Turystyka pedałowa

Co ja za dziwy czytam: „Przegrane lato”? kryzys turystyki w Krakowie? Nie chce mi się wierzyć, skoro na moich imprezach rowerowych dla międzynarodowej klienteli jest o 20% więcej uczestników niż rok temu.

Tych, którzy szukają oryginalnych form promocji turystycznej miasta i regionu proszę o wpisanie w google słów „Dunajec Radweg” – ukażą się dziesiątki stron biur i agencji, w których mój produkt jest sprzedawany w strefie niemieckojęzycznej. Pod nazwą „Pedalling Poland” sprzedaje ją w Wlk. Brytanii duże biuro turystyki przygodowej Explore Worldwide Ltd. Podobnie w Belgii, Holandii, USA. Przez ostatnie lata przejechało moją trasą, zakupując pakiet usług ponad 3,5 tysiąca zagranicznych rowerzystów. Choć główna trasa biegnie na Podhalu i Sądeczyźnie, pierwszy i ostatni nocleg jest w Krakowie, tu też goście pozostają często na dłużej zwiedzając miasto, odbywając jednodniowe wycieczki do Lanckorony i Ojcowa, odpowiednio dając zarobić hotelarzom i restauratorom.

Jest to rzadki przypadek wypromowania na rynkach zagranicznych nowego, oryginalnego produktu przez polskie biuro. Wyłącznie skromnymi środkami małej prywatnej firmy, bez urzędów, agencji i milionowych funduszy. Za które drukuje się niefachowo napisane foldery. Z koszmarnymi zdjęciami, które zagranicznych rowerzystów mogą jedynie odstraszyć.

Cieszy mnie  kampania na rzecz upowszechnienia transportu rowerowego w Krakowie. Miesiąc temu, jej koordynatorce – Red. Joannie Jałowiec przesłałem okraszoną zdjęciami informacje prasową o naszych – jak to nazwałem po polsku – tramwajach rowerowych. Po  latach milczenia uznałem, że warto zainteresować polskie media tą działalnością. Dla rozpropagowania tej formy turystyki również wśród rodzimej klienteli, a przede wszystkim celem zwrócenia uwagi lokalnych samorządów na fakt, że tysiące zagranicznych gości pedałuje przez ich tereny nie zawsze w najlepszych warunkach, i warto skierować środki inwestycyjne w pierwszym rzędzie na poprawę niektórych odcinków trasy.

Mimo wstępnie wyrażonego zainteresowania, temat nie zagościł na łamach. Jak się domyślam, pewnie był za mało pikantny, czy kontrowersyjny. Tak się składa, że „Gazeta”, która oficjalnie deklaruje troskę o promocję miasta i pozuje na mecenasa skutecznego biznesu turystycznego – dobiera sobie tematy jak brukowiec w sezonie ogórkowym. O co to się ostatnio tak gorąco spieraliśmy? O homoturystykę. Przy całej sympatii dla tęczowego środowiska, przeszukując oferty wielu biur gejowskich zrzeszonych w organizacji IGLTA nie znalazłem najmniejszej wzmianki o wycieczkach do Krakowa czy też Polski w ogóle. Zresztą całą hecę szyderczo wyśmiał potencjalnie główny zainteresowany – właściciel klubu Cocon Janusz Marchwiński, w swoim podcastowym felietonie na portalu innastrona.pl

Podobnież na stronie rowery.org.pl Marcin Hyła wyśmiewa i krytykuje inicjatywy typu „szlak bursztynowy” czy „droga rowerowa Kraków-Wiedeń”- potiomkinowskie projekty, przynoszące korzyść głównie ich twórcom, czerpiących z zewnętrznych źródeł dotacje. No cóż, gdybym miał antysalonową fobię Red. Wildsteina – rzekłbym, że w polskich mediach istnieje tajemny zapis cenzury na pisanie o polskich biurach turystyki rowerowej, które tworzą faktycznie funkcjonującą na rynku, sprzedawalną ofertę. Nawet redaktorzy portali piszących o słynnych trasach rowerowych w Europie wolą robić darmową reklamę np. biur austriackich zamiast napisać o polskich organizatorach – rowerowych hobbystach, którzy oferują te same wycieczki krajanom. Jedyne turystyczno-rowerowe tematy, jakie mają szanse przebić się do mediów, to fantasmagoryczne i gigantomaniackie farmazony typu autostrada rowerowa na wskroś przez cały kraj, albo jak ostatnio na gazeta.pl – pomysł 1000-kilometrowej ścieżki wzdłuż Wisły. Domyślam się, że news o ścieżce 10.000-kilometrowej, trafiłby od razu na pierwszą kolumnę. Co za pech, tygodniowe wędrowne wczasy na dwóch kółkach, za które są gotowi zapłacić turyści to dystans raptem 180-250 km.

Przykro czytać, że antidotum na brak turystów to prostacka „wódka i odpicowana bryka”. Bardzo proszę Redakcję o przesłanie mi trasy tych rajdów, żebym z moimi spokojnymi, kulturalnymi i stroniącymi od nadmiaru używek rowerzystami nie musiał się na nich napotykać. Już i tak musimy kluczyć, unikając strażników miejskich wlepiających mandaty za oprowadzanie bez stosownych państwowych uprawnień. I tu wracam do meritum sprawy, czyli sytuacji turystów w królewskim mieście. To dobry moment na ponowne przypomnienie wszystkim faktu: Polska, jako jedyny oprócz Białorusi europejski kraj, ma  koszmarny, komunistyczny relikt w prawie turystycznym, zabraniający uprawiania przewodnictwa turystycznego jako wolnego zawodu. Pamiętamy o nagłośnionej w mediach aferze z zeszłego roku, z włoskimi turystami ukaranymi mandatem za czytanie przewodnika? Właśnie takie realia powodują, że zagraniczne biura dla świętego spokoju wykreślają Kraków ze swoich programów, aby nie narażać grup na żenujące spektakle z interwencją strażników miejskich. Szereg tekstów na ten temat opublikowałem na stronie wolneprzewodnictwo.blog.pl

W zaistniałej sytuacji – spadku ruchu turystycznego, konieczności wymyślania nowych,  oryginalnych i niszowych form turystyki przez kreatywne osoby – żądam, aby władze miejskie Krakowa odstąpiły od policyjnego kontrolowania i karania niewinnych ludzi zajmujących się obsługą turystów.


_________________________
P.S. jak widzicie moi mili, długo nie dodawałem nic do bloga, wszyscy z branży rozumieją – szczyt sezonu, mnóstwo pracy. Ten tekścik jest szybką odpowiedzią na akcję krakowskiego dodatku GW

Możliwość komentowania jest wyłączona.