Poczta akcyjna, czyli czy Łódź ma zatonąć?

Kolega mój i dawny współpracownik, Rafał Bargiel z Łodzi, przewodnik z którym przewędrowałem niejedną beskidzką grań przysłał mi właśnie kopię korespondencji. Przeklejam w całości, pozwoliłem sobie jedynie „wypipczeć” jedno niecenzuralne słowo:

Cześć Zimowski, idę jutro pouczestniczyć w spotkaniu „zbulwersowanych przewodników”.

Ahoj!

Jako obdarzony mandatem zaufania do szefowania komisji szkoleniowej powinienem w tym miejscu zachęcać Was wszystkich do zdobywania i poszerzania posiadanych uprawnień przewodnika państwowego. Na przeszkodzie stanęły jednak zamiary ministerstwa sprawiedliwości mającego w planach znaczne skrócenie listy zawodów objętych zezwoleniami, licencjami itd. Wśród zawodów które miałyby zostać uwolnione znalazły się także zawód: Przewodnik Turystyczny i Pilot Turystyczny. Oznaczałoby to że nie trzeba już zdawać egzaminów, wystarczy deklaracja znajomości tematu (tak jak jest to obecnie np z hydraulikami czy mechanikami samochodowymi). Bez rozgraniczenia takich subtelności jak podział na przewodników miejskich, terenowych i górskich. w środowisku przewodnickim w całej Polsce podniosła się wrzawa, internet się grzeje od komentarzy, niczego jednak nie wiadomo na pewno – których chcą zlikwidować – wszystkich?, czy tylko miejskich?

Nie wiadomo. Środowisko przewodników miejskich z Łodzi i Stowarzyszenie Pilotów organizuje spotkanie informacyjne w tej sprawie. Zaproszono przedstawicieli Regionalnej Organizacji Turystycznej Województwa łódzkiego (występują jako formalny gospodarz spotkania), Urzędu Marszałkowskiego w Łodzi (jako przedstawiciel ustawodawców), a przede wszystkim środowiska przewodnickie i pilockie z całego regionu. Serdecznie zapraszam każdego komu ta sprawa leży na wątrobie – będzie można zapytać, dowiedzieć się u źródła, na koniec ma być sformułowana na piśmie wspólnie wypracowana opinia środowiska łódzkiego, którą przekażą gdzie trzeba.

Darek

Oficjalne zaproszenie poniżej:

Szanowni Państwo.

W ostatnich dniach pojawił się projekt ministra sprawiedliwości dotyczący likwidacji zawodu przewodnika turystycznego. Fakt ten uważamy za bulwersujący. W związku z powyższym zapraszamy na spotkanie w celu wypracowania wspólnego stanowiska środowiska branży turystycznej i przyjęcia ewentualnego planu działań. Spotkanie: 01 lutego 2012 r., godz. 16.30 , siedziba PTTK ul. Wigury 12a.

Zbigniew Frączyk, Jadwiga Derska, Elżbieta Pędziwiatr

I odpowiedź Rafała Bargiela:


A krowy na to hej!

Rozumiem, że zmiany te są nie po myśli braci przewodnickiej. Ja, jak na ironię, działając w branży turystycznej mogę tylko kląć, że nie wolno mi np. opowiadać grupie turystów o Sukiennicach czy Mariackim bez „uprawnień”. Co najmniej jakbym miał prowadzić wykład na prestiżowej uczelni, podczas gdy moi odbiorcy to zwykle grupa wesołych staruszków z UK i jak to grupa, w Krakowie czy w Beskidach, jest zdolna i skłonna przyswoić tylko kilka podstawowych informacji. W Białowieskim PN jest jeszcze gorzej. Tam trzeba wynająć kukłę – leśnika który nie dziamie nawet po polsku i poza akcentem folklorystycznym nic do wycieczki nie wnosi.

Ostatecznie, nie wiem jakie jest „wasze” nastawienie do sprawy ale czy nie wydaje się wam, że uczciwiej byłoby „konkurować na rynku na zasadach wolnorynkowych” zamiast robić cnotę ze zdanego egzaminu i się za nim chować?

A że zwykle w towarzystwie robię za ch/—/… na wypadek gdybyście wciąż mieli wątpliwości, sami rozejrzyjcie się w przewodnickiej braci… Czy aby sito nie okazało się w niektórych przypadkach i tak za rzadkie? :)

Kłaniam się nisko,

Bargiel <rbargiel@yahoo.com>

Ponieważ Pan Lisowski i inni (notka niżej) tak biadolił, że turysta nie ma w sprawie jakości przewodnika „informacji zwrotnej” a tu padają konkretne nazwiska – sami państwo możecie „zwrotnie” ocenić, dla kogo plan otwarcia zawodu jest przerażający i bulwersujący, a kto się z tego cieszy – bo jest pewien swojej rzeczywistej fachowości, przydatności na rynku, i kto w deregulacji widzi przede wszystkim ogromną ulgę i uwolnienie swojego zawodu od gorsetu nieżyciowej biurokracji. Jeśli będziecie poszukiwać dobrego przewodnika górskiego, terenowego, znającego się przy tym świetnie na przyrodzie – macie wskazówkę. Zachęcam innych rozsądnych i odważnych do przysyłania wypowiedzi, wpisywania się w komentach – będzie to dla was świetna reklama. 

Matołku, naprawdę myślisz że klient cię nie zweryfikuje?

Z pism opublikowanych na anty-deregulacyjnej stronie wybrałem najczęściej powtarzające się argumenty przeciw deregulacji i skontrowałem je. Zapraszam:
wolnezawody.org/kontrargumenty.html

Jeśli ktoś doczyta dokument do końca, zauważy, że nie wszystkie tezy w tych pismach uznałem za błędne. Też mianowicie uważam, że państwo nie musi odżegnywać się od promocji dobrych usług przewodnickich. Tylko oczywiście w sposób nieprzymusowy. I tak się składa, że przecież w Krakowie mamy piękny przykład współpracy Urzędu Miasta Krakowa i prywatnych, jak najbardziej nieregulowanych podmiotów gospodarczych, świadczących usługi turystom. Jaki? Ano taki.

I tyle miłych słów. Reszta to niestety dramat. A raczej komediodramat. Mogę zrozumieć wiele zabiegów lobbingowych na rzecz utrzymania przywilejów – fałszowanie informacji o realiach w innych krajach, naginanie zapisów ustawy, megalomanię, mafijne praktyki ograniczające dostęp do zawodu, uzurpowanie sobie praw „policji politycznej”… to wszystko słyszałem i czytałem dziesiątki razy. Nie wyobrażałem sobie jednak, że bezczelność niektórych jednostek może dojść do takiego poziomu, że zechcą odmówić klientowi prawa do weryfikacji kupowanych za własne pieniądze usług. Czy Pan Piotr Lisowski, który twierdzi, że „turysta ma jednorazowy kontakt z przewodnikiem i najczęściej nie przekazuje informacji zwrotnej” nie wie że każde porządne biuro rozdaje swoim klientom ankiety? Przykłady takich dokumentów publikowałem niedawno – (skan) i (skan). A jeśli chce zobaczyć inny przykład dostępnej publicznie „informacji zwrotnej” niech sobie wpisze w google nazwisko „Olga Fendrych” i zobaczy która strona wyskoczy na pierwszym miejscu.

Już pominę, że publikowanie takich wynurzeń, jako oficjalnego stanowiska Stowarzyszenia, może mieć cechy zabronionej prawem praktyki rynkowej. A UOKiK już nie raz dał różnym gildiom przewodnickim po nosie. W tej całej „Federacji Pilotażu i Przewodnictwa” jest ponoć zrzeszonych kilka, czy nawet kilkanaście tysięcy osób. Czy wszyscy z nich to takie za przeproszeniem matołki, wyznające pogląd że można we własnym imieniu, otwartym tekstem głosić każdą, największą bzdurę, byle tylko uzasadnić przymus posiadania przewodnickich i pilockich licencji? 

Historia deregulacji – przypomnienie

Przede mną kolejny dzień społecznej pracy, choć będzie to praca łatwa i przyjemna – przygwożdzenie kontrargumentami tych, którzy wytaczają działa, a raczej kapiszony przeciwko deregulacji. Do jakiego stopnia są to dowody kompletnego oderwania od rzeczywistości, świadczą oficjalnie formułowane zarzuty, że Rząd Rzeczpospolitej tworzy prawo na skutek „działań pana Zimowskiego” albo przygody jaka przytrafiła się znajomemu Ministra Gowina.

Jest to oczywiście bzdura, plany deregulacyjne są kolejnym etapem złożonego procesu. Chciałbym więc krótko przypomnieć kalendarium wydarzeń, które były opisywane i komentowane na tym blogu:

- 10 maja 2007 roku Senat RP odrzucił uchwaloną przez Sejm nowelizację Ustawy o rzemiośle, nakładającą na przedstawicieli około 200 zawodów (np. fryzjerów, kucharzy, szewców, krawców, blacharzy, lakierników itp.) obowiązek zdawania egzaminu zawodowego. W uchwale stwierdzono m.in. że „nie wiadomo, jaki interes publiczny, o którym mowa w art 22 Konstytucji miałby przemawiać za wprowadzeniem reglamentacji w dostępie do zawodów rzemieślniczych”.

- W sierpniu 2008 pojawił się w Sejmie projekt (także niezrealizowany) uregulowania 23 zawodów okołomedycznych, np. masażysty, fizjoterapeuty, dietetyka. Wywołało to  po raz pierwszy na taką skalę – dyskusje o szkodliwym przeregulowaniu gospodarki, media alarmowały że zawodowo cofamy się do średniowiecza. Odtąd też, za każdym razem wspominano o przewodnikach turystycznych jako sztandarowym, ikonicznym przypadku, niepotrzebnych, nieżyciowych i szkodliwych regulacji. Szczególnie głośny był przypadek nagonki na krakowskie biuro Crazy Guides.    

- W latach 2009-2010 trwała m.in. inicjowana przez PiS kampania na rzecz otwarcia zawodów prawniczych. Wszelkie nowe zakusy regulacyjne wobec innych zawodów (np. dziennikarza) odrzucano. Szególnie groteskowym, wyśmiewanym przykładem był przygotowany przez… PSL projekt ustawy o zawodzie aktora. Podczas prac nowelizacyjnych zderegulowano np. zawody okołosportowe, jak instruktor rekreacji ruchowej. Pędząca wcześniej zasapana „regulacyjna lokomotywa” stanęła i rozpoczęła powoli jazdę w drugą stronę.

- We wrześniu 2011 ukazał się alarmujący raport Fundacji Republikańskiej, postulujący otwarcie zawodów, m.in. przewodnika turystycznego. Poseł PO przyznał, że politykom zabrakło determinacji w rozwiązywaniu tego problemu. (Więcej tutaj). W trakcie kampanii wyborczej także PiS i Ruch Palikota opowiadały się za potrzebą otwarcia zawodów, likwidacji niepotrzebnych zezwoleń i licencji.

- Listopad 2011 – Po wyborach, partie opowiadające się za deregulacją zajęły absolutną większość w Sejmie, premier zapowiedział otwarcie połowy zawodów regulowanych. Kolejne doniesienia w najnowszych archiwach bloga.

Obrona zawodu, czy przywilejów – nie ośmieszajcie się!

Spór, który z taką mocą rozgorzał – ma jedną, fantastyczną zaletę: Przeciwnik, który do tej pory knuł coś tam sobie w cieniu branżowych gabinetów,  został znienacka osaczony, zmuszony do pokazania na forum publicznym swojego „arsenału”. I co zobaczyliśmy? Na salonach nowoczesnej, obywatelskiej rewolucji (patrz – masowe demonstracje przeciw ACTA) pojawiła się grupka przestraszonych zombie, w cuchnących naftaliną garniturach z MHD, niosąca jakieś wypłowiałe szturmówki i hasła przechowywane przez lata na strychu gminnego komitetu PZPR.

Przewodnicy PTTK na swojej stronie głównej już od dawna leją rzewne łzy pisząc np. „niech też nas dostrzegą ci, którzy w ostatnim okresie czasu chcą zniszczyć to, czego dopracowaliśmy się przez tyle lat”. Teraz z kolei na stronie Federacji Pilotażu i Przewodnictwa ukazała się  zakładka o treści… „Obrona zawodu pilota i przewodnika”. Panie i panowie – jeszcze raz szczerze i od serca: NIE OŚMIESZAJCIE SIĘ. Naprawdę – jak pisałem w notce poniżej, może tak się stać że turyści potraktują was podobnie jak słuchacze muzyki Zbigniewa Hołdysa, i zaczną wręcz specjalnie prosić biura aby organizowały wyjazdy bez waszego udziału. Protest przeciwko planom otwarcia zawodu, czyli sprawienia że stanie się łatwiej dostępny nazywacie jego „obroną”? Zapewne na tej samej zasadzie jak Jaruzelski i WRON przez lata „bronili” społeczeństwo przed tzw. ekstremą Solidarności. To co robicie jest obroną waszych przywilejów załatwionych po cichu w czasach, gdy uwaga społeczna nie była jeszcze tak czujna. Dziś na wasze bajki nie da się nabrać nawet gimnazjalista.   

W komentarzach pod notkami zaczynam już dostawać pogróżki procesów sądowych. Proszę bardzo, oskarżcie mnie, nawet wiem z jakiego paragrafu – z tego o obrazę uczuć religijnych. Przez lata z powtarzania sobie i innym że tylko „państwowe licencje” są gwarancją jakości usług w przewodnictwie uczyniliście religię, wasze identyfikatory i pieczątki otaczacie rodzajem kultu. I tu się zgodzę i po części rozumiem protesty – uwolnienie zawodu będzie dla was potężną klęską wizerunkową.   
źródło: proksenia.pl
Federacji Pilotów i Przewodników prezesuje Zygmunt Kruczek, prywatnie – wydawca podręczników szkoleniowych i właściciel dziwnego biura podróży „Hubertus Tour” – dziwnego o tyle, że biuro to – podobnie jak opisywana wcześniej firma Vancroll Piotra van der Coghena – nie figuruje w ewidencji organizatorów turystyki. Nie znalazłem też żadnych jego ofert turystycznych ani śladu informacji, aby organizowało jakiekolwiek podróże. Organizuje za to kursy pilotów. Niewątpliwie prowadząc taką działalność biznesową, pan Kruczek jest beneficjentem istniejących regulacji. Powinni wiedzieć o tym parlamentarzyści i radni, którzy ochoczo podpisują się pod podsuniętymi przez niego i jego akolitów dokumentami. 

Ową dokumentację rozpaczliwej kontry zgromadzono na specjalnej podstronie. Na razie przejrzałem ją pobieżnie, większość kontrargumentów jest doskonale znana i śmieszna, odpowiem na nie. Jedna rzecz mnie zdziwiła szalenie – jak często w tych dokumentach pojawia się moje nazwisko. Mało tego – redagując stronę jej autor musiał przeżywać prawdziwe twórcze katusze. W google cache znalazłem jedną z jej wcześniejszych wersji, która brzmiała tak:

Agresywnej akcji… Bo padnę. W dziedzinie deregulacji owa agresja polega na tym, że od kilku lat na tym blogu „zbieram do kupy” rozsiane po publicznych mediach różne opinie i je publikuję. Deregulacja nie jest działaniem rządu na zlecenie jakiegoś blogera, tylko konsekwencją długiego procesu który systematycznie opisywałem. Już w 2008 roku, kiedy odrzucono ustawę zamykającą 200 zawodów rzemieślniczych, media alarmowały że zawodowo zbliżamy się do średniowiecza. Z kolei katalizatorem obecnych działań był zapewne raport Fundacji Republlikańskiej, przypomnę artykuł z września 2011. Atakowanie mojej osoby jest po prostu realizacją hasła „zbij pan termometr, nie będziesz miał gorączki”. Brnijcie dalej.  

Patrzcie, którzy to podpisali i nie kupujcie ich usług!

Przewodnickie „mafijki” w kolejnych miastach podnoszą lament i wrzask. Po przewodnikach krakowskich odezwali się ci poznańscy, pod wodzą Justyny Ciupy,

której niezwykłą wojowniczość, a także działania poznańskich urzędników i służb wyśmiewałem już na swoim blogu – proszę zobaczyć archiwum artykułów z maja 2009. Pani Justyna Ciupa popisała się wtedy fantastyczną wiedzą, twierdząc, że miejskie kontrole grup turystycznych „przyjęte są na całym świecie” – więcej tutaj. Dziś w Głosie Wielkopolskim i – (czy w Poznaniu nie mają innych zmartwień, tylko ten cyrk?) – jako główny news portalu glos.com ukazał się artykuł Elżbiety Podolskiej „Każdy będzie mógł zostac przewodnikiem po Poznaniu”. W którym – dziękujemy za rzetelność – przedstawione zostało nasze stanowisko, pani Ciupa nie błyszczy już swoimi wysanymi z palca odkryciami na „światową skalę”,  jednak większość artykułu to typowa „przewodnicko-orwellowska nowomowa” że jak to „ktoś, bez umiejętności, bez odpowiednio sprawdzonej wiedzy…”, i takie tam ble ble ble.

Niestety z tekstu wynika, że poznańscy przewodnicy sami nie wiedzą przeciwko czemu protestują.  Deregulacja nie polega na tym że fachowcom ktoś zabroni pracować. Nadal będą kursy, egzaminy i weryfikacje, tyle że – tak jak właśnie w większości cywilizowanego świata – będą nieobowiązkowe, fakultatywne. Dopuści się pluralizm, wybór, różnorodność. Nie wiem w ogóle o co ten krzyk, ileż to jest zawodów nieregulowanych państwowo – jak wszystkie zawody rzemieślnicze typu fryzjer czy kucharz, zawody okołoturystyczne i sportowe – np. rezydent, zderegulowany niedawno instruktor rekreacji ruchowej, a mimo to szkoły, kursy nie narzekają na brak kandydatów i większość stara się egzaminy zdać. A ostateczna weryfikacja i tak należy i należeć będzie do pracodawcy – właściciela biura, który lepiej niż jakiś urzędnik zna potrzeby, bynajmniej nie „państwowego”, tylko w 100% prywatnego – rynku usług turystycznych. Dreregulacja to po prostu uproszczenie procesu gospodarczego, usunięcie niepotrzebnych elementów, jak wyczyszczenie mechanizmu z narosłej przez lata rdzy i zanieczyszczeń. Przewodnicy kształceni według „państwowego” systemu mają opowiadać szczegółowo o historii czy architekturze – i dobrze.  Ale to tak jakby na rynku gastronomicznym dozwolone było tylko prowadzenie restauracji z kuchnią staropolską, i to po otrzymaniu weryfikacji przez urzędnika.  Jeśli ktoś znajdzie model biznesowy i sprowadzi do Poznania turystów w sposób niekonwencjonalny, nawet w mniemaniu niektórych „opowiadając bzdury” – nie wolno mu tego zabronić! A szczegółowe szkolenie z historii jest mu po prostu niepotrzebne.     

Do Pani Elżbiety Podolskiej mam bardzo konkretne pytanie – niech Pani odpowie, jak to jest że uprawianie zawodu dziennikarza, który mówi lub pisze do publiczności tysiąckrotnie większej niż przewodnik – nie wymaga uprawnień państwowych? Że dziennikarki w redakcji Głosu Wielkopolskiego nie siedzą z identyfikatorami na piersiach i Straż Miejska nie wpada ich kontrolować?  Że oprócz pism poważnych, do których mam nadzieję  „Głos…” chce się zaliczać,  istnieje obracający wielkimi kapitałami rynek prasy plotkarsko-tabloidowej która bynajmniej nie jest po to by przekazywać rzetelne i prawdziwe informacje, i – cytuję: „dbać o dobre imię kraju”?

Skąd więc te protesty – po części znajdujemy odpowiedź w artykule. Rzekomo „dopuszczenie ludzi bez uprawnień może skutkować (…) także tym, że większość licencjonowanych przewodników zostanie bez pracy, bo ci nowi będą znacznie tańsi.” No sorry panowie i panie, ale tutaj strzelacie sobie w stopę, otwartym tekstem mówiąc że wasze usługi są za drogie i niepotrzebne na rynku. Zarówno dla opinii publicznej jak i dla tych na górze jest to czytelny znak że właśnie w tej branży jest najwięcej nieprawidłowości a zawód trzeba jak najszybciej otworzyć. 

Pani Justyna Ciupa zbiera podpisy. Eee, tak słabo? Może jakiś strajk, protest, blokada, przykuwanie się do bramy ministerstwa?  Tutaj opisuję (z fotką) jak to robili w Grecji. Co prawda nie pomogło – zawód przewodnika plus 135 innych i tak zderegulowano, ale jakie widowiskowe!  Swoją drogą tę listę podpisów chciałbym zobaczyć i opublikować. Przez wzgląd na potencjalnych klientów poznańskich przewodników. Jeśli ktoś podpisuje protesty przeciwko otwarciu zawodu, przeciwko dopuszczeniu do pracy osób bez licencji, opowiada się za restrykcyjnymi kontrolami i karami dla niepokornych, to ja jego intencje odczytuję następująco: – „pewnie moje oprowadzanie jest funta kłaków warte, albo za drogie, że bez administracyjnego przymusu i pod groźbą mandatu nikt mnie nie wynajmie”. Znaczy się – tu moja sugestia – z usług tych pań, panów – lepiej nie korzystać.

Żegnajcie licencje, witaj nowoczesna branżo!

Przed chwilą artykuł o licencjonowaniu przewodnictwa ukazał się na stonach internetowych branżowego pisma „Wiadomości Turystyczne”. Nie wiem kto go pisał, w każdym razie jego ton jest wyraźnie sprzyjający naszym tezom. Dla opinii publicznej to ważny znak, że przedstawiciele branży wycieczkowej jako całości – w deregulacji nie widzą powodu do „rozdzierania szat” a jedynie znak nieuchronnie nadchodzącej modernizacji i doszlusowania do prymusów europejskiego przemysłu turystycznego. Z kolei nieco niepoważne protesty samorządów pilocko-przewodnickich odbierane są jedynie jako walka o utrzymanie przywilejów, a nie rzekomą „profesjonalizację”. Drodzy piloci, drodzy przewodnicy – uświadomcie sobie – sensem waszego zawodu jest świadczenie usług na rzecz innych podmiotów i klientów a nie uzurpowanie sobie pozycji „funkcjonariusza państwowego”, kontrolującego informacje udzielane o jakimś kraju czy mieście, jak to było za czasów PRL.

W artykule przewija się też nazwisko Zygmunta Kruczka – przyjrzymy się jeszcze działalności tego Pana. Coś mi się zdaje, że jako właściciel prywatnego wydawnictwa „Proksenia” wydającego podręczniki i skrypty szkoleniowe, organizującego kursy pilotów, ma on bardzo szczególny prywatny interes w lobbowaniu za utrzymaniem istniejących urzędowych wymogów. Według niego „wśród kilkuset regulowanych zawodów w Polsce tylko te dwa dotyczą jakże ważnej, bezpośredniej obsługi turystów” – no więc właśnie, Panie Kruczek, skoro co najmniej kilkanaście a może i -dziesiąt innych zawodów związanych z jak najbardziej bezpośrednią obsługą turystów – jak np. recepcjonista, kelner, barman, instruktor rekreacji, hmmm… masażystka a przede wszystkim – pracujący w znacznie szerszym zakresie rezydent - nie jest państwowo regulowane, to znaczy że dwie ostatnie absurdalne enklawy regulacji tym bardziej trzeba usunąć niczym stare graty nie pasujące do nowocześnie urządzonego lokum.              

I na koniec ważne sprostowanie: nie jest prawdą że „liczba ta bierze się po części stąd, że (…) Nie ma jednego zawodu przewodnika
turystycznego, jest przewodnik miejski, terenowy i kilka klas
przewodnika górskiego. (…) Gdyby
połączyć te kategorie w jedno, zapewne liczba ta byłaby podobna do tych w
innych krajach Unii.”
Absolutnie nie!!! Proszę zajrzeć do źródłowego raportu Fundacji Republikańskiej, przewodnik turystyczny figuruje tam jako jeden zawód z tych 380. Nawet nie ma tam osobno wymienionej kategorii pilota która ma status „działalności regulowanej”. Nota bene na ten casus zwróciłem już uwagę legislatorom.

Zostań fanem na facebooku! facebook.com/wolneprzewodnictwo

Czytelnicy krakow.pl za deregulacją

Ostatnio obserwujemy zwiększone zainteresowanie krakowskich dziennikarzy tematem liecncjonowania przewodnictwa. Nie każdy wykazał się na tyle profesjonalnym podejściem do sprawy jak red. Barbara Suchy z Wyborczej (patrz dwie notki niżej).  Tendencyjny, stronniczy artykuł, przedstawiający racje tylko jednej strony konfliktu ukazał się wcześniej w Dzienniku Polskim a tendencyjny, stronniczy reportaż w – co gorsza rzekomo „misyjnej” telewizji publicznej. W obu przypadkach będę interweniował. Uwagę mam podstawową – jeżeli was dziennikarzy – tak mierzi fakt że przekaz informacji przez przewodników turystycznych nie będzie poddawany kontroli przez państwowe organy – sami się uregulujcie – złożcie projekt stosownej ustawy i sprawcie, że tylko ci z „państwową licencją” po obowiązkowych kursach dziennikarskich i restrykcyjnych egzaminach prowadzonych przez „dziennikarską mafię” będą mogli uprawiać zawód. I jeszcze stwórzcie sobie policję dziennikarską robiącą naloty na redakcje i sprawdzającą uprawnienia.    

Ciekawe jakie „licencje” mają redaktorzy strony krakow.pl  którzy umieścili sondę (skan poniżej) z dość dziwacznie sformułowanymi pytaniami. Może umieścicie kolejne sondy – np. czy według ciebie kucharzem / fryzjerem / krawcem może być „każdy” czy ten kto umie gotować / strzyc / szyć ubrania? Odpowiedź będzie chyba oczywista. Dodam że wspomniane zawody są w Polsce nieregulowane na poziomie „państwowym” a egzaminy zawodowe są nieobowiązkowe. I jak widać rynek reguluje to świetnie. I tylko na tym ma polegać deregulacja a nie – jak lamentują niektórzy na „wmuszaniu” turystom usług niefachowych przewodników. Mimo to czytelnicy witryny reaguja prawidłowo:

Bo jak widać – istotne są rzeczywiste umiejętności czy wiedza a nie „odpowiednie kursy”.

Natomiast – jeśli redaktorzy tego czy innego portalu chcą rzetelnie wysondować mniemanie czytelników na temat deregulacji przewodnictwa, powinni się ograniczyć do dwóch pytań sformułowanych następująco:

Czy uważasz że do oprowadzania turystów po mieście powinno upoważniać:

- Formalne ukończenie 2-letniego kursu i zdanie państwowego egzaminu
- Rzeczywista wiedza, pasja i talent,  zdobyte w dowolny sposób

Wtedy zobaczymy jakie będą odpowiedzi. 

Twardnienie miękkiego podbrzusza

W niedawnym Chorwackim referendum, obywatele opowiedzieli się za przystąpieniem swojego kraju do Unii Europejskiej. Wyniki: 67% za, 33% przeciw. Jestem pewien że wśród tych 33% była większość… miejscowych przewodników turystycznych.

Teraz dygresja historyczna. „Miękkim podbrzuszem”, bądź „chorym człowiekiem Europy” nazywano Imperium Osmańskie w XIX wieku. Spuścizna ówczesnych stosunków społecznych, podziałów politycznych ma wciąż ogromny wpływ na dzisiejsze realia w tych krajach, że wspomnę choćby konflikty na Węgrzech. Jeśli teraz spojrzymy na krótką listę tej mniejszości krajów unijnych, w których przewodnictwo jest bądź było regulowane, okaże się że regulacje te mogą służyć niemal jako papierek lakmusowy autorytaryzmu, paternalizmu i „bizantyjskiej mentalności”. Węgry, Rumunia, Słowenia, Grecja, Cypr, a także (już nie w dzisiejszych – okrojonych, ale dawnych – imperialnych granicach) Włochy i Austria – czyli ponad połowa z państw „regulowanych” – o wpływy owego „chorego człowieka Europy” się otarła. Po części – zwłaszcza Grecja czy Włochy ów niechlubny tytuł po Turkach odziedziczyła. Niech więc się wrogowie deregulacji nie zamartwiają – po prostu w tej dziedzinie wracamy na łono kutury zachodniej.

Chorwacja była i nadal jest utrapieniem organizatorów wycieczek, gdyż jako kraj ważny turystycznie ale nie unijny, mógł sobie do woli kultywować „bałkańsko-postfeudalną” dyskryminację pilotów-obcokrajowców i przymusowo narzucać eskortę swoich. Wiele razy czytałem na forach np. o problemach w Dubrovniku, gdzie przewodnik rzekomo polskojęzyczny mówił kompletnie niezrozumiale ale bez opłacenia jego wątpliwych usług można było zarobić mandat. We wrześniu 2010 w Bazylice Eufrazjana w Poreču miała miejsce żenująca afera – profesor ze Szwajcarii, udzielający tam lekcji architektury swoim studentom został zaaresztowany, postawiony przed sądem i oskarżony o „nielegalne przewodnictwo”. Tutaj opis tej historii po niemiecku, swojego czasu przegryzłem się także przez artykuły na portalach chorwackojęzycznych, w większości pełne oburzenia – tego rodzaju popisy kretyńskiej biurokracji nie przynoszą chluby żadnemu krajowi. Krakowscy radni są niestety innego dania, ale o tym napiszę jutro.

Minie zapewne jeszcze trochę czasu, system będzie się bronił, ale wypada cieszyć się że i Chorwacja będzie musiała uznać unijne zasady potwierdzania kwalifikacji zawodowych.

Zostań fanem na facebooku! facebook.com/wolneprzewodnictwo

Przewodnicy beskidzcy prowadzą (prawie) na śmierć?

Jak wiadomo, jednym z dyżurnych argumentów jazgotliwych zwolenników utrzymania i zaostrzania regulacji przewodnickich jest pewien wypadek lawinowy w Tatrach w 2003 roku. Jest na wszelkie sposoby nagłaśniany, przeinaczany i wyolbrzymiany jak np. przez szefa Polskiej Izby Turystycznej Jana Korsaka w tym stenogramie pewnej dyskusje w Sejmie, w której liczba ofiar tajemniczo zwiększyła się z 8 do „kilkunastu” i miała być argumentem za zaostrzeniem przepisów w całej Polsce. Niechybnie, w Powiecie Skierniewickim często spadają lawiny. Podobno niedługo zaczną też wybuchać wulkany.

Ileż to ja się naczytałem biadoleń, że to skandal -  że grupka licealistów wędrowała jedynie z nauczycielem (doświadczonym wędrowcą górskim, acz bez „uprawnień”). Że gdyby był z nimi wynajęty i opłacony przewodnik „z uprawnieniami” na pewno nie dopuściłby do wyjścia na szczyt w warunkach zagrożenia lawinowego. Bo w razie zejścia lawiny inaczej by nie pomógł – to stwierdził nawet badający wypadek sąd. Z prywatnych wypowiedzi słyszałem też, że nauczyciel był tego dnia pod presją swoich podopiecznych, którzy koniecznie chcieli iść na wycieczkę (ich koledzy zdobyli Rysy dzień wcześniej). 

W ostatnich dniach media intensywenie informowały o zakrojonej na wielką skalę akcji ratunkowej w Beskidach. Kilkadziesiąt osób weszło na szczyt w skrajnie trudnych warunkach pogodowych. Doszło do jakiegoś gigantycznego chaosu, ratownicy partiami sprowadzali wycieńczonych turystów z których część wymaga hospitalizacji. I już, już się zaczęło ujadanie „dlaczego nie wzięli przewodnika..” Dyskutant o wdzięcznej ksywce żbik – pod notką niżej – poucza „uczestnicy wyprawy w ostatni weekend na Babią Górę dokonali wyboru takiego, jak Pan proponuje. Skutek znamy…” Drogi leśny kotku i inni, przeczytajcie opublikowany kilka godzin temu artyuł: Dlaczego turyści lekceważą Babią Górę. Co tam stoi napisane?  

- Z Babiej Góry sprowadziliście 27 osób. Czy w
tej grupie były osoby, które koordynowały wycieczkę, miały uprawnienia
przewodników?

- Tak. Jedna z osób miała listę uczestników wycieczki. W grupie było też kilku przewodników górskich

A teraz poczytajcie sobie państwo reakcje na forum pod tym artykułem, zajrzyjcie na fora górskie np. tutaj. Jakaś skrucha? Jakieś posypywanie głowy popiołem? Ale w życiu. Jeden wielki front w obronie świętych krów. „Przecież każdy ma prawo popełniać błędy” (czytaj: włazić z grupą słabych, starszych ludzi  na górę w warunkach które ewidentnie wróżą katastrofę). Albo, „no przecież nikt nie zginął” (Jak wiadomo „prawie” robi wielką różnicę).

Jeśli więc jeszcze raz usłyszymy, że przymusowa obecność licencjonowanego przewodnika w górach jest „niezbędna dla bezpieczeństwa” skwitujmy to wzruszeniem ramion i wymownym milczeniem. Mam nadzieję że nazwiska tych przewodników beskidzkich zostaną podane do publicznej wiadomości. Czy spotkają ich jakieś konsekwencje typu sąd koleżeński, odebranie uprawnień? Pytam z czystej ciekawości, bo w świetle planowanej deregulacji będzie to miało znaczenie jedynie  „wewnątrzorganizacyjne”. Choć niewątpliwie warto by znać dane tych osób, jako ostrzeżenie przed korzystaniem z ich usług.

Na koniec, nie jestem jakimś specjalistą od historii alpinizmu, ale słysząc co rusz narzekania, że delikwenci powinni płacić za własną głupotę i akcje ratunkową GOPR-u muszę pewną podstawową rzecz wyjaśnić: Górskie pogotowia ratunkowe nie są bynajmniej wymysłem współczesnego państwa opiekuńczego, gospodarującego podatkami obywateli, ale dziećmi jak najbardziej krwiożerczego, 19-wiecznego kapitalizmu. Powstawały w kurortach u zarania masowej turystyki na prostej zasadzie – góry generują gości i znaczne zyski, przeznaczmy ich niewielką część na służby ratownicze, dzięki temu góry będą przyjaźniejsze i przyciągną więcej gości.  Polecam artykuł o mającym 100-letnią tradycję Pogotowiu Górskim w Zermatt. Jak widać, wypadki zdarzały się, zdarzają i będą się zdarzać, nie jest to żadna wyjątkowo polska specyfika, poszkodowanymi są zarówno „zwykli” turyści jak i doświadczeni alpiniści a nawet przewodnicy. Ale to nie powód żeby którykolwiek kraj alpejski wprowadził podobnie drobiazgowe biurokratyczne regulacje czy też przymus przewodnicki w różnych formach, jak to się dzieje u nas.