Tchórzu, przedstaw się!

Cofnę się jeszcze do sierpnia br. kiedy Panowie Domaszewicz i Miączyński zainicjowali w „Wyborczej” dyskusję o reglamentacji zawodów. Wspomnianemu już artykułowi towarzyszył wywiad z „nielegalnym” przewodnikiem który uskarża się najróżniejsze formalne i prawne absurdy, prowadzące do blamażu i drastycznego obniżenia jakości obsługi zagranicznych turystów. Czyli efekt dokładnie odwrotny od tego na jaki się powołują zwolennicy państwowych zezwoleń i licencji.

Wywiad ten znalazł się później na branżowym portalu tur-info.pl – zwracam uwagę na dyskusję, jaka się pod nim rozpętała. To ciekawe, że zacietrzewieni – rzekomo specjaliści z branży zapominają o podstawowej sprawie: jeżeli grupę turystów organizuje i przywozi do Polski biuro zagraniczne – tylko i wyłącznie ono odpowiada wobec swoich klientów za jakość wykonanych usług, zatrudnianie odpowiednich kadr do obsługi, rozliczanie podwykonawców itp. według prawa i standardów praktykowanych w swoim kraju. Polski urzędnik, nie mający najzwyczajniej pojęcia o funkcjonowaniu turystyki za granicą, nie powinien się do jego wewnętrznych spraw mieszać i utrudniać pracy. Jakie są tego opłakane skutki można się dowiedzieć choćby z tego wywiadu.

Tu warto wspomnieć o jeszcze jednym polskim kuriozum – sztucznym, urzędowym rozdzielaniu pracy „pilota” od „przewodnika”. O ile mafie przewodników miejskich znane są także z niektórych krajów śródziemnomorskich, nikt nigdzie poza Polską nie żąda się państwowych uprawnień do zwykłego pilotowania, czyli np. zebrania grupy, przewiezienia, zakwaterowania w hotelu, zaprowadzenia do knajpy itp. Jak już nieraz pisałem – jest to komunistyczna pozostałość z czasów kiedy praca pilota grup zagranicznych była lukratywną fuchą dla wybranych, pod ścisłą kontrolą SB, a wyprawa za granicę – pod względem utrudnień i formalności – niemalże wyprawą w kosmos.

W czasach otwartych granic, komórek, internetu, komputerowych systemów rezerwacji i dziesiątek innych ułatwień – nikt nie zatrudnia dodatkowej osoby do wykonania prostych administracyjnych czynności. Grupę prowadzi Reiseführer albo Tourguide, w innych językach nawet nie ma określenia równoznacznego z naszym „pilotem wycieczek”.  

Komu jest to potrzebne – no jasne, dziesiątkom etatowych urzędasów którzy w oderwaniu od biznesowej rzeczywistości żyją z tychże uprawnień wydawania i następnym którzy w żenujących sposób próbują owe zarządzenia egzekwować. Kto cierpi? Wszyscy, uczciwie pracujący przy obsłudze turystów, którzy zdani są w najlepszym razie na dyskomfort konieczności bezustannego łamania prawa. A jeśli dla świętego spokoju starają się być formalnie w porządku to mają cyrk jak z Barei. Z czego tam sprawdzają na tych egzaminach: z wypełniania przedpotopowych druczków delegacyjnych? Litości! Czy również temperowania ołówka kopiowego i prawidłowego pisania przez kalkę?

Bohater wywiadu ukrywa swoje nazwisko. I po co? Kolego, w sytuacji takich jak twoja są tysiące osób. Jak wszyscy będą kryć się po kątach i trząść ze strachu portkami to niczego nie zdziałamy.  

Możliwość komentowania jest wyłączona.