O „nie pozostawianiu pola do interpretacji”, czyli duch Alfreda Miodowicza żyje na Basztowej

Dziś przypada 20 rocznica słynnej telewizyjnej debaty Lecha Wałęsy z Alfredem Miodowiczem. Pamiętnego listopadowego wieczoru w 1988r. aparat komunistycznej władzy dostał tęgie lanie. Aparatczycy przekonali się, że wystarczy zaledwie uchylić furtkę pluralizmu i wolności słowa, a jakże fałszywie i nieprzekonująco zabrzmi ich tępa partyjna nowomowa o „troskach dnia codziennego”, czy „Zachodzie, co chce rzucić Polskę na kolana”. Miałem wielką przyjemność oglądać ten historyczny spektakl, stłoczony w ciżbie studentów przed małym telewizorkiem w pokoju akademika. Kto młody i nie pamięta, niech sobie zajrzy do wspominkowego artykułu.

Dlaczego akurat o tym przypominam? Bo kuriozalne pismo, które otrzymałem z Zarządu Województwa Małopolskiego (datowane 20.10. ze względu na niedokładny adres przyszło ze sporym opóźnieniem) dowodzi, że ludzie o mentalności biurokraty, strażnika „jedynie słusznej ideologii” nadal sprawują publiczne funkcje. List ten jest odpowiedzią na nasz apel do Wojewody Małopolskiego, które wysłaliśmy 1. października. Oto treść obu dokumentów

Nasze pisma – w notce z 1.10. …>

Odpowiedź  „Zarządu Województwa Małopolskiego”
(plik pdf)…>

Jak widać Pan Wojewoda nie zechciał odpowiedzieć na nasz apel, tylko zlecił sprawę podległemu sobie urzędnikowi. Ten zaś, nie raczył się nawet podpisać z imienia i nazwiska, dał za to popis wyjątkowej ignorancji i niekompetencji. List nie tylko, że jest napisany standardową „nowomową” czyli tłumaczy rzekomym dobrem klientów zakaz świadczenia usług przewodnickich bez urzędniczego pozwolenia, to na dodatek zawiera szereg ewidentnych kłamstw. Połowa listu to powoływanie się na rzekome licencjonowanie tych usług w innych krajach europejskich. Autor pisząc o przykładach Niemiec, Belgii, Wlk Brytanii zapomina, że wszelkie kursy i certyfikaty są dobrowolne i nie ma żadnych ograniczeń w wolnym uprawianiu tego zawodu. A już jakąś kosmiczną bzdurą jest wspominanie o rzekomych kontrolach jakiejś „policji turystycznej” w Wlk Brytanii.

Tu dygresja i ciekawostka – proponuję zrobić mały test i wpisać w google frazę „licensed guide”- na pierwszych miejscach wyskakują… polskie oferty. Świat anglosaski nie zna w ogóle takiego dziwacznego określenia jak „licencjonowany przewodnik po mieście”.  Pani, która pisze o sobie na samym wstępie:

po prostu ośmiesza się, a wręcz odstrasza potencjalnych klientów z Anglii czy USA. To tak, jakby ktoś zapraszał np. na koncert „piosenkarza, który ma rządową licencję.” albo „gwiazdy rocka, posiadającej zezwolenie Prezydenta”. Dla odmiany najbardziej znane prestiżowe stowarzyszenie przewodników w Wlk. Brytanii, Blue Badget Guides, jest organizacją prowadzącą szkolenia na zasadzie całkowicie dobrowolnej, nie regulowanej przez państwo i w żadnym miejscu na swojej stronie nie wspomina – tak jak to czynią nasze biura – czegokolwiek o przymusie wynajęcia przewodnika. Jedynie stara się przekonać do swych usług fachowością i rzetelnością.

Również poszukując jakichkolwiek informacji o „illegal guides” trafiamy głównie na doniesienia z trzeciego świata. Przeciętnemu człowiekowi z Zachodu nie mieści się w głowie że oprowadzanie po mieście w wolnym kraju może być „nielegalne”, tak jak nie można być nielegalnym poetą czy pisarzem. Nazywanie tak twórczych osób, którzy swoją inicjatywą przyciągają turystów do Krakowa jest najdelikatniej mówiąc – brakiem szacunku.

W pierwszym odruchu pomyślałem: jak to jest możliwe, żeby odpowiedzialną funkcję pełni urzędnik, który nie posiada elementarnej wiedzy w zakresie swojej branży i próbuje wprowadzać innych w błąd. Należałoby sprawdzić, na ile w świetle przepisów prawnych i administracyjnych można taki fakt oprotestować i niekompetentną osobę odwołać. Ale na to przyjdzie czas, tymczasem skomentuję jeden szczególny „kwiatek” z tego listu

Wzruszające prawda? Kiedy czytam o „nie pozostawianiu pola do interpretacji” mam wrażenie, że pisząca to osoba rzeczywiście nie zauważyła zmiany ustroju.  Jest to przyznanie się otwartym tekstem, że w urzędzie na Basztowej mają za nic konstytucję RP i jej Art. 54 o wolności wyrażania poglądów, rozpowszechniania informacji i zakazie cenzury. Również w obowiązującym prawie turystycznym nie ma, i nie może być zapisów nakazujących szczegółowe ingerowanie w treści przekazywane turystom. W warunkach wolnej gospodarki jedynym probierzem „profesjonalnego przygotowania” i „fachowości świadczonych usług” nie jest urzędniczy dekret, tylko sukces danego przedsiębiorcy na rynku. W przypadku turystyki – ilość sprzedanych imprez, zadowolonych turystów, biur-kontrahentów regularnie korzystających z usług danego podmiotu. Gdyby zaiste „ochrona klienta” była motywem podejmowanych działań, urząd mógłby interweniować jedynie w przypadku ewidentnej skargi niezadowolonych turystów na tego czy innego przewodnika. Tymczasem jak opisałem wcześniej na przykładzie Krakow Bike Tours – jest dokładnie odwrotnie: prowadzi się prewencyjne kontrole i szykany wobec podmiotów, które swoje usługi świadczą fachowo i profesjonalnie.

Komuś się pomyliły role – biura turystyczne i ich przewodnicy nie są funkcjonariuszami  jakiegoś nadurzędu do realizacji polityki historycznej władz. Jeśli ktoś ma powołanie do indoktrynowania odwiedzających Kraków obcokrajowców, niech jak – w każdym demokratycznym kraju – czyni to dobrowolnie i na własny koszt.

Biura są od tego żeby na swój sposób zachęcać gości do przyjazdu i sprawnie ich obsługiwać – tak, aby zechcieli przyjeżdżać następni. Po tym się poznaje ich fachowość. To, jak i jakie informacje się przekazuje, nie musi nikogo postronnego obchodzić. Są pewne granice – szerzenie treści rasistowskich itp. – od ścigania takowych mamy inne organy. Ale formalnie nie ma żadnego prawa zabraniającego turystom przedstawiać np. historię miasta według własnego pomysłu czy interpretacji. Nie ma i koniec. Zły obraz Polski wynosi obcokrajowiec czy zagraniczny organizator, który spotyka się z reliktami policyjnego państwa w prawie turystycznym – o tym pisałem już wielokrotnie.

Utrzymywanie istniejących regulacji przewodnickich jako swoistej „komunistycznej wyspy” pośród wolnorynkowego morza będzie rodzić coraz więcej problemów. Z prostego względu:  jeśli prywatny przedsiębiorca tworzy swój autorski produkt turystyczny, to musi sam nadzorować jego wykonanie i szkolić podwykonawców, a nie stosować się do narzuconych przez kogoś z zewnątrz zasad czy pseudoideologii. Nawet działacz znanej z zachowawczości izby PIT buntuje się – patrz artykuł – przeciw idącym ad absurdum żądaniami stowarzyszeń przewodnickich o przydzielaniu swych pilotów do każdej imprezy pobytowej – zamiast rezydenta, który reprezentuje organizatora wczasów. Oczywiście, masowe wczasy czarterowe to ogromny rynek i obroty. Organizatorzy turystyki niszowej nie stanowią być może takiej siły, ale część społeczeństwa myśląca prowolnościowo i zdroworozsądkowo – na pewno.

Tyle tytułem szybkiego osobistego komentarza koordynatora akcji. Oczywiście na pismo zredagujemy oficjalną odpowiedź, zapraszając do współudziału kolejne podmioty.

4 Komentarze

  1. A mnie się np. bardzo podoba zdjęcie warszawskiego skyline’u na stronie głównej Pani http://www.warsaw-guide.invito.pl/. Wygląda na pd Amerykę, jak Buenos Aires. Można też np, na stronie o Warszawie dać Hongkong – jeszcze fajniejszy.
    Tak na serio, jutro zdaję ten egzamin. Przyznaję, głównie dzięki niemu nauczyłem się wielu faktów o Warszawie i nie bronię się – cieszę się że uzupełniłem luki w wiedzy – również tej, której mnie jako Warszawiakowi nie posiadać – nie uchodzi. Inna sprawa, że większość niuansów mnie nie fascynuje, materiał jest zbyt pogłębiony i nie widzę powodu zaprzątać sobie (a tym bardziej klientom) głowy, w jakich dniach odbył się zamach majowy (nawiasem mówiąc, na oficjalnej karcie egzaminu z 2009, którą również muszę studiować, do jednokrotnego wyboru mam, m.in. odpowiedzi „12″ lub „15″ maja – bądź tu mądry). Ponieważ jutro prawdopodobnie polegnę na udzielaniu ustnych odpowiedzi (po zdaniu testu), to i tak… nie panikuję. Jestem w trakcie projektowania dobrej usługi przewodnickiej, którą w razie potrzeby będę realizował (aż do świetlanego „rozwiązania” naszego problemu, aby przestępstwa nie popełnić – za darmo), oferując nie powyższe „podstawowe fakty”, które każdy sobie w iphonie sprawdzi sam w pięć sekund jeśli ma taką potrzebę, tylko takie, które musiałem sam wychodzić na mieście, ucząc się inicjatyw dzisiejszych obywateli – prawdziwych bohaterów w dziedzinach pozytywistycznej, interaktywnej sztuki a pokazanie których sprawi, że pobyt w Warszawie nie przypominał będzie wykładu i pochylaniem się nad tymi, co umarli, tylko niezapomnianą interakcję – przygodę. Nie stronię od wiedzy, rzecz jasna, i dla samego nawet efektu (a nie dla podkreślania jedynie słusznej linii przedstawiania RP jako Chrystusa Narodów), z przyjemnością opowiem o czasach Powstania, przedstawiając obrazowo grozę tamtych dni i – owszem – pozwalając gościom na własną interpretację i zderzenie z ich własnym pojmowaniem patriotyzmu. I żaden urzędnik mi w tym nie przeszkodzi. Już nie mogę się doczekać. Pozdrawiam Panie Maćku, powinien Pan dostać jakąś nagrodę.
    Udanych tripów!

    Do jutra z pseudonimem,
    Szmindorf

  2. Coś wspaniałego. Takich idiotyzmów Panie Zimowski dawno nie czytałem.
    Zajmuj się Pan czymś bardziej pozytywnym albo swoja firmą.

  3. P. Bratosiewicz:

    Dziękuję za obszerny i ciekawy list. Odpowiem równie wyczerpująco, podobnie jak kilku innym osobom które wysłało mi bluzgi na prywatny adres – będzie to temat kolejnej notki.

  4. Otrzymałam od autora tego blogu następującą wiadomość:

    „Zapraszam na stronę http://www.wolneprzewodnictwo.blog.pl – gdzie skomentowałem Pani stronę internetową. Życzę wyciągnięcia właściwych wniosków.
    Maciej Zimowski”

    Długo zastanawiałam się, jakie „właściwe” wnioski powinnam wyciągnąć, aby, nie było tak, jak pisze na blogu pan Maciej – cytuję:

    „Pani, która pisze o sobie na samym wstępie: „I am a government lisensed guide” po prostu ośmiesza się, a wręcz odstrasza potencjalnych klientów z Anglii czy USA. To tak, jakby ktoś zapraszał np. na koncert „piosenkarza, który ma rządową licencję.” albo „gwiazdy rocka, posiadającej zezwolenie Prezydenta”.

    Z moich przemyśleń wynika, że możliwe są 2 wersje „jedynie słusznych” zmian na mojej stronie internetowej. Albo nie powinnam wspominać o tym, że mam licencję państwową (chociaż mam), albo powinnam się jej pozbyć (nie wiem jak, chyba muszę popełnić jakieś wykroczenie określone przez Ustawę o Usługach Turystycznych, za co Marszałek Województwa odbierze mi licencję), gdyż w ten sposób przestanę narażać się na śmieszność (w oczach Pana Macieja). No cóż – na razie polskie prawo jest, jakie jest i, czy się to komuś podoba, czy nie – aby oprowadzać po miastach wydzielonych trzeba mieć licencję. Czy to jest słuszne ? Być może nie, być może każdy powinien oprowadzać jak chce bez żadnej weryfikacji, ale – póki co – prawo jest prawem i nie mam intencji, by je łamać.

    Myślę sobie, że pan Maciej, powinien mi oszczędzić swego sarkazmu i skierować swą agresję wobec czynników ustawodawczych, które władne są prawo w Polsce zmieniać. Atakowanie przewodników, działających zgodnie z obowiązującym prawem wydaje mi się nieuzasadnione, a nawet głupie, bo powodowane emocjami, co dowodzi braku myślenia i naraża na śmieszność autora tych ataków.

    Nie uważam, by wyłącznie „licencjonowani” przewodnicy mieli monopol na wiedzę – papierek nie czyni mistrza. Sama często korzystam z pomocy specjalistów w różnych dziedzinach, nie mających uprawnień przewodnickich, ale posiadających ogromną wiedzę. Współpracuję z nimi nie tylko podczas oprowadzania, ale w szczególności podczas organizowanych przez moje biuro szkoleń pilotów i przewodników, w tym również specjalistycznych – rozszerzających wiedzę. Bez fałszywej skromności mogę powiedzieć, że szkolenia te – skierowane do przewodników i pilotów cieszą się dużym powodzeniem, głównie ze względu na osobowość i profesjonalizm wykładowców i instruktorów. Dla wiadomości Pana Macieja podaję adres, gdzie może dowiedzieć się więcej: http://www.guideservice.com.pl

    A więc oczywiście nie papier czyni z nas dobrego przewodnika, a chęć samokształcenia, wiedza, pasja i technika pracy. Poszłam na kurs przewodnicki nie dlatego, by mieć „papierek”, ale aby się kształcić. Czy „niewidzialna ręka rynku” sama oddzieli „ziarno od plew” – czyli dobrego przewodnika od złego ? Czy rzeczywiście, pisząc, że mam „państwową licencję” ośmieszam się w oczach zagranicznych turystów ?

    Z moich doświadczeń wynika, że jest dokładnie odwrotnie – 85 % moich zleceń to zlecenia przez Internet, klienci (głównie ze Stanów i Wielkiej Brytanii) podkreślają często, że wybrali moją ofertę, że względu na jej treść oraz zakres i rodzaj posiadanych uprawnień. Trudno się temu dziwić. Kiedy turysta pragnie zwiedzić jakiś kraj, w którym nigdy wcześniej nie był, szuka w Internecie różnych ofert – wybierze tę, która wydaje mu się najbardziej wiarygodna – najczęściej licencjonowanych przewodników. Opinię tę potwierdzają w całości znani mi przewodnicy warszawscy i krakowscy.

    Nie jest też prawdą, że w innych krajach na świecie nie ma weryfikacji uprawnień. Dla przykładu podaję kilka linków z portalu skupiającego przewodników, który daje możliwość zamieszczenia w ofertach scanu posiadanych uprawnień. Bardzo wiele osób taki scan zamieszcza. Czy dlatego by się „pochwalić” ? Nie, po to właśnie, by być wiarygodnym dla potencjalnego klienta. Poniżej kilka tylko ofert z różnych krajów:

    Wielka Brytania – http://www.ourexplorer.com/tour-guide-gavin-webb-1134.aspx
    Irlandia – http://www.ourexplorer.com/tour-guide-richard-flanagan-1009.aspx
    Niemcy – http://www.ourexplorer.com/tour-guide-burkhard-heyl-1479.aspx
    Bułgaria – http://www.ourexplorer.com/tour-guide-philip-roumenov-stanimirov-1062.aspx
    Izrael – http://www.ourexplorer.com/tour-guide-gershon-ferency-1564.aspx
    Izrael – http://www.ourexplorer.com/tour-guide-suzanne-pomeranz-1575.aspx
    Meksyk – http://www.ourexplorer.com/tour-guide-rodolfo–rudy–fregoso-1144.aspx

    Z punktu widzenia klienta, nie ma znaczenia czy posiadanie tych uprawnień jest w danych kraju obowiązkowe lub dobrowolne. Ważne jest, że przewodnik uprawnienia posiada – to tylko kwestia obowiązujących w danym kraju przepisów.
    Reasumując, mogę tylko podziękować Panu Maciejowi za darmową reklamę mojej strony internetowej. Za „dobrą” radę też dziękuję – NIE SKORZYSTAM !

    Życząc autorowi bloga mniej agresji i bardziej pozytywnego podejścia do życia

    Pozostaję z poważaniem,

    Ewa Bratosiewicz
    (Licencjonowany) przewodnik miejski po Warszawie i (licencjonowany) pilot wycieczek
    http://www.warsaw-guide.invito.pl
    warsaw-guide@o2.pl