A nie mówiłem? Przyszli po was. Brońcie wolności słowa!

„Kiedy przyszli po Żydów nie protestowałem. Nie byłem przecież Żydem (…) Kiedy przyszli po mnie, nikt nie protestował. Nikogo już nie było.” Znacie zapewne tę złowrogą frazę, odmienianą w publicystyce na różne sposoby. Jej autorem jest więzień Dachau – Martin Niemöller.

Ależ się nam media rozkrzyczały: Swobodna ekspresja w Internecie zagrożona! Cóż, dziś po przeczytaniu szeregu protestów na temat uchwalonej właśnie przez sejm ustawy medialnej – najpierw w radiu tok.fm,  popularnym serwisie prawnym vagla.pl a dzisiaj artykułu na pierwszej stronie portalu gazeta.pl mogę z gorzką satysfakcją powiedzieć: Kiedy donosiłem o karykaturalnych nadużyciach prawa turystycznego – nie protestowaliście. Teraz przyszli „po was” – czyli – jak szacują dziennikarze, 6,5 mln polskich internautów oglądających przekazy wideo i dziesiątki tysięcy internautów tworzących własne materiały audiowizualne.

Opis poruszanych problemów, retoryka artykułów – wszystko co na ten temat piszą w odniesieniu do internetowych publikacji audiowizualnych jest niemal identyczne z tym, co piszę od ponad dwóch lat w odniesieniu do przewodnictwa turystycznego. To też przekazywanie informacji, tyle że w sposób technologicznie bardzo prosty – osobiście, bez pośrednictwa elektronicznych czy papierowych mediów. 

Dokładnie rok temu, 13 marca 2010 opublikowałem notkę „Układanie bukietów tylko z licencją”. W jej zakończeniu znajdziecie słowa, które  powtórzę je jeszcze raz:

Wszystko, co powyżej napisałem jest fikcją, ale lada dzień może zdarzyć się naprawdę. (…)  Jutro podobnymi szykanami mogą zostać objęte dowolne grupy zawodowe, rzemieślnicze czy hobbystyczne – od aktorów po wyplataczy makatek. Dzieje się tak, gdyż opinia publiczna jest kompletnie obojętna na psucie prawa, dominuje myślenie „to jest drobny problem branżowy, który mnie nie dotyczy”. Do momentu aż boleśnie zacznie dotyczyć.

Prorocze, prawda?

Autorów wymienionych artykułów i innych zainteresowanych zapraszam do przejrzenia archiwum bloga, możecie się mocno zdziwić, że nie odkrywacie Ameryki. Skomentuję parę szczególnie udanych fragmentów z gazety.pl.
Waglewski podsumował: Dzisiaj moje działania w zakresie rozpowszechniania informacji mieszczą się w konstytucyjnych prawach i wolnościach. Skoro nie naruszam dziś żadnych zasad i nie muszę się zgłaszać do żadnego wykazu, a po wejściu tej ustawy będę musiał, to jest to ingerowanie w sferę chronioną konstytucyjnymi prawami i wolnościami. Panie Waglewski, nie zna Pan historii ustawodawstwa. W 1997 r. identycznie mogli powiedzieć ci, którzy –  po upadku komuny, w nowych realiach gospodarczych z sukcesem rozwinęli swoje przedsiębiorstwa turystyczne, a którym po 8 latach wolności nagle narzucono gorset dawnych PRL-owskich przepisów. Którym zabroniono powiedzieć czegokolwiek do turystów na ulicy bez państwowej koncesji. A do ich egzekucji ochoczo wzięli się pozostający bez pracy urzędnicy ancient regime’u i nieudacznicy, których usług nikt nie chce kupić.  Wolność słowa? Wolne żarty. Nikt wtedy nie protestował .  

Lektura mojego bloga może też pomóc wyjaśnić szereg wątpliwości. Dziennikarze piszą: – Nadal nie wiadomo dokładnie kogo ta ustawa ma dotyczyć i jakie będą jej skutki. Ogromne zagrożenie, to oddanie Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji możliwości interpretowania niejasnych przepisów ustawowych.

Nie wiadomo? Wiadomo. Dla większej klarowności, przytoczę jeszcze ciekawy, rzeczowy komentarz jednego z internautów:

Narzucenie użytkownikom przekazu internetowego takich samych koncesyjnych obostrzeń, jakim podlega ograniczony technologicznie, bądź zmonopolizowany przekaz medialny wypomniane gwarancie praw i wolności tym użytkownikom odbiera. Może więc być to uzasadnione wyłącznie dążeniem do pogwałcenia elementarnych praw i wolności obywateli charakterystycznym dla najbardziej totalitarnych i zbrodniczych systemów politycznych.

Ustawa o usługach turystycznych też z definicji dotyczy tylko firm. Tymczasem jej zapisy rozszerza się na ogół obywatelskiej aktywności. To co miało służyć ochronie interesów klientów działających w Polsce  komercyjnych biur podróży, zinterpretowano a rebours, wykorzystano jako przykrywkę do łamania praw obywatelskich przez państwowe służby i obronie interesów lokalnych „mafii przewodnickich” – wymuszanie zakupu od nich niechcianych i niepotrzebnych usług. Gnębieniu przedsiębiorców osiągających sukcesy przez oferowaniu usług odbiegających od przestarzałej, urzędowo zatwierdzonej sztancy. Mało tego – turystyczne wydziały urzędów marszałkowskich oficjalnie ogłaszają się, że są czymś w rodzaju… policji politycznej, o czym można przeczytać np. w tym fragmencie pisma. Niby nie ma cenzury a szeregowy urzędnik wymyślił sobie że będzie kontrolował i decydował co i jak wolno turystom opowiedzieć, czego nie. Czy chodzi o szerzenie jakiejś pornografii i pedofilii? Nie… przyjezdnym nie wolno pozostawiać pola do interpretacji… i nie wolno „rozpowszechniać niesprawiedliwych i kłamliwych treści…” – czyli żyjemy nadaj w głębokim PRL-u.    

Nie wyobrażam sobie jak ustawodawca planuje wdrożyć to w życie i skutecznie egzekwować. To kolejne martwe przepisy, które w zależności od sytuacji będą wykorzystywane do selektywnej nagonki na wybrane podmioty – ocenia nowelizację ustawy Grzegorz Tomasiak, prezes zarządu Wirtualnej Polski

Tu brawo za spostrzegawczość. Jak są wykorzystywane przepisy o przewodnictwie – widzimy od lat. To nic, że zapisy ustawowe dotyczą przewodników, którzy swoje usługi oferują zawodowo, a organizatorzy mogą ale nie muszą ich zatrudniać. I nie da się tego ocenić, bez wcześniejszego sprawdzenia dokumentacji imprezy, treści zawartych umów czy ktoś rzeczywiście formalnie funkcję przewodnika według ustawowej definicji wykonuje. Służby ubzdurały sobie że kontrolowany z pogwałceniem prywatności i zagrożony mandatem ma być każdy, kto coś do innym opowiada na ulicy. Szykanowani i karani są nauczyciele, wykładowcy, organizatorzy społeczni, biura zagraniczne, a nawet osoby prywatnie oprowadzający swoich znajomych, których te zapisy kompletnie nie dotyczą. Wszystko robione jest z otwartą przyłbicą. Właśnie teraz straże miejskie chwalą się na swoich stronach internetowych, że od 1 marca mają nowe uprawnienia, i będą kontrolowali turystów, nawet w takich pipidówkach jak Gniezno. (Tym przypadkiem jeszcze się zajmę).      

Tak że – drodzy internauci – nie dajcie sobie wcisnąć ściemy… nawet jeżeli w ustawie zapiszą, że dotyczy nadawców komercyjnych – urzędnikom to nie przeszkodzi aby kontrolować profilaktycznie wszystkich! Masz witrynę w internecie, konto na youtube  – znaczy – nadajesz!  Co czeka polski internet? Koncesje, cenzura i kary finansowe – dokładnie tak.

Ustawa turystyczna była nowelizowana w zeszłym roku. Przez moment pojawiały się projekty jej choć cząstkowego użyciowienia, zniesienia przestarzałych regulacji typu – sztywny rozdział funkcji pilota i przewodnika. Nic z tego. Nadal obowiązuje absurd goniony jeszcze większym absurdem.  Tym bardziej bolesny, że nie wymuszony żadnym „dyktatem z Brukseli”. Wprost przeciwnie – zawód przewodnika jest zawodem całkowicie wolnym i nieregulowanym w większości krajów zachodnich a europejska dyrektywa wręcz nakazuje wzajemne uznawanie kwalifikacji zawodowych. Czyli znów identycznie jak w przypadku audiowizualnych usług sieciowych to wprowadzenie zasad nieuczciwej konkurencji serwisów spoza UE albo spoza Polski wobec serwisów istniejących w Polsce – dowodzi Marcin Pery, związany z Polsatem. Kolejna bariera biurokratyczna, która nie wiadomo czemu służy, a zabija przedsiębiorczość. – wtóruje mu prezes WP.

Wcześniej nikt nie protestował? No to macie. Skumbrie w tomacie.   

2 Komentarze

  1. To o czym pan pisze jest oczywiście słuszne ale niestety dotyczy nie tylko pańskiego zawodu. Bardzo wielu innych także a ta liczba stale rośnie. Za kilkadziesiąt lat może byc tak że będzie potrzeba pozwoleń i „specjalistów” nawet na najbardziej banalne czynności po to żeby ktoś mógł na tym zarobić. Wszystko oczywiscie w imię naszego własnego dobra. Pana blog chyba niewiele tu pomoże taki jest ogólny trend i inny już nie będzie.. Biurokraci i politycy też muszą z czegoś żyć więc będą .. produkować kolejne przepisy. Ale życzę powodzenia mam nadzieję że mimo wszystko coś dobrego wyniknie w waszej sprawie.