Pójdź dziecię, ja ci taśmę puszczać każę!

Wciąż jeszcze mam w firmie sporo roboty z rozliczaniem letniego sezonu i nie kwapię się do zbyt częstego uaktualniania tego bloga. Ale – jak widać na załączonym obrazku – coraz częściej wyręcza mnie w tym ogólnopolska prasa. Po „Wyborczej” obudził się tygodnik „Wprost”. Z właściwą sobie swadą i zadziornością, piórem Agnieszki Sijki, doniósł o tym jak Polska przoduje w bezsensownym reglamentowaniu zawodów. Co mnie bardzo cieszy, w tym niedługim tekście problem przewodnictwa turystycznego zajął sporo miejsca. Określenia „bzdurne przepisy”, „korporacyjna mafia” stają się wreszcie uprawnionym, medialnym nazwaniem zjawiska a nie tylko – jak dotąd – domeną internetowych dyskusji na branżowych forach.

Bohaterem artykułu jest dobrze mi znany krakowski Crazy Mike. Tak się składa że jeszcze wiosną br. przeprowadziłem z nim obszerny video-wywiad, chociaż – teraz żałuję – nie zdążyłem jeszcze zmontować go i umieścić na blogu. Z początkiem września o jego perypetiach pisała Polska the Times i relację pokazała TVN24. A oto, jak całą historię przedstawiono w tygodniku:

Uśmiechnięte facjaty, historia obrócona w żart… można i tak, ot żeby wpleść nieco lżejszy fragment w dość przygnębiający artykuł. Ale realia były dużo mniej przyjemne i nieco inne niż tu przedstawiono. Przewodnikom Crazy Guides zabroniono opowiadania czekokolwiek o mieście, łaskawie dostali jedynie prawo – podobnie jak kierowcy turystycznych meleksów – puszczać z taśmy jedyną i zaakceptowaną przez miejskich urzędników gadką. Za złamanie tego zakazu grożą szykany do zabrania koncesji, czyli praktycznie zniszczenia firmy włącznie. Crazy Guides są i tak w o tyle dobrej sytuacji, że wożą gości w zamkniętych prywatnych samochodach, gdzie trudno o kontrolę. A jaki los czeka tych, którzy preferują np. ekologiczny transport na rowerach? Odpowiedź oczywiście tutaj.

Z rozmowy z Crazy Mike’m najbardziej zapamiętałem fragment, kiedy niedowierzającemu tłumaczyłem, że w 1990 roku można było założyć firmę przewodnicką i z sukcesem ją rozwijać bez żadnych koncesji, zezwoleń i innych – wydawało się na zawsze zapomnianych komunistycznych knebli. Szokujący był dla mnie fakt, że dziś młodzi ludzie, autorzy genialnego, docenionego przez zagraniczne media i klientów produktu turystycznego – tak bezwolnie kajają się przed urzędasami – często o PRL-owskim i esbeckim rodowodzie – wypełniając ich najbardziej kretyńskie żądania. Słuchając tego zastanawiałem się, czy rzeczywiście żyję jeszcze w kraju, który szczyci się powstaniem Solidarności i obaleniem żelaznej kurtyny.  

Dla formalności donoszę, że zarówno ja jak i przewodnicy mojej firmy mnóstwo razy opowiadali i będą opowiadać o Krakowie, Małopolsce i innych regionach bez żadnych papierów ani zezwoleń. Czekam na – sumujące się chyba w setki tysięcy złotych mandaty, sądy, a może od razu zesłanie na Kołymę.

Możliwość komentowania jest wyłączona.