interpretacja przepisów przez straż miejską jest jednoznaczna – nauczyciel, który osobiście opowiada uczniom o zabytkach, otrzymuje mandat. Podczas kursu prowadzący wielokrotnie ostrzegali nas przed tym, wspominali również o przypadkach, gdy mandat zapłacił kustosz, który oprowadzając zagranicznych kolegów po fachu, wyszedł z nimi z budynku muzealnego.
    A tak naprawdę to istotą problemu jest to, o czym pisałam już w księdze gości – wyraźnie zaporowy charakter egzaminu państwowego, który(w przeciwieństwie do egzaminów wewnętrznych na szkoleniu) jest loterią. Jeśli egzamin zdaje 1/4 czy 1/5 kandydatów (często dopiero po kilku podejściach), a wszyscy oni wcześniej musieli przejść egzaminy wewnętrzne, to coś tu jest nie tak – albo ze szkoleniami, albo z procedurą egzaminacyjną. A w jednym i drugim przypadku kluczową rolę odgrywają przewodnicy…

  9. Nick nie ma znaczenia – to jedna i ta sama osoba. A w kwestii meritum – oczywiście samoocena nie wystarczy. Ocenia i decyduje klient – najczęściej biuro podróży. Proszę się nie martwić, damy sobie radę.

  10. Korekta do mojego wpisu z
    10:24:46/28.02.2012r: wypowiedział się na Forum Dyskutant o nicku Tatrzaniec. Przepraszam:)

  11. To co Pani zacytowała prezentuje wyłącznie punkt widzenia obecnych przewodników. I tu zgadzam się z jednym, że „samoocena zawsze będzie subiektywna” (cytat z Pani postu). Tymczasem należy spojrzeć na sprawę właśnie z pozycji klienta, bo to przewodnik jest dla turysty, a nie turysta dla przewodnika.

    Ja nie jestem, nie byłem i nie zamierzam być przewodnikiem, a zdarza mi się być prowadzonym wraz z grupą przez różnych ludzi, nierzadko społecznie (nieodpłatnie). I tu muszę stwierdzić, że ci co nie mają żadnych papierów robią to często o wiele lepiej od tych z papierami. Proszę to sobie uświadomić, że zdanie potencjalnego klienta jest najważniejsze.

    Zawód przewodnika jest przeregulowany, bowiem normalna regulacja zawodu polega na tym, że państwo ustala aby wykonywać jakiś zawód i tytułować się np. lekarzem trzeba przejść przez system weryfikacyjny ustalony przez to państwo (lub organizację przez państwo namaszczoną) – lecz (istotna uwaga) obywatel nie jest zmuszany do korzystania z takich usług – np. możemy się „leczyć” u jakiegoś terapeuty jeżeli nie tytułuje się lekarzem medycyny.

    W przypadku przewodnika państwo zmusza obywateli do korzystania z usług tylko i wyłącznie certyfikowanych przez to państwo „zawodowców”, a świadczenie tego typu usług w inny sposób jest wg niektórych niespójnych z sobą przepisów zakazane i karalne. Sytuacja z licencjami przewodnickimi jest o tyle kuriozalna, że prowadzi do absurdów kwestionowania prawa osób o innych profesjach do zabierania publicznie głosu również na ulicy i w plenerze, i posądzania ich o bycie nielegalnymi przewodnikami. Skoro przewodnik może mówić na temat historii sztuki, to i taki historyk sztuki musi mieć prawo mówić na te same tematy co przewodnik. I słusznie, że zawód ten ujęty został na liście zawodów, które mają zostać uwolnione.

  12. W odpowiedzi Panu L. R. na wpis z 28.02. 2012r.
    W tej kwestii najlepiej wypowiedział się na Forum Dyskutant o nicku Kudłaty: http://wolneprzewodnictwo.blog.pl/komentarze/index.php?nid=15597678 . Pozwolę sobie zacytować fragmenty, albowiem zgadzam się z Kudłatym w całej rozciągłości:
    „O ile można dyskutować o obowiązku wynajęcia przewodnika i ograniczenia w tym zakresie wymogów w zależności od terenu, bezpieczeństwa, wieku uczestników itp., oraz respektowania ich na innych zasadach niż przymus administracyjny, o tyle nie powinno się kwestionować obowiązku uzyskiwania uprawnień przewodnickich, gdyż samoocena swoich kwalifikacji to zdecydowanie za mało”.
    „Chodzi mi o to, by ten, co chce uprawiać ten zawód miał odpowiednie kompetencje. A jak dotychczas w tym zakresie zapewnić to może jedynie sprawdzony i funkcjonujący system szkoleniowy i egzaminacyjny, oczywiście pod warunkiem posiadania odpowiednich osobistych predyspozycji. Drogi do zawodu nie trzeba tu „uwalniać”, każdy, kto uważa, ze się nadaje może spróbować. Ale nie na zasadzie ” uważam ze nadaję się, to po co mi szkolenia, praktyki, sprawdziany i egzaminy”, gdyż samoocena zawsze będzie subiektywna”.

  13. I jeszcze obecne przepisy są takie, że owszem organizator może zatrudnić osobę „bez państwowych papierów” ale tylko do reprezentowania biura a nie oprowadzania – za to nadal grożą kary i represje i z tym będziemy walczyć nadal niezależnie od deregulacji.

  14. Porównanie określenia „przewodnik” z zastrzeżoną nazwą firmową gatunku sera jest całkowicie chybione. Przewodnik to nie jest nazwa, która może być zastrzeżona w urzędzie patentowym. Każdy kto świadczy tego rodzaju usługę jest nazywany przez turystę przewodnikiem bez względu na to czy ma państwową licencję czy jej nie ma. Przewodnicy muzealni np. państwowych licencji nie mają, a są de facto przewodnikami. Podobnie tzw. piloci wycieczek też nazywani są przez turystów przewodnikami, bowiem określenie pilot powszechnie kojarzy się z pilotowaniem samolotu, a nie z osobą prowadzącą wycieczki turystyczne. Osoba prowadząca turystów po mieście będzie nazywana potocznie przewodnikiem – niezależnie czy ma jakieś papiery – i nie zmienią tego żadne zakazy i nakazy ani ci cierpiący na manię wyższości licencjonowani przewodnicy.

  15. Według Słownika Języka Polskiego przewodnik to:

    1. «osoba, która idąc przodem, wskazuje komuś drogę»
    2. «osoba, która zawodowo oprowadza turystów po jakimś terenie»
    3. «osoba stojąca na czele jakiejś grupy, wpływająca na kogoś»

    Jest to wyrażenie z języka potocznego istniejące od stuleci a nie – jak parmezan – produkt spożywczy z jakiegoś regionu, przez kogoś wymyślony i opatentowany.

    Owszem, „mafie przewodnickie” chcą zawłaszczyć ten obszar języka polskiego tylko dla siebie, nie pierwszy raz to słyszę. Mówimy im – takiego wała!

    Natomiast L.R. może sobie stanąć w Poznaniu i powiedzieć turystom co mu się podoba. Np jestem hobbystą-fascynatem historii mojego miasta chętnie państwa oprowadzę. A turysta ma prawo zapytać „a ma pan na to papiery?” I ewentualnie podziękować. Co jest oczywiście bzdurą bo klienta interesuje rzeczywista wiedza i umiejętności a nie „papier”. I to tak niektórych strasznie boli, że protestują.

  16. Ale przeciez moze oprowadzac ustawa o usl turystycznych wyraznie mowi ze dotyczy tylko turystyki – a wiec wyklad dla studentow w terenie ma prawo poprowadzic kazdy. Nawet biuro podrozy moze zrobic impreze bez osoby z uprawnieniami TYLKO MUSI TO WYRAZNIE NAPISAC – ze grupy nie bedzie oprowadzał przewodnik kwalifikowany tylko: oprowadzacz, lider grupy, specjalista od eventow, team builder, klown itp…
    Nazywajmy rzeczy po imieniu parmezan bez certyfikatu jest zwyklym serem typu parmezan (i tak musi byc w handlu okreslany), a przewodnik bez uprawnien to oprowadzacz albo lider grupy. I juz. Byc moze dla niektorych to bolesne, ale taka jest prawda. Mamy wolny rynek L.R. – stan przed grupą na rynku w Poznaniu, spojrz im w oczy i powiedz: dzen dobry Państwu, nazywam sie L.R., jestem oprowadzaczem po Poznaniu, nie mam zadnych kursow, nie zdawalem zadnych egzaminow ale sporo czytalem o miescie, zapraszam na wycieczke. Jesli pojda za Tobą prosze bardzo, widocznie to im jest potrzebne. Ale prosze nie wmawiaj im ze jestes przewodnikiem – TURYSTOM NALEZY SIE SZCZEROSC I MUSZA WIEDZIEC KOGO WYNAJMUJA.

  17. I jeszcze jedno. Otóż napisała Pani : „Wystarczy odbyć kurs i zdać egzamin.”

    A ja się pytam po co ta bezwzględna konieczność odbycia kursu? Czy aby posiąść wiedzę niezbędną do napisania przewodnika turystycznego po jakimś terenie też trzeba odbyć specjalistyczny kurs i zadać egzamin państwowy? Czy żeby wygłaszać ciekawe prelekcje z przeźroczami o zabytkach i historii różnych regionów Polski trzeba też odbyć specjalistyczne kursy i zdać egzaminy ze znajomości każdego z regionów?

    Przecież to absurd, aby osoba zainteresowana uzyskaniem formalnych uprawnień do przekazywania turystom w plenerze swojej wiedzy i doświadczenia musiała odbyć kurs trwający – w zależności od terenu uprawnień i harmonogramu zajęć – od kilku miesięcy do kilku lat. Prowadzi to do kuriozalnej sytuacji, że wspomniany autor przewodnika czy prelegent, który nie poniesie sporych kosztów i nie poświęci miesięcy a nawet lat na odbycie kursu, nie może okazyjnie oprowadzić turystów po opisywanych przez siebie miejscach bez narażania się na sankcje karne. Z kolei turyści z tych samych powodów mają ograniczoną wolność wyboru usług przewodnickich. Czas skończyć z takimi absurdami!

  18. Pani nie zdarzyło się zauważyć, tak samo jak mnie nie zdarzyło się być kontrolowanym w podczas prowadzenia samochodu, mimo że jeżdżę nim dużo i nierzadko daleko. Ale to nie powód aby wyciągać wnioski, że takich kontroli nie ma. W celu wyjaśnienia problemu szykanowania turystów wrzucam tekst, który zamieściłem już na w internecie:

    „Wg Kodeksu wykroczeń: “Kto wykonuje bez wymaganych uprawnień zadania przewodnika turystycznego lub pilota wycieczek – podlega karze ograniczenia wolności albo grzywny.”

    Brakuje jasnej wykładni tego przepisu, w jakich tylko przypadkach może mieć on zastosowanie. Wspólne patrole umundurowanych funkcjonariuszy z upoważnionymi do kontroli przewodnikami zwykle stosują go wprost, przeprowadzając swego rodzaju selekcję wśród turystów na ulicach miast i na publicznych szlakach wg własnego widzimisię i dzieląc ich na “lepszych” i “gorszych”. Oto fragment artykułu z “GW”: “insp. Sławomir Chełchowski, rzecznik straży z Wrocławia mówi, że każdy przypadek jest traktowany indywidualnie i dopytuje: – A skąd ta wycieczka? – Np. z Warszawy – odpowiadam. – A nocuje we Wrocławiu? – Nocuje. – To musi mieć przewodnika – stwierdza i dodaje: – Inaczej mandat.” Więcej => … http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,35751,9567257,Przewodnik_postrachem_wycieczki.html

    Opisane w prasie sytuacje przedstawiciele lobby przewodnickiego usiłują usprawiedliwiać, że niby to strażnicy miejscy są niedouczeni i nadgorliwi. A guzik prawda. Przecież to wspólne patrole umundurowanych funkcjonariuszy z upoważnionymi do kontroli przewodnikami inwigilują turystów i przewodnicy wspólnie biorą udział w szykanowaniu niewinnych ludzi żądając od nich legitymacji z pieczątką upoważniającą do otwarcia przysłowiowej gęby na temat zabytków czy przyrody.
    Straż miejska po prostu robi to pod dyktando przewodników. Oto cytat ze strony: http://www.guide-cracow.pl/www/index.php/dyskusje/?SGLSESSID=6040277a6d915245810376f8fc4af18d&/1/
    “Doświadczeni przewodnicy wchodzący w skład Komisji Kontroli obserwują osobę, którą chcą skontrolować. Przysłuchują się dyskretnie i obserwują jej zachowanie.”
    Jakim prawem przewodnicy inwigilują i podsłuchują turystów? Wykorzystanie metody podsłuchu bez dodatkowej zgody sądu jest wkroczeniem w sferę konstytucyjnych wolności, przede wszystkim w swobodę komunikowania się. Czas skończyć z kultem pieczątki i legitymacji, jako jedynie dającej prawo do przekazywania turystom informacji krajoznawczych na ulicy czy na szlaku w lesie. Ja muszę mieć pełne prawo do wynajęcia jako przewodnika kogo zechcę i zawarcia z nim umowy, a ten z kolei musi mieć prawo mi taką usługę wyświadczyć bez narażania się na szykany administracyjne. W innym przypadku będziemy mieli do czynienia z absudami. Uwolnienie zawodu przewodnika i wprowadzenie zasad wykonywania tej pracy jak np. w Niemczech, będzie tu właściwym rozwiązaniem.”

    Dziękuję za uwagę.

  19. Ciekawa filozofia: jeżeli czegoś nie widzę, nie byłam świadkiem tzn. że nie istnieje.

    Mógłbym wyprowadzać z błędu ale szkoda czasu – zawód trzeba zderegulować tak czy owak.

  20. @P. Maciej. Cytat: „Natomiast mówiąc o „przywilejach” – mamy na myśli przywilej wyłączności na opowiadanie czegokolwiek o mieście w miejscach publicznych, jak wiemy rygorystycznie przestrzegany z używaniem służb i łamaniem praw obywatelskich”. Wielokrotnie byłam świadkiem lekcji historii czy języka polskiego prowadzonych dla uczniów przy krakowskich zabytkach przez nauczycieli przedmiotu. Nie zauważyłam by ktokolwiek zabraniał opowiadania lub przeszkadzał w pracy.

  21. Natomiast mówiąc o „przywilejach” – mamy na myśli przywilej wyłączności na opowiadanie czegokolwiek o mieście w miejscach publicznych, jak wiemy rygorystycznie przestrzegany z używaniem służb i łamaniem praw obywatelskich.

  22. Po pierwsze – są różne zdania na ten temat na przykład pod tą notką:

    http://lubczasopismo.salon24.pl/iiirp/post/384951,krakowscy-przewodnicy-nie-chca-byc-zderegulowani

    „egzamin który jest przeprowadzany przez zależną komisję może budzić wątpliwości. Wiele słyszałem o nadużyciach w tej kwestii. Sam np egzamin na prawo jazdy jest trudny, ale jak się ktoś nauczy to go zda. Do egzaminu na przewodnika co roku przystępuje ok 170-200 osób z czego 1/4 zdaje a 1/5 dostaję licencje. Najbardziej ciekawi mnie, dlaczego część osób, którzy zdali, nie dostaję tej
    licencji?”

    Po drugie – jeśli ktoś ma talent, wiedzę – nie wolno mu zabraniać opowiadania na ulicy, tak jak się do tej pory robi.

  23. Cytat: „To grupa zawodowa, która rygorystycznie obwarowała swoje przywileje”. Rygorystycznie obwarowała swoje przywileje? Wystarczy odbyć kurs i zdać egzamin. Uprawnienia przewodnickie posiada w Krakowie ok. 1200 osób.