Krasnolud Rydzyk i Królewna Neoesbecja, czyli Toruń wita!

Dziennikarz jak wiadomo, korzysta w Polsce z wolności uprawiania swojego zawodu, i może pisać czy gadać dla niepomiernie większej, niż jakiś tam śmieszny przewodnik, publiczności, bez wcześniejszego kończenia kursów i zdawania egzaminów przed „leśnymi dziadkami”. I tragedii nie ma, są różne mechanizmy które kontrolują i uzupełniają obieg medialny. Zarówno formalne (prawo prasowe) jak i społeczne – blogosfera. Wszakże jednym z głównych  powodów założenia tego bloga w 2008 była kontra wobec beznamiętnie powtarzanych w prasie formułek o licencjonowaniu przewodnictwa w całej Europie, konieczności polowania na „nielegalnych przewodników” i tym podobnych bzdur.   

Podsumujmy, jak media poradziły sobie z problemem w mijającym turystycznym sezonie. Gazeta Wyborcza na tróję z minusem: jej wrocławski i lubelski oddział wyśmiały i napiętnowały te praktyki, ale żadne intensywniejsze śledztwo za tym nie poszło. Rzeczpospolitej dam czwórkę z plusem – była wprawdzie wpadka, ale potem artykuł o niekonstytucjonalności przymusu przewodnickiego a teraz dziennik jest w awangardzie walki o uwolnienie zawodów – właśnie utworzono podstronę rp.pl/deregulacja a tam cytat z mojego bloga i jeszcze jedna ciekawa wypowiedź na temat przewodnictwa.  

Nie wszędzie jest jeszcze równie dobrze. Mamy taki prowincjonalny region – mowa o Pomorsko-Kujawskim, w którym przewodnicy niekoniecznie popisują się fachowością o czym możemy posłuchać w tym wywiadzie (począwszy od minuty 5:45) za to urzędnicy od lat przodują w inwigilowaniu przyjezdnych, urządzaniu ulicznych łapanek i robią cyrk wokół „poszukiwań yeti” jak to skomentowała toruńska blogerka we wrześniu 2009. Tego lata było nie lepiej, na łamach lokalnych gazetek: Ekspressu Bydgoskiego tutaj oraz toruńskich Nowości tutaj i tutaj  Joanna Pociżnicka i Katarzyna Bogucka opublikowały kolejne pro-korporacyjne agitki. Już pomijam drobiazg, że też nie znały aktualnej treści ustawy i powieliły stare przepisy o grupie 10 osób. „Pokaż papiery albo zamilcz…” trudno sobie wyobrazić bardziej idiotyczny tytuł. Po prostu neoesbecka bezczelność w najczystszej postaci.  

Rozwinę nieco ten temat. Za komuny, aż do jej schyłku w 1989r. zawód pilota i przewodnika był wysoce upolityczniony a obsługa turystów podlegała kontroli przez Służbę Bezpieczeństwa i każdy kto miał styczność z cudzoziemcami musiał współpracować z jej aparatem. Szczegóły ciekawie opisuje to na swoim blogu dolnośląski tłumacz i przewodnik „krkonos”:

W  pamiętnym 1989 r., jakoś późną wiosną, zostałem zaproszony na rozmowę z kapitanem SB. (…) Esbek rozpoczął od przedstawienia mi listy moich wykroczeń (oczywiście, że w dalszym ciągu handlowałem walutą (…)  następnie kazał podpisać zobowiązanie utrzymania odbywającej się rozmowy w tajemnicy i zaproponował kolejne spotkania. Co ciekawe, najbardziej interesowały go nie wycieczki, jakie prowadzę, ale panujące w Juventurze układy. Na moją sugestię, że raczej nie jestem nimi zainteresowany, stwierdził że w związku z tym najpewniej nie będę miał możliwości kontynuowania pracy jako pilot wycieczek zagranicznych. (…)  Nadał mi też – co mnie najbardziej rozbawiło – „pseudonim operacyjny”: oto będę dla Służby Bezpieczeństwa „Juliuszem”(…) Piszę o tym przede wszystkim dlatego, że od moich kolegów z całej Polski, zajmujących się w podobnym okresie pilotowaniem wycieczek, wiem, że i im nie układało się inaczej: sprawozdania z przebiegu imprezy turystycznej były normą, spotkania z esbecją w hotelach i poza nimi – na porządku dziennym. Dzisiaj wiem również, ilu i którzy kelnerzy, recepcjoniści z hoteli Orbisu, taksówkarze, portierzy etc. byli na tzw. pasku SB. Takie to czasy były – a przecież mówię tu o schyłkowym okresie realnego socjalizmu w Polsce.

Wiem że wchodzę tu na dość śliski grunt, uprzedzam więc że nie mam jakichś prawicowo- lustracyjnych fobii. Rozumiem że czasy były takie a nie inne. Ba, nawet cenię sobie publicystykę Jerzego Urbana. Zwracam jednak uwagę że po owym 1989r. bynajmniej nie zapędzał ludzi przy pomocy ZOMO do kiosków i nie nakazywał im kupować swojego „Nie”. Pisał poczytne teksty i na tym zrobił interes. Tymczasem liczni domorośli urzędnicy od turystyki wciąż żyją mentalnie w poprzedniej epoce. Chcą zamykać usta ludziom „bez papierów”, zmuszać do płacenia za figurantów, cenzurować treści przekazywane podczas oprowadzania (patrz tutaj) bądź też bawią się w szpicli, jak pisze pewien forumowicz pod artykułem w Nowościach:             

Jestem pilotem wycieczek. Często bywam kontrolowany, gdy prowadzę grupę już po zwiedzaniu (z zamówionym przewodnikiem) na parking do autokaru. Podchodzi jakiś wymięty człowiek w rozchełstanej koszuli, pokazuje jakiś zalaminowany świstek i twierdzi że jest kontrolerem z Urzędu Marszałkowskiego. To jest dopiero wstyd dla Torunia!  

Jak wiecie, jutro jadę do tego miasta na branżowe spotkanie. Ciekaw jestem czy spotkam tam niejakiego Henryka Miłoszewskiego, prezesa Oddziału Miejskiego PTTK w Toruniu. Który w wywiadzie dla „Nowości” błysnął prawdziwie złotymi myślami:

U nas często za opisywanie miasta biorą się ludzie do tego nieprzygotowani. Będę może brutalny, ale niektórzy opowiadają turystom bzdury, plotą, co im ślina na język przyniesie. Albo przechodzą obok Krzywej Wieży i mówią: „Oto Krzywa Wieża” i idą dalej. Mylą ratusz z kościołem, plączą fakty. Ludzie, którzy nielegalnie biorą się za prowadzenie wycieczek, mogą się spodziewać wysokich mandatów.   

Będę równie brutalny i odpowiem: A co cię gościu obchodzi, co obce osoby  mówią do siebie na ulicy? Nie twój zafajdany interes. Kto cię tego nauczył, kapitan SB? Wiedz, że podsłuchując treści dla ciebie nie przeznaczone naruszasz cudzą prywatność. Mamy wolność słowa, dzięki której miliony ludzi np. kupują szmatławe gazetki z durnymi plotkami, może akurat tamci turyści też mieli ochotę posłuchać wiadomości pomylonych i poplątanych. Uważasz że robisz coś lepiej, to konkuruj jak każdy inny podmiot na rynku, a nie wysługuj się jakimś karykaturalnym, branżowym „ZOMO”.  

Oby 2011 był już ostatnim sezonem „Wymiętych ludzi z zalaminowanymi świstkami”. Wieści o rychłym zniesieniu reglamentacji usług przewodnickich roznoszą się szybko. Właśnie artykuł o tym opublikowali na swoim portalu historycy, ciesząc się, że będą mogli swobodnie przekazywać swoją wiedzę na ulicach miast. Aleluja i do przodu!

Przewodnik turystyczny na politycznych salonach

Teraz nie będzie już chyba dnia bez ciekawych newsów… O reakcjach polityków na rządowe plany uwalniania zawodów donosi Informacyjna Agencja Radiowa. Tak jak spekulowałem wcześniej, opozycyjny PiS nie będzie przeszkadzał rządowi w ich realizacji, a nawet zazdrości premierowi że niczym „surfer wbił się na falę”. Przydałoby się małe tsunami… A jaki zawód został wymieniony w pierwszej kolejności i po imieniu? Małgorzata Kidawa-Błońska z Platformy Obywatelskiej podkreśliła, że zmiana przepisów będzie miała duże znaczenie dla młodych ludzi, wchodzących na rynek pracy. „Uregulowanie ma zawód przewodnika turystycznego, który chyba nie wymaga licencji ani specjalnego traktowania” – zaznaczyła.

I oto właśnie chodzi! Uwolnienie zawodu przewodnika z pewnością nie spowoduje jakiejś rewolucji na rynku pracy, ale powinno stać się symbolem zmian. Bo w tej wąskiej branży, natężenie absurdów jest – póki co, chyba najbardziej jaskrawe.   

Swój komentarz do Rzeczpospolitej napisał właśnie Ł. Warzecha. Od redaktor J. Ojczyk też otrzymałem zapewnienie publikacji mojej wypowiedzi.

Będą uwalniać? Byle realnie a nie „wirtualnie”!

Dziś znów dobre wieści. Wszystkie portale podały za „Rzeczpospolitą” informacje o rządowych planach uwalniania zawodów. Cytuję interesujący nas fragment z artykułu na pierwszej stronie: dla ok. 70 zawodów, m.in. pośrednika nieruchomości, przewodnika pozostaną jedynie wymagania formalne bez konieczności komisyjnej weryfikacji wiedzy. A Tomasz Pietryga w komentarzu na 2 stronie dodaje: Część reglamentowanych profesji swoimi korzeniami tkwi głęboko w PRL, gdzie pieczątki i zaświadczenia były podstawą funkcjonowania. (…) Sztandarowym bodaj przykładem koncesjonowania zawodu jest przewodnik turystyczny. Varsavianista, podobnie jak historyk sztuki, ma zgodnie z polskim prawem zbyt niskie kwalifikacje, aby oprowadzać wycieczki po Warszawie. A gdyby mimo wszystko chciał to robić, grozi mu za to surowa grzywna. Dyskusja także tutaj.

W tym momencie lekko mnie zatkało, pragnę przypomnieć że to właśnie dziennik Rzeczpospolita jako chyba jedyne ogólnopolskie medium pół roku temu aktywnie uczestniczył w żenującej nagonce m.in. na owych Varsavia- czy innych hobbystów dzielących się wiedzą na ulicach miast – patrz notka z 29. maja. Na moją prośbę napisania polemicznego artykułu otrzymałem od adwokata ówczesnego Red. Naczelnego odpowiedź odmowną - patrz skan pisma. Dziś, kiedy Pan Lisicki nie jest już Naczelnym a autorka artykułu  Joanna Ojczyk prosi o sygnały o patologiach proszę o ponowne rozpatrzenie mojego pisma i udostępnienie łamów na streszczenie mojej pracy przy dokumentacji owych patologii.

Niemniej jednak to miło, że sprawa absurdów przewodnickich nie jest już wyłącznie „śmiesznym, ogórkowym newsem” tylko trafia na czołówki gazet. Ale od razu pojawia się niepokój: Co to mają być te „wymagania formalne” wobec pilota czy przewodnika? Wiem że rzeczywiście, także wśród młodych, ów PRL-owski „kult pieczątki i zaświadczenia” wciąż rządzi. Kiedy Ministerstwo spóźniało się z wydaniem jakichś rozporządzeń, założyli nawet grupę na facebooku, skarżąc się, że bez  istnienia tych paragrafów… nie mogą pracować. Trzeba więc uważać aby obecne regulacje nie zostały zastąpione jakimiś innymi, jeszcze bardziej nieprzejrzystymi. Aby zastępy pseudoekspertów nie ruszyły do formułowania kolejnej idiotycznej legislacyjnej twórczości. Jak tej, którą mamy teraz w ustawie, np. że „pilot” może przekazywać „podstawowe” informacje krajoznawcze, a przewodnik – w domyśle jakieś „niepodstawowe”.          

Oczywiście w dzisiejszych publikacjach mówi się ogólnikowo o dziesiątkach zawodów, pełnionych pełnoetatowo, gdzie posiadanie wiedzy czysto akademickiej jest niezbędne, a dyskusja na forum dotyczy głównie architektury i budownictwa. Pilot czy przewodnik to funkcje pełnione na zlecenie ograniczone czasem trwania wycieczki i zasady ich uprawiania winny być takie jak w przypadku aktora czy dziennikarza – decydują talent i umiejętności, a szkolenia czy kursy owszem, ale fakultatywnie a nie jako „wymóg formalny”. Dziennikarze niech proszą piękną Panią Minister Sportu i Turystyki o jasną deklarację w tej sprawie.     

Śmieszy mnie też tytuł artykułu „Rząd zdejmie młodym korporacyjne dyby”. A dlaczego niby tyko młodym, jakiś aging? Raczej powielanie pewnej medialnej kliszy. Owszem, praca dla absolwentów studiów to kwestia aktualna i paląca, ale nie na tym się problem kończy! Organizacja turystyki to świetne dorywcze zajęcie dla ludzi w wieku średnim czy emerytalnym, owych hobbystów i pasjonatów o znacznej wiedzy i doświadczeniu którzy nie mogą się dziś podjąć oprowadzania nawet na kilka godzin bez uprzedniego opłacenia wielomiesięcznych kursów. Trzeba z tym skończyć, tak samo jak ulicznymi kontrolami, które są kontynuacją tradycji nawet nie tyle PRL-owskiej, co esbeckiej!   

Rząd uwolni 190 zamkniętych zawodów? Patrzmy im na ręce!

„Uwolnionych zostanie połowa zawodów regulowanych”. Usłyszeliśmy to właśnie z ust Donalda Tuska w trakcie sejmowego expose, i możemy przeczytać na stronie jego kancelarii. 

Akurat przy realizacji tej obietnicy Premier może liczyć na poparcie dwóch największych  partii opozycyjnych. Zniesienie uciążliwych koncesji i licencji zapisano w programie Ruchu Palikota, do otwierania zawodów nawołuje też PiS. I właśnie – jak widać w stenogramie, podczas debaty nad expose – to z prawej strony sejmowej sali padły głosy ponaglające Rząd do skuteczniejszych działań w tym kierunku (Ludwik Dorn, Beata Kempa). Bardzo konkretne pytanie zadał Poseł Maciej Małecki:

„…Wspomniał pan dzisiaj, że ta liczba zostanie zmniejszona o połowę czyli o ok. 190 zawodów. Chciałbym wiedzieć jakie to konkretnie będą zawody, do których ułatwi Pan wejście młodym ludziom, i który minister będzie odpowiedzialny”. Czekamy na odpowiedź, o liście zawodów uwolnionych w Grecji – dopiero co pisałem.             

Oczywiście zdaje sobie sprawę że obietnice jedno, realia drugie. Niemniej jednak to miła, historyczna chwila. Potrzeby, o których do tej pory pisałem na blogu i witrynie wolnezawody.org zostały wreszcie wyartykułowane przez rządzących.

I niechby tych zawodów uwolnili tylko np. 100 albo nawet 50 po prostu nie wyobrażam sobie, aby jednymi z pierwszych nie były: przewodnik turystyczny i pilot wycieczek. Historia absurdów związana z ich regulacją wypełnia bogate archiwa tego bloga. Właśnie odkryłem jeszcze jedną ciekawą koincydencję. Kraje europejskie w których zwykło się stosować podobne do polskich piętrowe regulacje i policyjne szykany wobec osób oprowadzających turystów – to dokładnie te, którym ze względu na ich marną sytuację budżetową, ekonomiści nadali pogardliwe miano „PIGS”- państwa świnie:    

To zresztą zadziwiające i krzepiące, że hasło deregulacji zawodów stało się wreszcie modne i powtarzane przez najróżniejsze ugrupowania od „liberalnej lewicy” (Palikot) do środowisk konserwatywno-prawicowych. Bardzo mądry artykuł „Praca dla wybranych” przeczytałem właśnie na łamach Gościa Niedzielnego. Większość opisanych tam problemów dotyczy zawodów prawniczych ale i na temat naszej branży ciekawie wypowiedział się Andrzej Sadowski z Centrum im. Adama Smitha, który widzi w regulacji zawodów brak odporności instytucji publicznych na wpływy, a nie troskę, jaką klientów otaczają politycy. – Przykładem jest choćby branża turystyczna, w której coraz ostrzejsze kryteria nie powodują zmniejszenia ilości bankructw (…) Komuniści mówili, że Polacy nie dorośli do demokracji zachodniej. Teraz chce się nam wmówić, że nie dorośliśmy do deregulacji zawodów.

Za pracę nad interesującym nas odcinku będzie odpowiadać oczywiście nowo powołana na stanowisko Minister Sportu i Turystyki Joanna Mucha. I tutaj mała podpowiedź: Chyba mało kto o tym wie, ale to właśnie Pani resort ma już na swoim koncie kilka udanych deregulacji. Bez wielkich fanfar i rozgłosu zlikwidowano państwowe uprawnienia „instruktora rekreacji ruchowej i kilku innych zawodów okołosportowych”. Ciekawe dyskusje i wyciągi z ministerialnych dokumentów można znaleźć na forach kajakarzy np. tutaj czy tutaj, wspomniałem też o tym w niedawnym piśmie do Ministerstwa. Czekamy na odpowiedź i kolejne spektakularne „pogrzeby”.

Zauważyłem niedawno w rozmowach, że nawet zwykli ludzie nie związani z branżą turystyczną doskonale kojarzą problem – tyle już było w mediach opisów skandalicznych zachowań służb kontrolujących osoby opowiadające coś innym o mieście, czy wspieraniu korporacji przewodnickich zmuszających do korzystania ze swoich usług. Szybkie załatwienie tej sprawy z pewnością dodałoby Pani punktów i poprawiło wizerunek na nowym stanowisku.

Mój patriotyzm

W ostatni długi weekend różnie manifestowaliśmy swoją miłość do Ojczyzny. Podczas kiedy inni wesoło uganiali się po ulicach Warszawy, ja przysiadłem fałdów i dołożyłem trochę starań, aby przynajmniej w aspekcie regulacji zawodów turystycznych Polska opuściła niechlubny klub krajów najbardziej popsutych, skorumpowanych i targanych kryzysami.  

Poniżej trzy pisma wysłane do instytucji, które – mam nadzieję, potraktują je z należytą powagą. O wszystkim będę na bieząco relacjonował.

Podaję linki do dokumentów, w wersji papierowej do każdego dołączyłem sporo załączników. Każdy kto regularnie czyta mojego bloga wie, o jakie teksty chodzi.

List do Ministerstwa Sportu i Turystyki


List do Urzędu Marszałkowskiego Województwa
Małopolskiego

List do Dyrektora Tatrzańskiego Parku
Narodowego

Grecja uwolniła zawód przewodnika! Kto następny?

Latem – wiadomo, roboczy sezon – nie śledziłem zbyt intensywnie prasy, tymczasem na południu Europy działy się ciekawe rzeczy. Usunięcie tablic na rynku we włoskiej Sienie – o czym pisałem trzy notki niżej jest niczym wobec tego co się wydarzyło w Grecji. Wiadomościami z tego kraju jesteśmy dziś bombardowani codziennie. Media donoszą o pęczniejącej przez lata korupcji, groteskowej biurokracji, „bolszewiźmie gospodarczym” oszustwach… Kto przy takiej skali problemów zajmował by się losem jakichś tam przewodników turystycznych. Weźmy to pod lupę.    

W natężeniu regulacyjnych absurdów, i szykanowania przyjezdnych pilotów grup Grecja od lat dzierżyła niechlubną palmę pierwszeństwa. W archiwalnym artykule w der Spiegel z 1983r. czytamy o mandatach wlepianych za pokazywanie palcem kiosku z lodami czy też o przepisach na wyspie Korfu które wręcz zabraniają pilotowi podróżowanie ze swoimi gośćmi dalej niż 5 km od hotelu. Czytamy też o pierwszych próbach walki niemieckich eurodeputowanych z dyskryminacją, która – jak wiadomo – zakończyła się uchwaleniem dyrektywy uznaniowej. Respektowanej w Grecji z oporem bo na forum pilotów jeszcze w czerwcu br. pojawiały się – inna sprawa na ile prawdziwe – ostrzeżenia o „doprowadzaniu w kajdankach” i wysokich grzywnach.

A teraz ciekawostka: na stronie głównej touristguides.gr  widnieje seria takich zdjęć: 

Tak, to… strajkujący greccy przewodnicy! Tyle że te zdjęcia są stare pochodzą z 2009r. kiedy zaledwie uchylono furtkę do zawodu – zezwolono oprowadzać po miastach czy ruinach absolwentom historii sztuki i archeologii. A już rozsierdziło to kastę uprzywilejowanych, obawiających się o swoją „żyłę złota”. Okazało się to zaledwie preludium. Bowiem, – tak proszę państwa – aby uzyskać pakiet pomocowy Grecja została zmuszona do otwarcia ponad setki zamkniętych zawodów! Ich dokładną listę możemy znaleźć tutaj (w greckim oryginale) albo po polsku tutaj (koślawe ale zrozumiałe tłumaczenie google). Pod numerem 65 figuruje Ξεναγός (ksenagos) czyli przewodnik turystyczny. Odtąd jest to jeden z wielu zawodów, który można w tym kraju uprawiać bez żadnych urzędowych regulacji. Można się oczywiście spodziewać, że system nadal broni się rękami i nogami. Nie jeżdżę do tego kraju i nie znam realiów z pierwszej ręki, będę wdzięczny za wszelkie doniesienia.

Kto następny? Media donoszą o narastających problemach Włoch i proszę, już można znaleźć pierwsze symptomy zmian w prawie – jak choćby w tym artykule – podstawiony pod ścianą Berlusconi zapowiada otwieranie kolejnych gildii zawodowych celem zwiększenia konkurencyjności. Będziemy obserwować!   

Wynika z tego pewien wniosek natury ogólnej.  

W pewnym „naukowym” opracowaniu przeczytałem kiedyś że regułą jest licencjonowane przewodnictwo w krajach recepcyjnych (przyjmujących turystów) a nieregulowane w krajach „emisyjnych”. Uproszczenie wyjątkowo mylące. Nawet nie chodzi o to, że „recepcja” krajów od zawsze wolnych (Niemcy, Holandia. Wlk Brytania) jest również pokaźna. Prawidłowość tę należy wyrazić następująco: Przewodnictwo jest zawodem wolnym w krajach o najbardziej prężnych gospodarkach, przyjaznym prawie i wysokiej świadomości obywatelskiej.  Przewodnictwo jest obarczone regulacjami w krajach o gospodarce słabej, ze źle funkcjonującym państwem, przerostem  biurokracji i powszechnej korupcji. Owszem, tak się składa, że te drugie leżą często w strefach cieplejszego klimatu. Odsyłam do artykułu o wakacyjnych „rajach bez godnego życia”. Rzeczywiście, kiedy wszelkie bariery regulacyjne w krajach unijnych znikną, chcąc dalej utrzymywać licencje będzie można odwoływać się do przykładów trzeciego świata lub obszaru postsowieckiego.         

Również i w polskiej prasie relacjonowano greckie otwieranie zawodów. Uśmiałem się czytając tytuł „Grecja znosi niesprawiedliwe ograniczenia…” I co jest w tym niby śmiesznego? A to, że w Grecji są nagle „niesprawiedliwe” a pisząc o tym samych regulacjach w polskiej turystyce przez lata, nasi urzędnicy i dziennikarze zarzekają się jakie jest to potrzebne dla „wysokiego poziomu usług…” i tym podobne bzdety. Już niedługo!

Bo ze smutnej greckiej bajki płynie jeszcze jeden morał. Kiedy reglamentacja zawodów osiąga pewien krytyczny, szkodliwy dla gospodarki poziom – a jak wiadomo – z tym i w Polsce mamy do czynienia, w końcu następuje drastyczne cięcie i zawody uwalnia się hurtem, nikt się nie roztkliwia nad jakimiś śmiesznymi pilotami czy przewodnikami. 

Wolne przewodnictwo na VII FPiP

Dostałem zaproszenie na imprezę pod szumną nazwą „VII Forum Pilotażi i Przewodnictwa”, a mój referat ujęty jest w jego programie na piątek 2 grudnia, o czym można przeczytać tutaj. Zastanawiałem się czy jest sens tam jechać, poświęcać czas… Znając dotychczasową działalność tego towarzystwa, moja obecność tam będzie niczym wykład współczesnej geografii na zebraniu sekty wierzących i głoszących że Ziemia jest płaska.

Niemniej jednak zaproszenie przyjąłem z przyczyn praktycznych – jak wiadomo, nic tak dobrze nie wpływa na pracę jak „dedlajn” a przez ostatni czas nagromadziło się sporo zaległości. Tak że proszę zaglądać, często będę teraz dodawał nowe materiały.