Coghengate

Pierwszy dzień po Bożym Narodzeniu jest w Polsce… dniem ujawniania afer. Tak, to właśnie 27 grudnia 2002 r. ukazał się artykuł „Ustawa za łapówkę, czyli przychodzi Rywin do Michnika”, który zapoczątkował słynną Rywingate. Mój blog też wpisuje  się w tę nową świecką tradycję. Bohaterem dzisiejszej afery jest poseł PO Piotr van der Coghen (nazwisko po holenderskich przodkach ale człowiek swojak, urodzony w Krynicy).

W zeszłej kadencji pan poseł dał się poznać szerszej publiczności głównie jako bohater tabloidowego artykułu „Napisał ustawę dla siebie i żony?”. Ochotnicze ratownictwo górskie to zajęcie chwalebne i na ten temat wypowiadać się nie będę. Bardziej zwrócił moją uwagę fragment o tym, że jego żona, która prowadzi dwie firmy, m.in. centrum survivalu Vancroll może dzięki nowej ustawie i wsparciu męża „pozbywać się konkurencji”.   

Niedawno Piotr van der Coghen został przewodniczącym Parlamentarnego zespołu narciarstwa i turystyki z zamiarem dalszego grzebania przy ustawach. Tymczasem Dr. Piotr Cybula przyjrzał się działalności biznesowej posła i jego rodziny, i 21.12. i po prywatnym śledztwie obwieścił na swoim blogu rzecz szokującą – firma Vancroll organizuje od lat imprezy turystyczne – bez uzyskania wpisu do rejestru i stosownego ubezpieczenia! Wezwany do tablicy van der Coghen odpowiedział 25.12. grudnia następująco – czytając kilkakrotnie przecierałem oczy:

Ma Pan stuprocentową rację Panie Mecenasie! W takiej sytuacji jak wspomniana przez Pana firma, są tysiące małych firm w całym kraju zajmujących się w mikroskali rekreacją. W świetle obecnie obowiązującej ustawy organizator nawet jednego kilku-kilkunastoosobowego obozu o charakterze harcerskim JEST organizatorem turystyki i podlega jej restrykcyjnym przepisom, co jest oczywistym absurdem. Warto zaznaczyć, że głównym celem inicjatorów omawianej ustawy było zapewnienie bezpieczeństwa klientom Biur Podróży, organizujących kosztowne usługi turystyczne, daleko za granicami kraju, co w przypadku bankructwa tych firm, powodowało szalone komplikacje. Niestety zastosowany tu nieco nieszczęśliwy zapis ustawowy obejmujący wszystkich, (bez względu na skalę prowadzonej działalności) stworzył oczywistą niedorzeczność, którą dbając o normalność trzeba będzie zmienić (…)  

Jak wiecie Państwo na tym blogu opisuję od lat wiele prawnoturystycznych absurdów, ale nigdy nie uważałem za absurd tego co pan poseł. Rejestry biur podróży i ubezpieczenia od bankructwa funkcjonują wszędzie w zachodnich krajach. Można podważać ich zasadność w przypadku turystyki krajowej, nie mniej jednak nasze warunki są bardzo liberalne. Sam prowadzę biuro, nigdy nie sprawiało mi to problemów, posiadam ubezpieczenie w wersji najdroższej – na cały świat, i cena tej odnawianej co roku polisy nie jest znaczącym obciążeniem, gdyż – tu się pan poseł myli – jest ona proporcjonalna do skali przedsięwzięcia, czyli obrotów firmy. Gdyby wykupić taką polisę wyłącznie na imprezy w kraju, jej koszt dla małego biura byłby z pewnością dużo mniejszy, np. kilkusetzłotowy. Jakiś ułamek miesięcznej poselskiej diety. Oczywiście ubezpieczyciel wcześniej musiałby sprawdzić stan finansów takiego podmiotu. I tu można się doszukać pozytywu – fakt posiadania aktualnego wpisu jest dla klienta pewną wskazówką solidności czy wypłacalności.          

Przedsiębiorstwo Vancroll, jak czytamy, istnieje od 1990r. jego działalność – jeśli wierzyć przechwałkom wcale nie jest „rekreacją w mikroskali”. Dlaczego więc jej właściciele lekceważą ten obowiązek?  Możliwości są dwie. Albo kondycja firmy jest tak kiepska (np. ujemne bilanse, zadłużenie) że żaden ubezpieczyciel nie zgodziłby się udzielić gwarancji.  Albo też Piotr van der Coghen i jego żona Irena uważają się za święte krowy, mogące bezczelnie i bezkarnie kpić z przepisów. Taki poniekąd ma wydźwięk cytowana wypowiedź sprzed dwóch dni – „uważam że prawo jest złe więc mam je w nosie”.

A organizowanie imprez bez wpisu do rejestru – jako wykroczenie – bywa ścigane i karane. W 2005 roku głośna była  sprawa firmy Columbus, organizującej popularne jednodniowe wycieczki dla emerytów połączone z prezentacją produktów. Wojewoda Mazowiecki stwierdził, że powinna mieć wpis i zabronił działalności przez trzy lata. Decyzję zaskarżono do sądu, więcej tutaj. Małopolski Urząd Marszałkowski, bywał na tym poletku nie mniej gorliwy, a nawet nadgorliwy. Przed trzema laty z uporem godnym lepszej sprawy prześladował Johna Atkinsa, pioniera wycieczek rowerowych po Krakowie. Tutaj skan pisma z lipca 2008, z zarzutami bezpodstawnymi, bo organizowanie kilkugodzinnych wycieczek wpisu do rejestru nie wymaga. Czekamy więc pilnie na reakcję Śląskiego Urzędu Marszałkowskiego (delikwent ma siedzibę pod Zawierciem),  która wykaże, czy rzeczywiście w tym kraju istnieje podział na równych i równiejszych.              

Jeszcze jeden „kwiatek” Piotra van der Coghena popularny był forach branżowych przed dwoma laty, kiedy nowelizowano Ustawę o usługach turystycznych. Z rozbawieniem cytowano szowinistyczno-nacjonalistyczne odpały pana posła w stylu: „wprowadzając proponowaną poprawkę UIMLA, odbieramy przewodnikom sudeckim duży rynek niemieckich wycieczek przebywających w Karkonoszach. Sankcjonujemy także sytuację, że wycieczkę, np. Związku Wypędzonych, poprowadzi przewodnik zwany Führerem – obawiam się, że z tradycyjnym komentarzem(…)”. (Pan Piotr zakończył edukację na liceum, chyba jest kiepski z języków i dziwi się że Führer to właśnie po niemiecku przewodnik.) Rzekomo chodziło – jak tłumaczył żeby „nie stwarzać sytuacji, w której przewodnik-obcokrajowiec miałby prawo prowadzić bez jakichkolwiek ograniczeń po wszystkich górach polskich, natomiast polski przewodnik miałby ustawowe ograniczenia…” Przykro mi, ale dowolny pilot czy przewodnik z innego kraju Unii dokładnie ma takie prawo, wynika to zarówno z dyrektyw europejskich jak i z faktu że imprezy biur zagranicznych polskim regulacjom nie podlegają. Patrz nr 5. z 10 przykazań deregulacyjnych.

Coghengate to z pewnością sprawka zbyt błaha, aby – na wzór innych głośnych afer  powoływać w Sejmie jakąś komisję śledczą. Jednak powinna zająć się tym Komisja Etyki Poselskiej. Jest rzeczą głęboko niesmaczną, że na czele zespołu mającego zmieniać prawo turystyczne stoi ktoś o takim braku wiedzy, zaściankowej mentalności, kto sam bez zażenowania obwieszcza swoją pogardę dla obowiązującego prawa.

Na koniec też mam do Piotra van der Coghena pytania:  Skoro „oczywistym absurdem” i „nieszczęśliwym zapisem” nazywa Pan stosunkowo prostą i krótką formalność rejestracji biura, to dlaczego w toku prac nowelizacyjnych w 2009 roku nie walczył Pan o zniesienie dużo cięższych absurdów związanych z przewodnictwem, których opisy może Pan znaleźć m.in. w archiwach tego bloga?  Jak ten, że ktokolwiek zechce się podjąć nawet prostych czynności przy pilotowaniu wycieczek musi kończyć czteromiesięczny kurs i zdawać państwowy egzamin? Jak bezsensowne ustawowe rozgraniczenie fukcji pilota i przewodnika, choć projekt ich połączenia był pierwotnie rozważany? Jak sprzeczny z konstytucją i zdrowym rozsądkiem przymus przewodnicki w miastach i urządzanie w nich „łapanek ulicznych”? I skoro tak Panu doskwiera owa „odwrotna dyskryminacja” polskich obywateli we własnym kraju, dlaczego Pan nie lobbował za jej zniesieniem w najprostszy sposób – wzorem Niemiec, Anglii i innych nowoczesnych krajów – uwolnieniem również i u nas zawodów przewodnickich? Pozdrawiam!
Maciej Zimowski

Aktualizacja 28.12. W kolejnej notce Dr. Cybula również krytykuje niepraworządność P. van der Coghena, przy okazji zwracając uwagę, że podważane przez niego przepisy są koniecznością wymuszoną przez jedną z unijnych dyrektyw. Tak marginesie – nie ma żadnej dyrektywy nakazującej licencjonowanie przewodnictwa, którego pan poseł jest zwolenikiem.   

4 Komentarze

  1. Panie Pośle. Na swojej stronie internetowej pisze Pan jednak, że firmę tę prowadzi Pan wraz z żoną. Czy jest to więc firma jednoosobowa? Firma ta jest zresztą częścią „Konsorcjum van der Coghen”. Zgodnie z definicją słownikową konsorcjum to: „organizacja zrzeszająca kilka podmiotów gospodarczych na określony czas, w konkretnym celu. Konsorcja są tworzone najczęściej w przypadku bardzo dużych lub ryzykownych inwestycji” (wikipedia). Ta jak Pan twierdzi jednoosobowa firma posiada dwudziestoosobową kadrę (tak wynika z informacji na stronie internetowej).
    Pozostawiam do rozważenia, dystansując się od retoryki niniejszego bloga.

  2. Wypada raczej zadać pytanie, dlaczego w toku prac nowelizacyjnych w 2009 roku poseł tak zawzięcie walczył o utrzymanie szkodliwych społecznie absurdów związanych z przewodnictwem? Prowadziłem wtedy z posłem dość obszerną korespondencję, w której wykazałem jak szkodliwe jest państwowe licencjonowanie przewodnictwa i jakim hamulcem dla rozwoju turystyki jest przymus przewodnicki stosowany wobec organizatorów różnych form turystyki, szczególnie kwalifikowanej turystyki wędrownej. Niestety, nie dał się przekonać.

  3. W moje notce wyraźnie oddzieliłem fakty od komentarzy i jeśli Panu się klimat tychże nie podoba – przykro mi. Pełniąc funkcje publiczne trzeba się liczyć z krytyką. Proszę przeczytać sobie komentarze innych – np. szefowej Małopolskiej Organizacji Turystycznej – wpis na blogu dr Cybuli, jej się też nie podoba cyniczny klimat Pana wypowiedzi. Każdy rozsądny skomentuje to podobnie.

    Do tego że Vancroll powinien podlegać rejestracji jako touroperator sam Pan przecież potwierdził wpisem z 25.12. więc nie wiem skąd taka nagła wolta. Sam też prowadzę jednoosobową firmę turystyczną, i jak co najmniej tysiąc albo więcej podobnych przedsiębiorców zarejestrowałem się i wykupuję co roku polisę. Nieprawda że są podobne wymagania wobec dużych i małych – koszt polisy jest proporcjonalny do obrotów. O sprawie został powiadomiony Śląski Urząd Marszałkowski i mam nadzieję że procedura sprawdzania tego faktu zostanie rozpoczęta.

    Za zaproszenie do Zespołu dziękuję, oficjalne pismo prześlę.

  4. Przyznam szczerze, że nie nie bardzo odpowiada mi klimat powyższego posta mieszający obelgi z insynuacjami a te z faktami. Zastanawiam się też czy wspomniana wyżej, 1-no osobowa firma,(która nie jest bynajmniej żadnym biurem turystycznym), nie jest czasem dobrym przykładem niedoskonałości obecnego prawa i argumentem aby rozpocząć nad nim rzeczową dyskusję. Dyskusję, czy właściwym jest traktowanie tą samą miarą organizatorów małego, kilkuosobowego obozu skautowego – jak i potentata o milionowych obrotach, organizującego setki wczasów we wszystkich krajach świata, obarczonych dużym ryzykiem finansowym i logistycznym.
    Przy okazji chciałbym wyjaśnić, że Zespół Parlamentarny nie jest komisją zajmującą się procedowaniem ustaw, a jedynie moderatorem forum organizowanego do wysłuchania na terenie sejmu różnych, ścierających się poglądów różnych środowisk. Sądzę, że kontrowersyjna kwestia przewodnictwa jako zawodu regulowanego jest doskonałym tematem na posiedzenie takiego Zespołu. Informuję, że planujemy zorganizowanie takiego forum na początku roku gdzie zaprosimy zarówno przedstawicieli środowisk przewodnickich, jak i przedstawicieli stowarzyszeń zdecydowanie przeciwnych traktowaniu przewodnictwa jako zawodu regulowanego aby umożliwić obu stronom oficjalne i bezpośrednie przedstawienie stanowisk. Spodziewam się na nim gorącej dyskusji, ale wyłącznie na rzeczowe argumenty, które mogły by stanowić pomysł na sugestię mądrej i wyważonej regulacji obecnego prawa.
    Przedstawicieli Stowarzyszeń zainteresowanych takim spotkaniem – proszę o kontakt na piotr.vandercoghen@sejm.pl Pozdrawiam.
    Piotr van der Coghen