Nie będzie ograniczeń świadczenia usług przewodnickich w UE!

Ta notka zawiera ważne informacje – nie tylko dla „deregulatorów”, ale także dla wszystkich pilotów wyjeżdżających z wycieczkami za granicę, do krajów unijnych, w których nie ma pełnej „przewodnickiej wolności”. Chodzi o osławioną dyrektywę uznaniową 2005/36.

W moim argumencie pro-deregulacyjnym nr 6 wspomniałem o odwrotnej dyskryminacji obywateli polskich, którzy skrępowani skomplikowanymi przepisami mają w swoim własnym kraju gorzej, niż obcokrajowcy np. z Niemiec, którym wystarczy 2 lata praktyki i mogą oprowadzać, sprzedawać swoje usługi przewodnickie – także po Polsce, w miejscach publicznych, wszędzie gdzie im się podoba. Odpowiedź anty-deregulatorów była w stylu… „ale u was biją Murzynów!” czyli że „państwowe papiery” polskiego pilota/przewodnika stawiają go w lepszej pozycji względem Niemca czy Holendra który musi najpierw te 2 lata praktyki odrobić, aby w innym kraju otrzymać glejt na uprawianie zawodu. Właśnie przyszedł moment kompletnego obalenia także tej tezy.

Najpierw wyjaśnienie dla postronnych – oczywiście to nie jest tak, żeby polski pilot aby wyjechać gdziekolwiek za granicę z wycieczką potrzebował owe lokalne uprawnienia. Transgraniczne świadczenie usług swoim obywatelom, w ramach kupionej w Polsce imprezy pakietowej, nie jest traktowane – np. z punktu widzenia prawa podatkowego – jako świadczenie usług za granicą. Są jednakże miejsca – (np. Wiedeń, miasta Włoch), gdzie wyjątkowo wredne i wpływowe  lokalne mafijki zabraniają obcym pilotom „otwierać usta” i nakazują płacić haracz lokalnym oprowadzaczom. Kiedy pojawiła się owa dyrektywa uznaniowa problem wydawał się po części rozwiązany, chociaż dokument ten sporządzono bardziej pod potrzeby emigrantów, przysłowiowego polskiego hydraulika, który mieszka we Francji i wyłącznie tam zawiera umowy i świadczy usługi.

Realia szybko wykazały, że włoskie czy austriackie korporacje przewodnickie pragną bronić zębami i pazurami swoich przywilejów. I tutaj pierwszy błąd moich adwersarzy z PFPiP – tam gdzie stawiają opór, mało istotne jest czy aplikant pokazuje poświadczenie 2-letniego świadczenia usługi, czy bumagę z orzełkiem – jak się uprą to i tak nie dadzą. O swojej gehennie z próbą uznania kwalifikacji na „oprowadzenie okazjonalne” w Austrii opowiedział mi niedawno w liście Pan Marek Gawlas.

Ale drugi, poważniejszy błąd leży gdzie indziej – w mniemaniu że owa dyrektywa 2005/36 będzie trwać wiecznie z niezmienioną treścią niczym dekalog przykazań. Śledzę od dłuższego czasu jak za jej ulepszenie zabrali się – kto? – oczywiście Niemcy.  W 2010 roku zaczęły mnożyć się skargi, choćby z tego powodu że owo udokumentowanie 2 letniej praktyki w zawodzie wykonywanym wybitnie sezonowo bywa problematyczne. Wspominanałem już interpelacji do Bundestagu z kwietnia 2010. Na tej stronie (póki co nie ma wersji polskiej) zgromadzono linki do dokumentów o planowanym unowocześnieniu dyrektywy. 7 stycznia 2011 rozpoczęto konsultacje społeczne. W marcu 2011 rząd niemiecki wydał swoją opinię na temat planów zmiany owej dyrektywy – pozytywną w sprawie ułatwień dla przewodników – patrz strona 15 (Frage 17). W tym czasie… rząd polski, choć nie pisząc wprost o przewodnikach był raczej za… utrzymaniem restrykcji! (patrz ten dokument strona 7 pytanie 7). 22.06.2011 opublikowano dokument – dostępny także w jęz. polskim. pt „Zielona księga – unowocześnienie dyrektywy uznawania kwalifikacji zawodowych”.

Przepis w sprawie dwuletniego okresu wykonywania zawodu (…) może się okazać nieproporcjonalny w przypadku gdy konsumenci wyjeżdżający do innego państwa członkowskiego, chcą, aby towarzyszył im przedstawiciel wolnego zawodu z państwa członkowskiego z którego pochodzą, a nie z państwa członkowskiego do którego się udają (np. grupa turystów, która wybrała przewodnika turystycznego w państwie, z którego wyjechała) (…) powinno tu przeważać poszanowanie wyboru dokonane przez konsumenta (…) itd. itp. – patrz strona 11. Retoryka jakby żywcem wyjęta z mojego bloga.    

Pod koniec grudnia 2011 ukazała się (dostępna póki co tylko w jęz angielskim) propozycja nowelizacji dyrektywy. Na tej stronie nieco mniej sformalizowanym językiem przedstawiono główne założenia noweli – dla nas interesujący jest punkt 10 – wspomniano przykładowo o architekcie czy nauczycielu ale dotyczy w równym stopniu pilota/przewodnika: 

(10) Improving choice for consumers: the
legislative proposal includes a provision to further facilitate
temporary mobility in cases where a professional accompanies consumers
from his Member State of establishment to another Member State. Examples
could be an architect visiting a secondary residence with a potential
buyer from abroad or a teacher accompanying a school class. According to
this new provision, the professional chosen by the consumer would not
have to demonstrate two years of professional experience in order to be
allowed to provide services in another Member State. He would however
have to send a prior declaration if this is requested by the host Member
State.

Projekt nowelizacji został z satysfakcją powitany przez zarząd DRV (największe niemieckie stowarzyszenie biur podróży) a z najnowszej korespondencji z jego przedstawicielką Natalie Goern…

„Wir begrüßen den Vorstoß der Kommission, die Reiseleiter aus der Richtlinie raus zu nehmen. Damit wäre das Problem aus unsere Sicht gelöst.”

…wynika że wszystko pójdzie po myśli polityków i lobbystów niemieckich (a więc też  Akcji Wolne Przewodnictwo) i dyrektywa zostanie tak poprawiona, że aby uprawiać zawód przewodnika za granicą oprowadzając turystów ze swojego kraju, nie będzie trzeba niczego dokumentować ani prosić o żadne zgody czy uznawanie uprawnień. Co najwyżej zgłosić ten fakt odpowiednim urzędom.  

Wnioski chyba są z tego proste do wysunięcia – to nie skorumpowany i zaściankowy polski, portugalski czy grecki polityk będzie dyktował bogatszej i nowoczesnej części kontynentu jakie prawo tworzyć i wprowadzać w całej Unii. Nie wiem jakie teraz rząd polski podejmie ustalenia w sprawie zawodu pilota czy przewodnika, dowiemy się o tym zapewne na początku marca. Tak czy owak, pozostawienie obecnych przepisów w świetle unowocześnionej dyrektywy, zrobiłoby z naszego kraju pośmiewisko i skansen godny co najwyżej dziadków-moczarowców z PTTK.      

No i te wszystkie utyskiwania krakowskich „mafiozów” że należy mieć kontrolę nad treściami przekazywanymi zagranicznym gościom, nieuzasadnione również w obecnym stanie prawnym – stracą zupełnie jakikolwiek sens i umocowanie.  

Jedno mnie tylko, powiem krótko – wkurza. Dlaczego to ja skromny bloger obywatelski muszę się tym zajmować, przedstawiać, streszczać, dlaczego o całym procesie unowocześniania dyrektywy i zielonej księdze – zielonego pojęcia nie mają działacze licznych organizacji przewodnickich i pilockich, w tym tzw. „autorytety naukowe”, których gęby są pełne frazesów, pustych banałów i megalomańskich przechwałek, a dla obrony interesów polskiego pilota za granicą nie robią kompletnie nic? Ta ryba chyba jest dużo mocniej popsuta niż się wydaje po wyczuwalnym smrodku.      

3 Komentarze

  1. Z tymi przewodnikami górskimi dokładnie tak właśnie wygląda.

    W 1997 r. wprowadzono rozporządzenie zawierające martwy zapis, krytykowany nawet przez samych przewodników, który m.in. z tego też powodu nie znalazł się w nowej ustawie o bezpieczeństwie w górach, a wg którego: “wycieczki piesze lub narciarskie na terenach górskich, leżących na obszarach parków narodowych i rezerwatów przyrody oraz leżących powyżej 1000 m n.p.m., mogą prowadzić tylko górscy przewodnicy turystyczni.”

    To o tyle kuriozalny zapis, że przewodnicy górscy specjalizują się głównie w oprowadzaniu grup turystycznych po miastach i obiektach zabytkowych położonych w regionach górskich i podgórskich, na co jest wywierany szczególny nacisk na kursach i z czego zdają szczegółowe egzaminy. Natomiast wielu z nich w ogóle nie jeżdzi na nartach, nie mówiąc już o posiadaniu umiejętności jazdy na poziomie instruktora narciarskiego, bowiem ta umiejętność nie jest od nich formalnie wymagana i potwierdzona egzaminem praktycznym.

    Nazywanie takiego przewodnictwa „górskim” – na równi z przewodnikami górskimi z krajów alpejskich, zajmującymi się prowadzeniem klientów po trasach wspinaczkowych czy z elementami narciarstwa wysokogórskiego, jest wielkim nieporozumieniem.

  2. A propos przewodników górskich już napisałem:

    Wiele osób, nawet popierających deregulację przewodników np. miejskich czy terenowych, wyraża wątpliwości co do przewodników górskich. Tu ważne wyjaśnienie. Polska jest krajem przeważająco nizinnym, polskie określenie „przewodnik górski” ma się nijak do regulowanych w niektórych krajach alpejskich działalności typu Bergführer czy mountain guide. Tam chodzi o uprawianie alpinizmu, z elementami wspinaczki, u nas po prostu o pracę na całych obszarach kraju, gdzie występują pasma gór, także średnich czy niskich. W efekcie zadania polskiego tzw. przewodnika górskiego to w większości oprowadzanie po górskich kurortach, trasach spacerowych i ogólnodostępnych publicznych szlakach znakowanych. Niewielkie fragmenty gór wymagających specjalnych umiejętności są pod zarządami parków narodowych, które mają możliwość regulacji ruchu turystycznego we własnym zakresie. Z kolei zniesienie państwowych egzaminów przewodnickich nie zdejmuje z organizatora wycieczki obowiązku opieki nad klientami czy zapewnienia bezpieczeństwa, leży to w jego interesie. Dlatego otwarcie zawodu, które spowoduje większą dostępność i niższe ceny usług może przyczynić się wręcz do poprawy bezpieczeństwa, bo przewodnicy będą chętniej zatrudniani w takich sytuacjach, na takich trasach, kiedy są rzeczywiście potrzebni

    więcej:
    http://wolnezawody.org/kontrargumenty.html

  3. „polski pilot” jest ewenementem, który w pierwszej kolejności powinien pójść do odstrzału.
    deregulacja uprawnień przewodnickich dot. przewodników miejskich i terenowych to konieczność.
    a tzw. czynne środowiska przewodnickie w większości zrzeszają przewodników górskich, których nowe przepisy, miejmy nadzieję, nie obejmą. I to właśnie powstrzymuje nas od zabierania głosu, a nie żadna megalomania (swoją drogą, w ostatnim akapicie w pełnej krasie objawiła się skromność i brak megalomanii u pewnego „zwykłego blogera” ;) ).