Układanie bukietów – tylko z licencją!

Obywatelu! Jeśli gdzieś w publicznym miejscu oczekujesz  ukochanej z bukietem kwiatów, sprawdź, czy ma on stosowny certyfikat. Inaczej grożą ci nieprzyjemne konsekwencje. Dlaczego? Przeczytaj uważnie:

Półtora roku temu, kilka osiedlowych kółek miłośników kwiatów, pod przywództwem energicznej właścicielki jednej ze szkół florystycznych, zrzeszyło się w Polski Związek Układaczy Bukietów, w skrócie PZUB. Od tego czasu wydarzenia toczą się błyskawicznie według następującego, spielbergowskiego scenariusza:

Parlament uchwala tzw. Ustawę Florystyczną, w myśl której układaniem kwiatów w bukiety mogą zajmować się wyłącznie posiadacze licencji. W imię zapewnienia wysokiej jakości usług wydzielono licencje dla wiązaczy oraz osobne licencje dla tzw. obcinaczy, te ostatnie z podziałem na specjalizacje w zakresie róż, goździków i roślin cebulkowych.

Równolegle z ustawą dokonuje się nowelizacja Kodeksu Wykroczeń i dopisanie do art. 60/1 paragrafu 8: Kto bez wymaganych uprawnień  wykonuje bukiety kwiatów, podlega karze ograniczenia wolności lub grzywny.

Prace legislacyjne przechodzą niemal bez echa – media zajęte są akurat relacjonowaniem dramatycznego zwrotu w romansie Kazimierza i Isabell. W prasie ukazuje się kilka wzmianek na temat uchwalenia ustawy, które dziennikarze napisali w oparciu o gotowce otrzymane z PZUB. Czytamy w nich, że „podobne rozwiązania stosuje się w całej Unii Europejskiej.” Jest to bzdura, ale nikt nie kwapi się do jej sprawdzenia, żyjąc w świętym przekonaniu, że przecież Unia wszystko biurokratycznie reguluje.    

Licencje uzyskuje się po ukończeniu rocznego kursu, którego łączny koszt wynosi 9500 zł (jeśli płatne w ratach miesięcznych) lub 7200 zł, (jeśli płatne jednorazowo z góry) i zdaniu egzaminu przed państwową komisją. Za dodatkowe pieniądze z budżetu tworzy się centralny Rejestr Układaczy Bukietów, a przy Urzędach Marszałkowskich powstają departamenty ds. florystyki.

Po kilku miesiącach okazuje się, że ustawa jest martwym prawem, kwiaciarki nie kwapią się do zapisywania na kursy i zdawania egzaminów. Działaczki PZUB alarmują: „My ukończyłyśmy drogie szkolenia, poniosłyśmy opłaty egzaminacyjne, regulujemy comiesięczne składki, płacimy podatki, a one robią nam nielegalną konkurencję!!! W swoich bukietach źle dobierają kolory, używają niedozwolonych roślin i stroików, sprzecznych z polską tradycją narodową. To szara strefa, którą natychmiast należy zlikwidować w imię dobra klienta”

Do ustawy dopisuje się kolejne akty wykonawcze. Właściciele restauracji, organizatorzy targów i kongresów, otrzymują nakaz ozdabiania sal wyłącznie bukietami od licencjonowanych układaczy. Urzędy stanu cywilnego i związki wyznaniowe zostają zobligowane do sprawdzania certyfikatów wiązanek ślubnych. Ich brak może spowodować interwencję służb i przerwanie ceremonii. Na szczeblach wojewódzkich tworzona jest tzw. policja florystyczna – grupy kontrolne w skład których wchodzą przedstawiciele straży miejskiej, policji i działaczy PZUB. Rozpoczynają się intensywne kontrole. „Postrach wśród nielegalnych krakowskich kwiaciarek” – takimi tytułami prasa je entuzjastycznie relacjonuje. Większość z handlarek przystaje w końcu na układ z posiadaczami licencji, którzy po cichu proponują: wiąż sobie te swoje badyle jak chcesz, ale musisz kupić ode mnie blankiety certyfikatów.       

8 marca 2010 r. Marcin B., misiowaty okularnik, student polonistyki na UJ, czeka z kwiatami pod pomnikiem Mickiewicza na Romę S., drobną fryzjerkę. Renata B., słusznej postury przywódczyni jednej z grup kontrolnych, które w Dniu Kobiet ruszyły na miasto w zdwojonej liczebności, z daleka dostrzega, że coś jest nie tak. Bukiet ułożony jest w ekstrawaganckim, nieuporządkowanym stylu, ale co najważniejsze – nie zwisa z niego charakterystyczny druczek ze znakiem wodnym, hologramem i numerem licencji.

Mundurowi błyskawicznie osaczają studenta a działaczki wypytują go o dane osobowe, informacje, na temat pracy i zarobków oraz pochodzenie trzymanego w rękach bukietu. Skruszony, bliski płaczu Marcin przyznaje, że ułożył go sam. Funkcjonariusz twierdzi, że tym samym dokonał wykroczenia, wypisuje mandat w wysokości 500 zł i ostrzega że w przypadku recydywy grozi mu proces przed sądem grodzkim.

*  *  *

Wszystko, co powyżej napisałem jest fikcją, ale lada dzień może zdarzyć się naprawdę. Identycznie piętrzą się od 1997 roku absurdy wokół licencjonowania przewodnictwa turystycznego. Historię fikcyjnego Marcina B naprawdę przeżyli John Atkins i Maria Kantor. Jutro podobnymi szykanami mogą zostać objęte dowolne grupy zawodowe, rzemieślnicze czy hobbystyczne – od aktorów po wyplataczy makatek. Dzieje się tak, gdyż opinia publiczna jest kompletnie obojętna na psucie prawa, dominuje myślenie „to jest drobny problem branżowy, który mnie nie dotyczy”. Do momentu aż boleśnie zacznie dotyczyć.

Jeśli zauważyliście, od pewnego czasu używamy nowej domeny:


a adres naszej akcji to:

akcja@wolnezawody.org

Zarejestrowałem tę domenę, by wyraźnie oddzielić moją działalność społeczną od pracy zawodowej. Ale przede wszystkim po to, żeby dyskusję o przewodnictwie przenieść z poziomu branżowego na ogólnospołeczny.

Maciej Zimowski 

1 Komentarz