Uwolnić zawód przewodnika!

Artykuł napisany na zlecenie czasopisma branżowego „Rynek Turystyczny”

Wielkimi krokami nadchodzi czas rozliczenia się przed opinią publiczną z nadużyć prawnych, i rozpowszechnianych od lat kłamstw związanych z licencjonowaniem w Polsce przewodnictwa turystycznego. Wstrząsająca życiem politycznym afera hazardowa nie mogła się temu lepiej przysłużyć. Wystarczy zadać pytanie: kto w Ministerstwie Sportu i Turystyki, na czyje żądanie wzgl. łapówkę, zmanipulował zapisy w najnowszym projekcie nowelizacji ustawy o usługach turystycznych?
 
Przypomnijmy początki. Ustawę uchwaliła w 1997 r. koalicja SLD-PSL. Przy ówczesnym niskim poziomie debaty społecznej i niewielkim zainteresowaniu wąską branżą jaką jest turystyka, pod naciskami korporacji pokrzywdzonych wolnorynkowymi realiami, przywróciła archaiczne, PRL-owskie regulacje zawodu.

Ich nieprzystawalność do zasad nowoczesnego rynku zasadza się na podstawowej sprzeczności: To nie państwo, tylko prywatne podmioty świadczą usługi turystyczne. W wolnorynkowej gospodarce urzędnik nie można narzucić „jedynego i obowiązującego” modelu kreowania produktu turystycznego, stylu obsługi gości, czy treści i zakresu przekazywanych przez przewodników informacji. Jest to sprzeczne z podstawowymi konstytucyjnymi prawami – słowa, publikacji, zgromadzeń. Jest to też sprzeczne z praktyką – sposób spędzania wolnego czasu  nie rządzi się „jedynymi i akademickimi zasadami” jak chcieliby tego regulatorzy tylko zmienia się jak w kalejdoskopie, podlega trendom i modom.

Od stycznia 2008 w ramach społecznie prowadzonej akcji na blogu www.wolneprzewodnictwo.blog.pl publikuję szereg materiałów demaskujących zarówno kłamliwe argumentacje jak też bezprawne praktyki korporacji przewodnickich. Można tam znaleźć m. in. list zredagowany przez Małopolski Urząd Marszałkowski, pełen bzdur i kuriozów, świadczący o tym, że jego pracownicy nie tylko nie mają pojęcia o funkcjonowaniu rynku turystycznego w Europie, ale też uzurpują sobie bycie „nadurzędem” uprawnionym do cenzury treści przekazywanych turystom.

Nie chce wdawać się w szczegóły, zainteresowanych odsyłam do w/w bloga. Krótki wniosek: celem regulacji jest zapewnienie setek etatów urzędnikom ewidencjonującym i kontrolującym usługi oraz stworzenie pseudozapotrzebowania na szkolenia. Szkolenia, które nie tylko są niepotrzebnie długie i drogie ale często wręcz szkodzą, rozpowszechniając przedpotopową wiedze i naganne praktyki. Wreszcie najbardziej podłe, jawnie korupcyjne zjawisko – przymus opłacania przewodników-figurantów, zwanych w żargonie „słupami”.  A nie, odmieniana przez wszystkie przypadki rzekoma ochrona klienta.  System państwa prawa dopuszcza kontrolę poprawności wywiązywania się z zawartych umów a nie narzucanie zakupu usług, szkoleń, itp. których klient sobie nie życzy, czy też nachalne ingerowanie w ustalenia klient – usługodawca – pracownik.

Czas zadać pytanie politykom: dlaczego gospodarki najbogatszych krajów świata – Niemiec, Wlk. Brytanii, Beneluksu, – z rynkami turystycznymi setki razy większymi od Polski, nie widzą potrzeby utrzymywania gigantycznej machiny urzędniczej kontrolującej te wszystkie licencje, przywileje uprawnienia itp. które cichcem przemycono do naszej ustawy z poprzedniego ustroju? Nie słyszałem, żeby ktokolwiek, ani z rządu, ani z opozycji szedł do wyborów z hasłem „zbudujmy drugie Włochy” albo „drugą Grecję”- państwa przeżarte biurokracją i mafijnością, na których patriarchalne zwyczaje, sprzeczne z regulacjami unijnymi i wielokrotnie piętnowane przez strassburski Trybunał Sprawiedliwości  powołują się korporacje przewodnickie.

Od dobrych kilku lat dało się usłyszeć głosy rozsądku i plany urealnienia ustawy – zniesienia nieżyciowego podziału funkcji pilot-przewodnik i likwidacje pkt 1. Art. 60  Kodeksu Wykroczeń, który penalizuje wykonywanie wszelkich funkcji pilota i przewodnika, bez państwowych uprawnień. Tego rodzaju zapisy zawierała pierwsza wersja ustawy, przedstawiona do konsultacji wiosną br.

Wersja obecnie opublikowana na stronach Ministerstwa wycofuje się z tych wszystkich zmian. Haniebny punkt KW pozostaje. Jego zaskarżenie w Trybunale Konstytucyjnym jest kwestią czasu. Gorzej, jeśli spojrzeć na zmieniony artykuł 30 Ustawy. W dotychczasowym brzmieniu, organizatorom imprez, którzy potrafili we własnym zakresie i według własnych umiejętności i doświadczeń wyszkolić kadrę „jeśli umowa stanowi inaczej” zrezygnować z usług nosicieli państwowej plakietki pilota czy przewodnika. Lektura ostatniej wersji nie zostawia żadnej wątpliwości kto „po znajomości” czy „za posmarowaniem” wpłynął na jej brzmienie. Z jednej strony korporacje przewodnickie, których umiejętności są tak wybitne, że – jak wiemy – muszą się wysługiwać umundurowanymi funkcjonariuszami straży miejskiej lub policji aby wymusić korzystanie  ze swoich usług. Z drugiej strony podmioty rządzące na   największym rynku – masowych wczasów czarterowych – dla nich wprowadzono furtkę pozwalającą zatrudniać rezydentów na zasadzie „reprezentowania organizatora wobec jego lokalnych kontrahentów”. Ale nikomu nie wolno pełnić zadań „pilota czy przewodnika”

Innymi słowy – mi, skromnemu organizatorowi turystyki niszowej, być może łaskawie pozwolą zatrudnić np. ornitologa do obsługi wycieczki przyrodniczej, ale nie będzie mu już wolno powiedzieć kilku słów o historii regionu (bo to zadanie przewodnika) ani wynegocjować z recepcjonistą zmiany pokoju (bo to zadanie pilota). Do obsługi kilkuosobowej grupki będę musiał zatrudnić jeszcze dwóch figurantów. Nie miałem dość wpływów, kasy, czy też znajomości, żeby załatwić u ustawodawców stosowny wyjątek.  

Dziwię się czasem, jak rozmawiam z moimi kolegami właścicielami biur. Że, nawet współpracując z zagranicznymi kontrahentami – nie wiedzą, że nasi koledzy po fachu – za Odry czy zza wielkiej kałuży owszem – żyją w warunkach bardzo restrykcyjnych „tabeli frankfurckich” i sprawnego sądownictwa, ale mają całkowitą swobodę korzystania z wolności zawodu przewodnika i zatrudniania tych którzy robią to rzeczywiście najlepiej. W dużej części – wolnych strzelców, najmujących się raz na jakiś czas, ludzi o głębokiej wiedzy traktujących przewodnictwo jako dodatek do swojej kariery nauczycielskiej, akademickiej, czy artystycznej, nie popadających w rutynę.

Rozumiem, że część z was, drodzy koledzy z branży, czuje się na tyle bezradna że nie potrafi, wzorem Zachodu, sprawnie oceniać kwalifikacji zgłaszających się osób, szkolić we własnym zakresie w ramach kilkudniowych warsztatów kadrę do obsługi swoich gości. Musicie zdawać się ględzących godzinami i miesiącami stetryczałych działaczy z PRL-u.  Rozumiem że, część z was jest na tyle przesiąknięta jest serwilizmem, że godzicie się, aby głupkowata urzędniczka dyktowała wam, kto ma prawo otworzyć gębę w autokarze a kto nie.

Pozostałych zapraszam do włączenia się do naszej akcji „Wolne przewodnictwo”

Maciej Zimowski