O szczytowaniu, czyli Palikot karci Korsaka

Co to jest szczyt bezczelności? zapytać powodzianina czy mu się nie przelewa… te i inne „szczyty” należą do kanonu dowcipów i można sobie ich zbiorek przeczytać choćby tutaj. Dziś do tej kolekcji dodam szczyt politycznej durnoty: prosić Palikota o reglamentację zawodów.

Już 31 stycznia br. komisja sejmowa „Przyjazne Państwo” do spraw zwalczania biurokracji spotkała się z przedstawicielami branży turystycznej. Obszerny stenogram z tego posiedzenia opublikowany jest tutaj. Przy okazji poruszania realnych problemów, jeden z leśnych dziadków nie wytrzymał (patrz strona 5.) i puścił takiego bąka:

źródło: aktualnościturystyczne.pl
Prezes Polskiej Izby Turystyki Jan Korsak. (…) Pojawiają się również problemy, które jednocześnie wystawiają złe świadectwo Polsce. Chodzi między innymi o brak możliwości legitymowania przewodników. Powinno zależeć nam na tym, aby nie było „dzikich przewodników”, którzy wypaczają wizerunek całego kraju. Uważam, że ustawa o usługach turystycznych wymaga zmiany w stosunkowo szybkim czasie (…)

Reakcja była natychmiastowa i właściwa:

 

Przewodniczący poseł Janusz Palikot (PO): (…)  Z całą pewnością nie wprowadzimy ustawy, która będzie zwiększała barierę uprawiania konkretnych zawodów w turystyce. Celem komisji nie jest wprowadzanie żadnych dodatkowych przepisów tylko likwidowanie niepotrzebnych regulacji.

Nie będę wymyślał czego „szczytem”  jest obrażanie uczciwie pracujących ludzi, tworzących nowatorskie produkty turystyczne i uzurpatorstwo w wypowiadaniu się na temat „wystawiania złego świadectwa Polsce” i „wypaczania wizerunku”.
_______
PS. przeglądając sieć znalazłem przy okazji przykład innej politycznej durnoty, tym razem w wykonaniu Europosła Sonika, który został przykładowo skarcony przez Komisję Europejską. Dowód tutaj, wkrótce obszerny komentarz. 

Ucieczka do edenu odc. 3: Polska jak Tybet

Wspomniany (notka niżej) międzynarodowy portal tourguide’ów ourexplorer.com to bardzo pouczające źródło informacji o tym gdzie na świecie reglamentuje się zawód przewodnika. Wystarczy poklikać na – rzadko co prawda umieszczane – skany różnych dokumentów zawodowych. Potwierdza się to, o czym pisałem wcześniej: licencjonowanie usług przewodnickich przez państwo, to przede wszystkim domena trzeciego świata – krajów patriarchalnych, policyjnych, będących z demokracją i przestrzeganiem praw człowieka mocno na bakier. Przewodnicy z krajów zachodnich jeśli coś pokazują to certyfikat wystawiony przez pozarządowe i nieprzymusowe stowarzyszenie pilotów, albo np. dowód ukończenia kursu w jakiejś firmie turystycznej. Ci z krajów arabskich, azjatyckich, jak np Kambodża, Chiny, czy rządzona przez wojskową juntę Birma – mają sformalizowany, urzędowy identyfikator z jakiegoś ministerstwa. W takim niechlubnym towarzystwie niestety jest Polska.

W styczniu br. (patrz archiwum bloga) napisałem o dwóch państwach, gdzie zawód przewodnika nie jest wolny – Maroku i Białorusi. W tym drugim przypadku przepisy o zakazie oprowadzania po mieście grup wykorzystuje się do szykanowania opozycji. A teraz okazuje się, że jest kraj, gdzie istnieją – bardzo podobne jak w Małopolsce – wytyczne co do „prawdomówności” lokalnych przewodników. Kraj ten to… Tybet! Na stronie Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka czytam m.in. jak chiński okupant dba o „Ordnung” w podbitej prowincji:

  Przewodnicy w Tybecie muszą też zdać egzamin polityczny. TIN zdobył kopię dokumentu egzaminacyjnego, z którego wynika, iż przewodnicy mają podzielać chińskie stanowisko w sprawie Tajwanu, uznać, iż wszystkie bogactwa Tybetu należą do chińskiego państwa, i stosować do „dobrowolnego kodeksu postępowania”, który wymaga „bronienia interesów państwa i honoru narodu”. (…) Pytania z formularza egzaminacyjnego dotyczą przepisów, stosujących się do turystów, oraz polityki. „Kapitalizm i socjalizm zostaną tu na zawsze tak, nie; zaznacz poprawną odpowiedź” (…) W 1997 roku (sic!) władze nie przedłużyły pozwoleń ponad sześćdziesięciu tybetańskim przewodnikom, ponieważ byli oni w Indiach bez stosownych zezwoleń. Całość tekstu tutaj.

Podobnie nasz Urząd Marszałkowski – przypomnę było o tym w tej notce – nie zezwoli na oprowadzanie byle po mieście byle komu, by nie dochodziło do rozpowszechniania niesprawiedliwych bądź kłamliwych treści. Ciekawe, kto się od kogo uczył.

Poczta redakcyjna

Odpisuję bo obiecałem – Pani Ewie Bratosiewicz na list jaki zamieściła w komentarzach pod notatką z 30.11. Ociągałem się z tym odpisywaniem, bo szczerze mówiąc sytuacja jest kuriozalna – na jednozdaniową notatkę o stronie internetowej odpowiadać takim elaboratem.

Cytuję: Z moich przemyśleń wynika, że możliwe są 2 wersje „jedynie słusznych” zmian na mojej stronie internetowej. Albo nie powinnam wspominać o tym, że mam licencję państwową (chociaż mam), albo powinnam się jej pozbyć.

A tak trudno wymyślić, że można o tym owszem wspomnieć, ale nie na pierwszym miejscu, i to zarówno w treści oferty jak i na reklamowym bannerze? Czyli podobnie jak reklamujący się na portalu ourexplorer.com przewodnicy – mały link z boku strony. Ofertę rozpoczynają od opisu swoich umiejętności, zalet, doświadczenia, zamiłowania do pracy itp. a nie posiadaniem tych czy innych licencji i glejtów z pieczątkami. Nota bene przejrzałem bardzo dokładnie ten portal, i zaledwie znikoma część osób zamieszcza tam skany swoich papierów. Nie to jest dla turystów najważniejsze. Ba, niektóre książkowe przewodniki wręcz zalecają np. w krajach arabskich z usług korzystania z „nielegalnych” oprowadzaczy, jako gwarantujących lepszą, autentyczniejszą  przygodę za niższą cenę.

To jest oczywiście pani prywatna strona i może Pani na niej umieścić cokolwiek, np. zęby wampira. A ja mam ją prawo skomentować. W mojej notce nie „atakuję” Pani, ani innych przewodników, co najwyżej wyrażam się z ironią o stosowanej skali wartości. I po raz kolejny będę ironiczny – w przerwie między szkoleniem warszawskich przewodników doszkolić się samemu i sprawdzić definicję słowa agresja.

To jest zresztą ciekawe, mój blog istnieje prawie od roku, miał już kilka tysięcy odwiedzin (w tym dużo z adresów – domen rządowych, administracji państwowej itp. ale nikt jakoś nie pokwapił się rzeczowej krytyki, tylko pojwiają się jakieś (również w prywatnej korespondencji) wyimaginowane zarzuty w histerycznym tonie. Proszę przejrzeć archiwum bloga, w żadnym miejscu nie sprzeciwiam się prowadzeniu szkoleń czy nadawania sobie certyfikatów. Protestuję jedynie przeciwko policyjnemu karaniu i prześladowaniu osób, którzy mają talent i odnoszą sukcesy zawodowe bez tych formalności.

Poza tym – tak, to prawda, atakować trzeba ustawodawców. Nadarza się zresztą ku temu okazja, bo jak donosi dzisiaj Polska the Times, Ministerstwo Sprawiedliwości  przygotowuje projekt nowelizacji Kodeksu Wykroczeń. Ach, jak teraz będzie u nas „zachodnio”, będzie można rozłożyć kocyk na parkowym trawniku, podobnie jak w londyńskim Hyde Parku. Niech więc przy tej okazji zniknie żenujący fragment Art. 60 kto wykonuje bez wymaganych uprawnień zadania przewodnika turystycznego lub pilota wycieczek, podlega karze ograniczenia wolności lub grzywny. Po ostatniej dyskusji wokół „aktorskiego” wygłupu PSL-u klimat społeczny do tego jest sprzyjający.  

Zrzutka na groch

Spośród niezliczonych prasowych kpin z PSL-owskiego projektu, polecam koniecznie felieton krakowskiego satyryka, Jerzego Skoczylasa, który podobnie jak ja w notce poniżej nawiązał do PRL-owskich komisji weryfikacyjnych. 

…Młodzi Czytelnicy pewnie nie uwierzą, ale to wszystko już było. W PRL-u
potrzebne były wyższe studia lub specjalny egzamin przed państwową
komisją do tego, żeby śpiewać piosenki, opowiadać dowcipy z estrady
albo pokazywać sztuczki karciane. I że były urzędowe tabele płac, które
drobiazgowo podawały, ile komu i za co można płacić. Talent i
umiejętność przyciągania publiczności były sprawą drugorzędną,
najważniejszy był papierek.

A starzy felietonowi wyjadacze nie wiedzą, że nie wszystko już było, tylko częściowo znów jest, z powodu – jak wiemy, braku grochu do łuskania w 1997r.

Mroczek i Cichopek bez uprawnień.

Jak wiadomo, przewodnictwo turystyczne jest tym z zajęć, które w 1997r. miało nieszczęście powrócić do komunistycznych regulacji, podczas gdy inne – reglamentowane i kontrolowane niegdyś zawody, cieszą się wolnością.

Sztandarowym przykładem, oprócz wymienianego wielokrotnie dziennikarstwa, są wszelkie zawody artystyczne. Jest taka scena w filmie „Człowiek z Żelaza” Wajdy, kiedy SB wpada do mieszkania Maćka i Agnieszki, konfiskując i niszcząc prywatną wystawę fotograficzną. Padają wtedy słowa: „bo nie ma pani uprawnień!”.   

Udręką i zmorą artystów scenicznych za komuny były tzw. weryfikacje, bez których grajek czy szansonista nie mógł oficjalnie występować i zarabiać. Temat ów niemal zawsze pojawia się we wspomnieniach estradowców – weteranów z tamtych lat. Bynajmniej nie zawsze w formie anegdotycznej. Urszula Sipińska w swojej pamiętnikarskiej książce „Fabryka Lalek” wspomina, że ze strony oceniających urzędników często padały niedwuznaczne propozycje wiadomej natury. O robionych przy tej okazji świństwach i idiotyzmach opowiada też Wojciech Waglewski w ostatnim wywiadzie na łamach „Dziennika.”

Weryfikacja nie zawsze była tak łagodna.
Bo był drugi etap – dla zawodowców. Tam siedziała komisja i przedstawiciel odpowiedniego czynnika. Zazwyczaj decydowali jazzmani, którzy nie lubili bigbitowców. Mnie egzaminował Zbyszek Namysłowski i było miło – zagrałem sambę, powiedział: „Zdał pan, do widzenia”. Ale Mateusza Pospieszalskiego trzykrotnie uwalał Tomek Szukalski. On już wtedy nie grał żadnych koncertów, tylko jeździł po kraju i pokazywał, czym się różni jeden saksofon od drugiego, a Mateo grał z nami dla 15 tysięcy ludzi. To już nie był absurd, to była granda!

Cały komunizm.
Był taki słynny redaktor Popiołek, który na konferencji prasowej Abby, która przyjechała do Polski, spytał, czy oni mają weryfikację.

Niestety, jak widać w dziedzinie przewodnictwa nic się pod tym względem nie zmieniło, skoro popularnego i znakomicie ocenianego przez turystów amerykańskiego przewodnika wycieczek rowerowych po Krakowie „uwala” z pomocą policji korpulentna pani, a urzędnicy w odpowiedzi na protest piszą bzdury.

Partia PSL była jak pamiętamy, jednym z koalicjantów, który przyklepał owe prawo. Dziś gruchnęła wiadomość, że ludowcy dali kolejny popis radosnej twórczości legislacyjnej, redagując projekt ustawy o szczegółowej regulacji… zawodu aktora. Można o tym przeczytać np. tu..> tu..> tu..>  i… nie chce mi się szukać, chyba temat z racji swej rozrywkowości jest już na wszystkich możliwych portalach, z pudelkiem włącznie.

Powiem tak: PSL nie mógł nam po prostu lepiej zrobić. Dobrze wiadomo jaki będzie los tej ustawy – totalne wyśmianie. Jeden ze znanych polityków PO skwitował to już w wywiadzie dla Moniki Olejnik: Skandaliczny, skandaliczny projekt,
nie do przyjęcia, w życiu nie będę głosował za czymś tak absurdalnym,
jak koncesjonowanie zawodu aktora (…)
No  to są peerelowskie bzdury, po
prostu wstyd mi za kolegów z PSL, nie spodziewałem się, że ktoś z
naszych koalicjantów może tak idiotyczną propozycję przedstawić
publicznie, naprawdę mam nadzieję, że mamy na tyle rozsądku w Polsce,
że taka ustawa nie wejdzie w życie.
A chodzi raptem o prawo do nazywania się aktorem i etatu w teatrze. Tymczasem przewodnikowi uprawiającego zawód bez papierów grożą jak wiadomo wysokie kary.

W całej sprawie cieszy fakt, że wolne media – nieporównanie liczniejsze i sprawniejsze niż przed 11 laty (kiedy internet dopiero raczkował) – natychmiast docierają do takich projektów jeszcze w ich inicjalnej fazie i błyskawicznie poddają społecznej debacie na wszystkich forach.

Kiedy już dojdzie do oczekiwanej nowelizacji ustawy turystycznej, nie obejdzie się tym razem bez ogólnonarodowej dyskusji. Niech zwolennicy starego porządku nie wyobrażają sobie, że powtarzanie w kółko argumentu „a bo we Włoszech też dają mandaty” przyniesie cokolwiek, poza stuknięciem w główkę.

Trzymam kciuki za to aby temat licencjonowania serialowych gwiazd przez PSL-owców nie zgasł jak iskierka tylko pożył jeszcze trochę, a może i napędził co niektórym stracha.  W swoim czasie będziemy mogli liczyć na publiczne poparcie naszej akcji przez popularnych aktorów bez „weryfikacji”.

Aktualizacja 14.12. Aktorstwo to wolny zawód, a ten projekt wolność tę ogranicza mówi Min Zdrojewski. Zgodnie z przewidywaniami PSL przygniecione lawiną protestów wycofuje się z idiotycznego projektu. Szczegóły np. tutaj…>. Ciekawe ilu posłów, ministrów itp. zdaje sobie sprawę z podobnych idiotyzmów i praktykowanych w turystyce.

Nic nowego

Spotkałem się z zarzutem, że moja „retoryka na postkomunę”, jak w notce poniżej może ujmować powagi akcji. Jest to tylko – jak wspomniałem jedynie mój szybki, prywatny komentarz, w którym – jako osoba dobrze pamiętająca absurdy minionego systemu, pozwoliłem sobie na żartobliwą dygresję. Nikt zresztą nie może zaprzeczyć, że źródłem obecnych zapisów w ustawie o usługach turystycznych dotyczących przewodnictwa są regulacje sprzed 1989 r.

Ale pismo z Urzędu Marszałkowskiego doczekało się rzeczowego komentarza na blogu prawoturystyczne.wordpress.com do którego lektury zapraszam. Jego autorem jest dr Piotr Cybula, prawnik specjalizujący się w interesującej nas branży.

No cóż – nie ma tam właściwie nic nowego – rzeczone stanowisko Komisji Europejskiej przypominane jest w różnych dyskusjach w kółko macieju od lat. Sam pisałem o tym obszernie w jednej z pierwszych notek w styczniu br. Pora aby ktoś z decydentów wreszcie został wywołany do tablicy i jasno odpowiedział, kiedy Polska dostosuje się do tych regulacji – zarówno w wkestii uznawania kwalifikacji, jak też opublikowania wąskiej listy obiektów, gdzie można żądać usług miejscowego przewodnika. 

Warto w tym miejscu jeszcze raz przypomnieć, że zawód pilota przewodnika nie podlega regulacji w większości państw tzw. starej Unii. W efekcie możemy doczekać się takiej sytuacji, że Niemiec czy Anglik – bez żadnych formalnych kursów czy uprawnień będzie mógł oprowadzać turystów po Krakowie, a Polak – nie. Jedynym wyjściem z tego absurdu jest zaprzestanie jakichkolwiek policyjnych kontroli turystów w miejscach publicznych, jak np. uczyniła Francja, formalnie utrzymując pewne regulacje zawodu.