Łużyce też są polskie!

Temat „niewolnego” przewodnictwa dziś znów na czołowych łamach gazet i portali. Tym razem z nieukrywaną wesołością czytam artykuł o tym, jak rada miasta Lwowa uchwaliła zakaz oprowadzania po mieście przez polskich przewodników. Prawny dziwoląg, bez specjalnego ukrywania intencji, że chodzi o to aby szykanować polskie wycieczki, ciągnąć ekstra kasę za wynajmowanie figurantów a do tego mieć polityczną kontrolę nad wypowiadanymi treściami. Czyli wypisz wymaluj – jak w Polsce za komuny, kiedy esbecja trzymała łapę nad grupami przyjeżdżających do nas Niemców i konfiskowała przywożone przez nich stare mapy. 

Przykre jest, że Ukraińcy powolują się – i mają rację, na podobne regulacje w Polsce. Pięknie, nieprawdaż, jak to swoimi azjatycko-feudalnymi regulacjami pomagamy sąsiadom ze wschodu wprowadzać cenzurę polityczną i deliberalizować ichnie prawo. A wesołość bierze sią stąd, że nagle nasi przewodnicy stają się poszkodowanymi tych kretyńskich przepisów. Powinni przeprosić i wyjaśnić, że Polska ustawa o usługach turystycznych to rzadki wyjątek w Europie, a Polak może sobie pojechać z wycieczką np. do Cottbus czyli Chociebuży i bez problemu opowiadać, że to odwieczne słowiańskie ziemie, które należą się Polsce. 

Haider, mordo ty nasza!

Trudno wskazać kraj Unii Europejskiej, który miałby ostatnio gorszą prasę niż Austria. Dziś czytamy o kolejnym patologoicznym pomyśle Haidera, który kręci bicz na nielegalnych imigrantów. Czy retoryka tego sformułowania czegoś nam nie przypomina? Np. miasto takie a takie wypowiada wojnę, poluje itp. na nielegalnych przewodników.

Przeglądając materiały z konferencji różnych organizacji turystycznych, pilocko-przewodnickich itp. śmiać mi się chce, do jakiego stopnia wśród rzekomych ekspertów powszechna jest zmowa milczenia, okłamywanie i ukrywanie przed opinią publiczną na oczywistego faktu: w Europie liberalne podejście do usług przewodnickich jest normą, reglamentacja wyjątkiem. Z 15 państw tzw. starej Unii jedynie 6 stosuje różne formy ograniczania dostępu do zawodu, z reguły znacznie łagodniejsze niż w Polsce: Włochy, Hiszpania, Portugalia, Francja, Grecja. Z państw nam geograficznie bliższych jedynym dość kuriozalnym wyjątkiem jest właśnie Austria, księstewko ksenofobii i hipokryzji. Więcej w felietonie L. Ungera.  

Kiedy dojdzie wreszcie to szerokiej publicznej debaty na temat reglamentacji zawodów nie można nie przypomnieć politykom, że prawo turystyczne na europejskich salonach szereguje nas w bardzo niechlubnym towarzystwie. A wymagając od Polaka wielomiesięcznych kursów do podjęcia zawodu, który Niemiec, Anglik czy Holender może uprawiać od razu bez żadnych formalności – sami przystawiamy sobie pieczątkę narodu imbecyli.  

___
Bohater notki zmarł tragicznie 3 dni po jej opublikowaniu. 

Historii Johna A. część pierwsza.

Kiedy w styczniu br. wystartowałem z tą akcją – początkowo jednoosobowo – na różnych forach, np. pl.rec.gory nie zabrakło kąśliwych, uwag, że jest to przykrywka do załatwienia jakichś moich prywatnych interesów. Dla wielu Polaków  wciąż niepojętym jest, że ktoś w tym kraju oprócz oprócz kręcenia swojego drobnego biznesiku może zwyczajnie czuć się obywatelem i ma potrzebę publicznego sprzeciwienia się łamaniu konstytucyjnych norm i szkodliwemu nadużywaniu prawa.

Tym chętniej podjąłem się obrony i nagłośnienia w mediach sprawy założyciela Krakow Bike Tours Johna A. (nazwisko do naszej wiadomości). Jest to – jakby nie patrzeć, moja konkurencja! Sam organizuję wycieczki rowerowe dla obcokrajowców (www.cycling.pl) i  teoretycznie powinienem być zadowolony, że nadgorliwi urzędnicy sprzątają mi rywala sprzed nosa. Ale nie jestem. Z wielu oczywistych powodów. Choćby z takiego, że – jak śpiewa punkowiec Włochaty: Więc nie możemy się teraz odwrócić / I powiedzieć „g… mnie to obchodzi!” / To nie bunt, to tchórzostwo / I nie mam tu na myśli strachu / Jeżeli my ich nie powstrzymamy / Oni dobiorą nam się wszystkim do tyłków.   

Krakow Bike Tours to prosta oferta kilkugodzinnego zwiedzania Krakowa na rowerach. Pierwsza tego typu w inicjatywa mieście. Przez wiele długich lat nikt z licznych „fachowych”, legalnych, licencjonowanych, zrzeszonych, odznaczonych etc. etc., przewodników miejskich nie wpadł na podobny pomysł. Domyślam się dlaczego. Jak usłyszałem, osoba upoważniona przez Marszałka Województwa do kontroli uprawnień przewodnickich to kobieta o wyjątkowo pokaźnej tuszy. Zapewne obcy jest jej aktywny tryb życia, nie lubi jeździć na rowerze i nikt z podlegających jej wszechwładzy przewodników nie chciał się narazić. Na kuriozalność i szkodliwość  tych kontroli, nawet ci licencjonowani skarżyli się już w 2003r.   

Codziennym miejscem „urzędowania” tej pani są schodki prowadzące na Wawel. Odstawia tam cyrki, wyłapując – niczym jakiś Grizzli łososie w potoku – nauczycieli prowadzących grupy szkolne. Zakazuje im opowiadania  dzieciom czegokolwiek o zamku i zmusza do opłacenia przewodnika. Widać stamtąd placyk u wylotu ul. Kanoniczej, gdzie codziennie w południe zbierały się grupki rowerzystów organizowane przez Johna. Jakaż to musiała być sól w oku, że na skutek donosów Urząd Marszałkowski wysłał do niego oficjalne pismo, którego początek przytoczę:

Trzeba mieć zaiste kreatywną wyobraźnię, aby w fakcie, że wycieczkowicze zamiast chodzić pieszo jeżdżą na rowerach dopatrzyć się „usługi transportowej”. Ale odstawiam na razie szczegóły, bo co innego w takich przypadkach przeraża.

Intencją ustawodawców w 1997 była rzekomo „ochrona interesów klienta”. Na to non stop powołują się rzecznicy reglamentacji. Tymczasem spójrzmy: John przez siedem lat z powodzeniem organizuje rowerowe tury. Ma klientów, którzy dzięki niemu przyjeżdżają do Krakowa. Interwencja Urzędu mogłaby być zrozumiała, gdyby np. na jego usługi wpływały skargi niezadowolonych klientów. Ale nic takiego się nie dzieje. Turyści są ukontentowani bo John robi swoje dobrze, i poleca go np. przewodnik Lonely Planet. Inny dowód – opinie turystów w internecie np. tutaj, w prortalu tripadvisor z datą 23. sierpnia br:

…John był znakomity, umiał utrzymać porządek i bezpieczeństwo w grupie. Jest świetnym przewodnikiem, z zaangażowaniem opowiadającym o historii i wydarzeniach. (…) rowery były dobrze utrzymane, zrobiono wiele, aby każdy z uczestników jeździł komfortowo.

Za to jest gnębiony i karany na skutek działań zazdrosnych – nawet nie konkurentów, tylko jakichś ograniczonych frustratów, którym jego praca nie pasuje do „jedynej, słusznej i socjalistycznej” wizji oprowadzania po Krakowie. Bareja żyje? Na ponury żart zakrawa, że również autorzy najbardziej nagłośnionego ostatnio w zagranicznych mediach krakowskiego produkt turystycznego, czyli wycieczek „śladami komunizmu” prześladowani są przez urzędników, których rzekomym zadaniem jest promocja miasta. Podczas zorganizowanej przez jedną z gazet dyskusji o tam jak zahamować spadek liczby turystów w Krakowie, Grażyna Leja stwierdziła: „Crazyguides? ale oni nie mają licencji”.

Chyba trzeba będzie powołać komitet na wzór niegdysiejszego KSS KOR. Osoby które w zeszłych latach zostały ukarane mandatami za tzw. „nielegalne przewodnictwo” proszę o nie kitranie ze strachu tylko kontakt i przysłanie nam dokumentacji swoich spraw. Wspólnie ze stowarzyszeniem Fairplay zastanowimy się, jak pomóc i nie dopuścić do powtarzania się takich nadużyć w przyszłości.

Wkrótce dalsza część historii Johna A. Choć może jednak zamiast mnie opisałby ją jakiś „licencjonowany” dziennikarz? Telefon do Johna to 663 731 515

______________
Jeszcze zaległy przegląd prasy z końca sierpnia, kiedy o reglamentacji zawodów zrobiło się głośno, a ja akurat podróżowałem. Przeczytajcie koniecznie artykuł konstytucjonisty, prof. Piotra Winczorka. A także sympatyczny wpis i dyskusję na blogu słowianki.

Po spotkaniu

Spotkanie było owocne i udane. Oto treść dokumentów, jakie podpisaliśmy:

Apel do Sejmu RP, polityków i opinii publicznej

Pismo do Marka Nawary, Marszałka Województwa Małopolskiego

Skany oryginalnych dokumentów z podpisami: apel pismo

W spotkaniu, oprócz sygnatariuszy akcji, brał udział Maciej Stawowy, przedstawiciel stowarzyszenia Fairplay i ruchu Pokolenie 89 oraz jeden z dziennikarzy Dziennika Polskiego.