Informacja dla prasy 30.09.

Bunt przeciwko korporacyjnym mafiom i rozbuchanej reglamentacji zawodów rozszerza się na kolejne środowisko. Po młodych prawnikach, protestują organizatorzy innowacyjnych form turystyki.

Obowiązujące w Polsce od 1997r. regulacje zawodu pilota i przewodnika turystycznego, będące przywróceniem nieżyciowej biurokratyzacji z czasów PRL, pod względem komplikacji i restrykcyjności nie mają sobie równych w Europie. W poważny sposób blokują rozwój biznesu. Szkodzą wizerunkowi naszego kraju za granicą i zniechęcają tamtejszych organizatorów do włączania Polski w swój program wyjazdów. Są wykorzystywanie do nieuczciwej walki z konkurencją i bezmyślnego prześladowania pozytywnych inicjatyw. Głośnym echem w mediach odbiła się niedawno żenująca nagonka na amerykańskiego organizatora wycieczek rowerowych Krakow Bike Tours, któremu Straż Miejska brutalnie przerwała imprezę i zmusiała do zapłacenia 500-złotowej kary za opowiadanie o zabytkach Krakowa bez urzędowego zezwolenia.

Zapoczątkowana przez Macieja Zimowskiego, szefa założonego w 1990r. biura Bird Service akcja ma na celu – wzorem większości krajów zachodnioeuropejskich – przywrócenie wolności uprawiania zawodu przewodnika. W środę, 1.10. o godz 12.00 w siedzibie firmy (Kraków ul. Św. Krzyża 17) odbędzie się robocze spotkaniu przedstawicieli kilku innych młodych firm, dyskusja nad skuteczną formą lobbingu i  pismem do Urzędu Marszałkowskiego o zaniechanie policyjnych szykan i kontroli osób zajmujących się obsługą turystów.

Spotkanie jest otwarte dla zainteresowanych sympatyków i dziennikarzy. Kontakt: Maciej Zimowski, tel (12) 2921460, 604 446233 e-mail: bird@bird.pl

W samo południe

Dnia 1 października 2008, o godz. 12.00 w Krakowie, ul. Św. Krzyża 17 (siedziba Bird Service) odbędzie się pierwsze, robocze spotkanie „grupy inicjatywnej” rozpoczynające kolejny etap rozruchu naszej akcji. Udział zapowiedzieli:

Maciej Zimowski, Bird Service
Michał Ostrowski, Crazyguides
Maciej Gościniak, Cyklotramp
Agata Dutkowska, Insiders

Jeśli jeszcze ktoś czy to z branży turystycznej, czy też wiedziony sympatią i zainteresowaniem chciałby się dołączyć – zapraszamy, dane kontaktowe na stronce głównej.

Tchórzu, przedstaw się!

Cofnę się jeszcze do sierpnia br. kiedy Panowie Domaszewicz i Miączyński zainicjowali w „Wyborczej” dyskusję o reglamentacji zawodów. Wspomnianemu już artykułowi towarzyszył wywiad z „nielegalnym” przewodnikiem który uskarża się najróżniejsze formalne i prawne absurdy, prowadzące do blamażu i drastycznego obniżenia jakości obsługi zagranicznych turystów. Czyli efekt dokładnie odwrotny od tego na jaki się powołują zwolennicy państwowych zezwoleń i licencji.

Wywiad ten znalazł się później na branżowym portalu tur-info.pl – zwracam uwagę na dyskusję, jaka się pod nim rozpętała. To ciekawe, że zacietrzewieni – rzekomo specjaliści z branży zapominają o podstawowej sprawie: jeżeli grupę turystów organizuje i przywozi do Polski biuro zagraniczne – tylko i wyłącznie ono odpowiada wobec swoich klientów za jakość wykonanych usług, zatrudnianie odpowiednich kadr do obsługi, rozliczanie podwykonawców itp. według prawa i standardów praktykowanych w swoim kraju. Polski urzędnik, nie mający najzwyczajniej pojęcia o funkcjonowaniu turystyki za granicą, nie powinien się do jego wewnętrznych spraw mieszać i utrudniać pracy. Jakie są tego opłakane skutki można się dowiedzieć choćby z tego wywiadu.

Tu warto wspomnieć o jeszcze jednym polskim kuriozum – sztucznym, urzędowym rozdzielaniu pracy „pilota” od „przewodnika”. O ile mafie przewodników miejskich znane są także z niektórych krajów śródziemnomorskich, nikt nigdzie poza Polską nie żąda się państwowych uprawnień do zwykłego pilotowania, czyli np. zebrania grupy, przewiezienia, zakwaterowania w hotelu, zaprowadzenia do knajpy itp. Jak już nieraz pisałem – jest to komunistyczna pozostałość z czasów kiedy praca pilota grup zagranicznych była lukratywną fuchą dla wybranych, pod ścisłą kontrolą SB, a wyprawa za granicę – pod względem utrudnień i formalności – niemalże wyprawą w kosmos.

W czasach otwartych granic, komórek, internetu, komputerowych systemów rezerwacji i dziesiątek innych ułatwień – nikt nie zatrudnia dodatkowej osoby do wykonania prostych administracyjnych czynności. Grupę prowadzi Reiseführer albo Tourguide, w innych językach nawet nie ma określenia równoznacznego z naszym „pilotem wycieczek”.  

Komu jest to potrzebne – no jasne, dziesiątkom etatowych urzędasów którzy w oderwaniu od biznesowej rzeczywistości żyją z tychże uprawnień wydawania i następnym którzy w żenujących sposób próbują owe zarządzenia egzekwować. Kto cierpi? Wszyscy, uczciwie pracujący przy obsłudze turystów, którzy zdani są w najlepszym razie na dyskomfort konieczności bezustannego łamania prawa. A jeśli dla świętego spokoju starają się być formalnie w porządku to mają cyrk jak z Barei. Z czego tam sprawdzają na tych egzaminach: z wypełniania przedpotopowych druczków delegacyjnych? Litości! Czy również temperowania ołówka kopiowego i prawidłowego pisania przez kalkę?

Bohater wywiadu ukrywa swoje nazwisko. I po co? Kolego, w sytuacji takich jak twoja są tysiące osób. Jak wszyscy będą kryć się po kątach i trząść ze strachu portkami to niczego nie zdziałamy.  

Pójdź dziecię, ja ci taśmę puszczać każę!

Wciąż jeszcze mam w firmie sporo roboty z rozliczaniem letniego sezonu i nie kwapię się do zbyt częstego uaktualniania tego bloga. Ale – jak widać na załączonym obrazku – coraz częściej wyręcza mnie w tym ogólnopolska prasa. Po „Wyborczej” obudził się tygodnik „Wprost”. Z właściwą sobie swadą i zadziornością, piórem Agnieszki Sijki, doniósł o tym jak Polska przoduje w bezsensownym reglamentowaniu zawodów. Co mnie bardzo cieszy, w tym niedługim tekście problem przewodnictwa turystycznego zajął sporo miejsca. Określenia „bzdurne przepisy”, „korporacyjna mafia” stają się wreszcie uprawnionym, medialnym nazwaniem zjawiska a nie tylko – jak dotąd – domeną internetowych dyskusji na branżowych forach.

Bohaterem artykułu jest dobrze mi znany krakowski Crazy Mike. Tak się składa że jeszcze wiosną br. przeprowadziłem z nim obszerny video-wywiad, chociaż – teraz żałuję – nie zdążyłem jeszcze zmontować go i umieścić na blogu. Z początkiem września o jego perypetiach pisała Polska the Times i relację pokazała TVN24. A oto, jak całą historię przedstawiono w tygodniku:

Uśmiechnięte facjaty, historia obrócona w żart… można i tak, ot żeby wpleść nieco lżejszy fragment w dość przygnębiający artykuł. Ale realia były dużo mniej przyjemne i nieco inne niż tu przedstawiono. Przewodnikom Crazy Guides zabroniono opowiadania czekokolwiek o mieście, łaskawie dostali jedynie prawo – podobnie jak kierowcy turystycznych meleksów – puszczać z taśmy jedyną i zaakceptowaną przez miejskich urzędników gadką. Za złamanie tego zakazu grożą szykany do zabrania koncesji, czyli praktycznie zniszczenia firmy włącznie. Crazy Guides są i tak w o tyle dobrej sytuacji, że wożą gości w zamkniętych prywatnych samochodach, gdzie trudno o kontrolę. A jaki los czeka tych, którzy preferują np. ekologiczny transport na rowerach? Odpowiedź oczywiście tutaj.

Z rozmowy z Crazy Mike’m najbardziej zapamiętałem fragment, kiedy niedowierzającemu tłumaczyłem, że w 1990 roku można było założyć firmę przewodnicką i z sukcesem ją rozwijać bez żadnych koncesji, zezwoleń i innych – wydawało się na zawsze zapomnianych komunistycznych knebli. Szokujący był dla mnie fakt, że dziś młodzi ludzie, autorzy genialnego, docenionego przez zagraniczne media i klientów produktu turystycznego – tak bezwolnie kajają się przed urzędasami – często o PRL-owskim i esbeckim rodowodzie – wypełniając ich najbardziej kretyńskie żądania. Słuchając tego zastanawiałem się, czy rzeczywiście żyję jeszcze w kraju, który szczyci się powstaniem Solidarności i obaleniem żelaznej kurtyny.  

Dla formalności donoszę, że zarówno ja jak i przewodnicy mojej firmy mnóstwo razy opowiadali i będą opowiadać o Krakowie, Małopolsce i innych regionach bez żadnych papierów ani zezwoleń. Czekam na – sumujące się chyba w setki tysięcy złotych mandaty, sądy, a może od razu zesłanie na Kołymę.

Jesień nasza!

Wygląda na to, że kiedy zawód dziennikarza zostanie poddany licencjonowaniu i reglamentacji, panowie Piotr  Miączyński i Zbigniew Domaszewicz z Gazety Wyborczej mają szansę pozytywnie zdać ewentualny egzamin weryfikacyjny. Proszę przeczytać – tutaj tekst w sieci, (w papierowym wydaniu na 2 stronie u góry) z jaką powagą potraktowali temat panoszących się zawodowych mafii i historię ukaranego Amerykanina.

Jestem teraz w podróży, mam ograniczony dostęp do netu ale (o ile w międzyczasie nie zrobią tego profesjonale media…) w przyszłym tygodniu przeprowadzę wywiad z poszkodowanym organizatorem „Krakow bike tours” i przedstawię historię w szczegółach. Zdradzę dziś tylko, że miała wyjątkowo drastyczny i żenujący przebieg. Interwencja wyglądała na długo planowaną i celowo zastawioną pułapkę. Dokonało jej kilku umundurowanych funkcjonariuszy w towarzystwie niesympatycznej rozkrzyczanej starszej kobiety (dowiem się jeszcze kto to jest), która z upoważnienia Urzędu Marszałkowakiego decyduje komu wolno a komu nie wolno opowiadać o zabytkach Krakowa. Amerykanin został pod eskortą zaprowadzony na komendę Policji, gdzie był szykanowany, przetrzymywany bez szans obrony i zmuszony do zapłacenia tych 500 PLN. Zorganizowaną i prowadzoną przez niego grupę na wynajętych z wypożyczalni rowerach, pozostawiono bez opieki. nakazano opuścić ul. Szeroką i dalej samodzielnie, bez pilota szukać sobe drogi! Piszę to ku uwadze tym, którzy mają jeszcze cień złudzeń, że w owym cyrku chodzi o „ochronę klienta” i profesjonalnego poziomu usług…